Fasada

chengdu-komiks.jpg
KLIKNIJ TU, ŻEBY OBEJRZEĆ ZDJĘCIA 

Jak jest? Na dzień dobry euforia. Podoba nam się wszystko!

Czysto jest. Ostatnie, czego się spodziewałam, to czystości. We wszystkich krajach, w których do tej pory byliśmy, chińskie ulice, domy i dzielnice były najbardziej ze wszystkich zapyziałe, zagracone i lepiące. A tu czysto. Ba! Tak czysto, ze poza Singapurem (ale Singapur to przecież jak Szwajcaria) nigdzie tak nie było. Na przykład teraz, kiedy to piszę, siedząc sobie na schodku przy pasażu, w samym centrum, trochę tak, jak bym na tyłach warszawskiego Juniora siedziała, a niech będzie eksperyment, rozglądam się dookoła. I nic. Ani papierka, ani peta, ani foliówki. Nic a nic.
Tak samo u nas, tam gdzie mieszkamy, na skraju dzielnicy tybetańskiej, też nic. Co rano, kiedy przysiadamy przed hostelem na śniadanie, wtóruje temu śniadaniu szuszuszuszenie mioteł i mopów. Pierwsze, co każdego dnia robią, to sprzątają.

Nowocześnie jest. Przekładając skalę na Polskę, jesteśmy właśnie w… Rzeszowie. I ten „Rzeszów” – Chengdu, wygląda tak, jak nawet i Warszawa jeszcze dobrych kilka dekad nie będzie wyglądała. Szerokie ulice usiane szkłem, aluminium, wieżowcami, biurowcami, neonami, telebimami. Podziemne metro, nadziemne autostrady, przestrzenne place, pasaże, fontanny, cała masa parków z publicznym sprzętem do ćwiczeń, przytulonych do rzeki alejek, altanek, pagódek, przyjaźnie, dla ludzi… A większość zbudowana w ciągu ostatnich 4 lat, po tym jak całe miasto i pół prowincji zamieniło się w ruinę po ogromnym trzęsieniu ziemi.

Trochę śmiesznie jest. Do stojącego na głównym placu miasta, pomnika Mao, prowadzi szeroka, imponująca aleja… ikon zachodniej konsumpcji. Same najdroższe marki – Chanel, Louis Vuitton, MaxMara, Versacse, Cartier… A Mao stoi dumnie na samiuśkim środku i wyciągniętą ręką pozdrawia całe to towarzystwo.

Prowincjonalnie jest. Kiedy odjechać od centrum, zabudowa robi się niska, kilkupiętrowa, bloki, osiedla, uliczki, zakamarki, podwórka. I bardzo dużo zieleni. I wśród tej zieleni cała masa ludzi. Na zewnątrz. Stoją i patrzą. Stoją i plotkują. Siedzą i patrzą. Siedzą i w karty grają. Albo w madżonga. Albo w warcaby. A jak nie grają, to dopingują tym, co grają. Pani się przechadza, z fioletowej włóczki, na 5 drutach rękaw swetra robi. Dzieciaki biegają. Osiedlowe sklepiki, warzywniaki, ktoś do kogoś coś krzyczy, ktoś się śmieje, ktoś ziewa. Podoba mi się, że nie w domu przed telewizorem, ale na podwórku z sąsiadem. A wieczorem co się dzieje, jak jeść idą do okolicznych knajpek! O rany!

Pysznie jest. Kluski, ryż, pierogi, naleśniki, o cholera! Tomek, Tomek, widzisz?!? Morele!!! Świeże morele! I brzoskwinie! I nektarynki! O nie!!! I czereśnie!!! Prawdziwe, czerwone czereśnie! Zupy, szaszłyczki, kulki, paski, papki, zawiniątka, nie mam jeszcze pojęcia jak się te cuda nazywa, placki, chlebki, herbatki… No pysznie jest.

Różnorodnie jest. Po różnicy twarzy, rysów, można z łatwością wyczytać jak wielki jest ten kraj, ile plemion go zamieszkuje. I po różnicy strojów. Tu góralka w tradycyjnej koszuli, w sukience w pasie przeplecionej i z kolorową chustą na głowie. Obok, różowy podlotek, dwanaście- trzynaście lat, na obcasach trzynaście-czternaście centymetrów, cała w falbanach i koronkach, przyczepione rzęsy, domalowana zalotka, we włosach kokarda. Za nią młody chłopak, kwadratowe oprawki zielonych okularów, bez szkieł nawet, o styl tylko chodzi, wąskie spodnie, trampki, kapelusik i torba większa niż on sam. Na przeciwko mężczyzna z długą siwą brodą, tą taką spiczastą, chińską, cały na biało ubrany, idzie lekko zgarbiony, jak na starych rycinach. Tam…

Grzecznie jest. Ustępują sobie miejsca w autobusach. Albo w metrze – dwójka staruszków stoi zakłopotana przed ruchomymi schodami, bo walizki mają duże i nie wiedzą jak je zataszczyć tymi schodami na peron, stoją, główkują, przechodzący chłopak usłyszał toczącą się między nimi rozmowę i łaps za te walizy i już po problemie, wszyscy szczęśliwi zniknęli w podziemnym tunelu. Albo policjant, kiedy rowerami chcemy wjechać tam, gdzie nie wolno – podchodzi i z uśmiechem mówi, że przykro mu, ale zabronione. Stanowczy jest, nie do złamania, a jednak grzeczny.

Hmm, jak by to ująć… Ogromnie jest. Na początku ciągle się gubimy, kluczymy. Aż wreszcie do nas dociera. Wszystko trzeba sobie przeskalować. Bo wszystko, ulice, chodniki, idee, budynki, parki, projekty, odległości, fontanny, przedsięwzięcia, centra handlowe, wszystko jest wielkie. I ja – i to druga strona tego medalu – czuję się tu maleńka, jak nic nie znaczące ziarenko wobec tej monumentalności postępu, perfekcji, rozmachu, nowoczesności w giganto-makro-skali. I to może nawet nie tyle przytłacza, co dość nieugięcie ustawia, wskazuje miejsce w szeregu. I nie jest to pierwszy szereg.

Jest za to pierwszy zgrzyt. Pierwsza tępa rysa na błyszczącej fasadzie.

Post powstał na arcyklawym notebooku Acer Aspire TimelineX

7 myśli do „Fasada”

  1. Az zzera ciekawosc i zebami zgrzytam na ten „ZGRZYT”?
    Czy zgrzytem moze byc historia Tybetanczykow graniczacych z Waszym hostelsem (internet kontrolowany, internet kontrolowany)
    Pozdrowienia z deszczu i wiatru.
    ps.Chyba nie odmowicie sobie 5 minut z panda za 1000 yuanow? Ja nie dalem rady bo rzygalem i nie tylko przez 3 dni po zjedzeniu kluseczek z makiem – odradzam lepiej wygladajace restauracje. Ogolnie smacznie i tanio jest tam gdzie jada kler, nawet jesli jest to kler buddyjski. Ale przeciez Wy to wiecie.

  2. Nigdy nie sądziła, że Chiny mogą mi się spodobać. Przecież to ogromne państwo, wielonarodowe, zupełnie różni się od naszej malutkiej Polski. Ale to właśnie ta „inność” tak mnie zachwyciła. Jest pięknie, chciałabym tam jeszcze wrócić, choćby na chwilkę. Pozdrawiam

Dodaj komentarz