Czystym umysłem malowane

thanki-komiks.jpg
KLIKNIJ TU, ŻEBY OBEJRZEĆ ZDJĘCIA 

Trudno mi będzie pisać o thankach, bo gdy zaczynam o nich myśleć, miesza mi się w głowie. Poważnie. Nie kokietuję, mam tu jakąś wycieczkę osobistą, której nie rozumiem. Jakieś poruszenie. Nie wiem czy kiedykolwiek widziałam coś, co by mnie aż tak zachwyciło, aż takie wrażenie wywarło…

„Wyrwij sobie włos z głowy, pójdź i namaluj nim obraz tak duży jak ty sam, wróć z nim do mnie, a wtedy ci powiem, czy będę cię uczyć.”
Patrzę na jedną z ponad stu wiekowych thanek, zawieszonych w osnutej półmrokiem, wielkiej komnacie klasztoru i wyobrażam sobie, że takimi właśnie zadaniami musieli testować swoich przyszłych uczniów starzy tybetańscy mistrzowie. Czegoś takiego nie widziałam jeszcze nigdy w życiu.

Szczęście mieliśmy ogromne. Od człowieka do człowieka, od słowa do słowa, dowiedzieliśmy się, że są tu te thanki. Ogromna kolekcja, stare, niektóre stu-dwustuletnie, malowane czystym umysłem i pewną ręką najlepszych.
Zamkniętą na co dzień komnatę udało się otworzyć. Fakt, że o niej wiedzieliśmy był kluczem do pierwszego zamka. Drugi zaś, ten w drzwiach, jak się okazało, wcale zamknięty nie był. Starszy mnich uchylił wielkie wrota, wpuścił nas do środka, odsunął przysłaniającą ściany żółtą kotarę i… pozostawił nas samych sobie, obezwładnionych, unieruchomionych tym, co zobaczyliśmy. To było jak jakiś skarb. Jedna przy drugiej, jedna przy drugiej, od krańca do krańca, od podłogi po wysoki sufit, wszędzie wisiały oprawione w jedwab malowidła.

Jak to wytłumaczyć? To jest jak fraktal. Albo jak seria zapadni ku rozszerzającym się, coraz bardziej złożonym przestrzeniom.
Na początku widzisz kolorowy obrazek. Chyba nawet trochę kiczowaty jak na nasze europejskie oko. Stoisz kilka metrów od niego, on pełen jest detali, więc podchodzisz bliżej, żeby zobaczyć wyraźniej. Pierwsza zapadnia w dół (w górę?). Okazuje się nagle, że wszystkie te detale składają się z detali. Te zaś, z kolejnych i kolejnych. Szerokie na metr i wysokie na półtora malowidło zbudowane jest z dziesiątek, setek mniejszych obrazów, symboli, scenek. A każda z nich wypełniona szczegółami tak maleńkimi, że tylko pojedynczy włos zdołałby je namalować. A to dopiero początek wędrówki.
Kiedy przebrniesz przez kształty i kolory, powoli docierasz do sensu. Tutaj nic nie jest przypadkiem. Żadna barwa, żaden gest, łuk ani jego położenie nie są bez znaczenia. Każdy najmniejszy element zawiera w sobie naukę, jakąś mądrość, prawdę, symboliczną treść. Według Tybetańczyków, thanki są objawieniem, emanacją wszechwiedzy, instrukcją obsługi wszechświata. Wszystko w tych obrazach jest zawarte. Kiedy oryginalne, stworzone zgodnie z kunsztem – są święte.

Dla nomadów, thanka to przenośny ołtarz. Dla osiadłych – ochrona domu. Dla mnichów – brama wiedzy i oświecenia. Dla wszystkich – amulet i błogosławieństwo.

Maluje się je na wygładzonym przy pomocy szlifowanych muszli płótnie techniką wodno-klejowej tempery. Żywe, nie blaknące kolory mają swoje źródło w pigmentach mineralnych i roślinnych, srebrze i 24 karatowym złocie. Malarzem może zostać każdy, od niedawna nawet kobiety. Poza zdobyciem wiedzy i sprawności dłoni, wymóg jest niewielki, choć trudny do przebrnięcia – spokojny, czysty umysł zdolny stać się medium, które przeleje na płótno mądrość i moc oświeconych. Tradycyjnie, nauka trwa sześć lat. W tym czasie większość uczniów jest w stanie zgłębić tajniki technik, ikonografii i historii. Poznać panteon bogów i demonów, koleje życia Buddy i mistyków oraz rozwinąć manualne zdolności. Niewielka ich część stanie się sprawnymi, szanowanymi rzemieślnikami. Najwyżej kilku – prawdziwymi artystami. Ich prace osiągać będą niebotyczne jak na Tybet i naprawdę wysokie jak na Europę ceny – kilka tysięcy dolarów. Dzieła starych mistrzów są o wiele, wiele droższe. Przed tymi właśnie mieliśmy szczęście stać.
W zależności od wielkości i poziomu skomplikowania praca nad thanką trwa od kilku tygodni do… kilku lat. Najczęściej – około trzech miesięcy. Po 9-10 godzin dziennie. Malowanie jest jednocześnie medytacją, poprzez którą obraz nabiera mocy. Artysta cierpliwie wypełnia płótno kształtami i kolorami. Podobno, aby thanka miała prawdziwą wartość błogosławieństwa ma on prawo namalować wszystko, poza jednym szczegółem – oczami Buddy. Bo te – na samym końcu domalowuje tulku – istota oświecona*. Ten rytuał, jak nam tłumaczyli, sprawia, że otwiera się brama pomiędzy światem naszym i światem oświeconych. To przez nią spływa błogosławieństwo. Na końcu, kiedy malunek jest gotowy, oprawia się go w jedwabną, haftowaną „ramę” i na 15 dni zasłania. Po co? Dlaczego? Jak na wiele wiele innych, tak i na to pytanie nie udało się nam znaleźć odpowiedzi…

P.S. Zdobywanie informacji w Chinach było dla nas niezmiernie mozolne i trudne. Nie tylko ze względu na różnicę językową ale też na jakiś taki odgórny opór, który, odnosiliśmy wrażenie, kazał Chińczykom powiedzieć raczej mniej niż więcej, raczej utrudnić niż ułatwić dotarcie do ludzi, którzy posiadają wiedzę. Dlatego ciężko nam było zweryfikować i posprawdzać informacje. Nie ma tu dużo faktów, ale jeśli coś co tu napisałam jest niezgodne z prawdą, będę wdzięczna za korektę 🙂

*tulku – „żywy budda” to istota oświecona, która w odróżnieniu od istot zapętlonych w kole życia, odradza się i pojawia na tym świecie z własnej woli. Taką istotą jest na przykład Dalajlama.

Post powstał na arcyklawym notebooku Acer Aspire TimelineX

6 przemyśleń nt. „Czystym umysłem malowane”

  1. Jak to nie ma tu dużo faktów? Przecież tu są prawie same fakty. I do tego w doskonałej formie. Podane w najbardziej apetyczny z możliwych sposobów, przepysznie opowiedziane, łatwe do strawienia. Uczta dla umysłu.
    Jedyna wada – zostaje tylko większy głód…

    Fantastyczny tekst.

  2. Patrz Rafał, jakie to przewrotne… ja pisząc i omijając fakty, których jestem już naprawdę niepewna zostaję z wrażeniem, że tu zamieściłam tych faktów niewiele. Ty – dokładnie odwrotnie. 🙂 Tak czy siak, dziękuję za dobre słowo.
    Tobie warum też 🙂 Możesz trzymać kciuki, żebyśmy znależli przestrzeń na spełnienie Twojego marzenia:)

    Szymek… eh*
    *eh – tyle słów się ciśnie, że zamknę je w tym jednym eh.

  3. to prawda, że swoją forma odbiegają od tego, do czego przyzwyczajeni są Europejczycy. Przeglądałam te zdjęcia w największym możliwym zbliżeniu, żeby móc obserwować wszystkie detale. Niektóre z nich są naprawdę piękne. Mnie najbardziej przypadły do gustu te malowane na czarnym tle.

Dodaj komentarz