Karnawał w Banyuwangi

karnawal-banyuawangi.jpg
KLIKNIJ TU, ŻEBY OBEJRZEĆ ZDJĘCIA

Boże! Jak ja im współczułam! Nie dość, że ktoś wymyślił, że mają iść w samo południe, w tropikach – niemal tortura, to jeszcze nikt nie zadbał o choćby pozory ładu i organizacji. Nie wiemy jak doszli do końca wyznaczonej trasy. My nie daliśmy rady, nie umieliśmy spokojnie patrzeć na ten bajzel, na tą bezmyślną masę; nerwy nam puściły i w połowie imprezy zwyczajnie uciekliśmy.
Krążyli po ulicach już od kilku dni. Można ich było wyłowić z powszedniego tłumu, bo byli uroczyści i trochę hermetyczni. Chodzili małymi grupkami, z nosami lekko w chmurach. Mieli do tego prawo, w nadchodzący weekend mieli stać się gwiazdami – przywdziać bogate kostiumy, przyozdobić twarze i pójść w tanecznym pochodzie promującego region pierwszego Etnicznego Karnawału Banyuwangi.
Rozmach nas zaskoczył. Po karnawale w Oruro (drugi po wielkim Rio karnawał Ameryki, największy karnawał etniczny, wpisany na listę Unesco), byliśmy przekonani, że nigdy już nam się nie uda zobaczyć strojów uszytych z tak ogromnym kunsztem, tak misternie zdobionych i tak imponujących. Jakże się myliliśmy! Ogromne pióropusze, gigantyczne skrzydła, welony, aureole, mistrzowskie makijaże! Przepych i staranność możliwe tylko w Azji. Nieprawdopodobne nagromadzenie detali. Zawsze w takich chwilach zaczynam się zastanawiać, ile czasu trwało stworzenie każdego z kostiumów, ile osób musiało żmudnie nad nim pracować, by efekt niemal odurzał. Przeogromny wysiłek. Tygodnie przygotowań mnożone tu razy trzysta, bo tylu aż tancerzy miało przedefilować w karnawałowym pochodzie. Każdy – w oryginalnym, niepowtarzalnym stroju. I nagle cały ten trud został rzucony na pastwę bezmyślności tłumu.

Główna ulica miasteczka już od kilku godzin kipiała niecierpliwością. Wszystkie jej odnogi, po brzegi wypełnione setkami motocykli, blokowały gwarnie napływających gapiów w niewielkim korycie traktu. Policja, co i raz rozsuwała gawiedź tworząc wolną przestrzeń dla nadchodzącej parady. Mimo skwaru i tłoku zdawało się to działać. Niestety, tylko do czasu. Kiedy na skrzyżowaniu pojawił się front korowodu, niemal w jednej chwili, szerokie dotąd przejście zaczęło się zakleszczać. Znudzony czekaniem tłum oblepiający chodniki nagle się ożywił i dość niespodziewanie ruszył do natarcia. Patrzenie nie wystarczało. W ruch poszły telefony, aparaty, kamery i… przerażający, kompletny brak wyobraźni. Zaczęła się przepychanka , wyścig, kto pierwszy ten lepszy – musi przecież każdy. Musi dotknąć, sprawdzić, pociągnąć za skrzydło, nie zważając na nic, na deptany welon, na strącany diadem, wtrynić się jak najbliżej i ze śmiechem pozować do czterdziestego zdjęcia. A kiedy już się znudzi, łamiąc dekoracyjne elementy kostiumów, przecisnąć się samym środkiem i odejść w swoją stronę. Zaskoczeni tancerze, przez kilkanaście minut starali się sprostać nagłej nawałnicy, zdani sami na siebie, odnaleźć się w tej sytuacji. Pokornie pozowali, czekali aż tłum się rozstąpi, żeby mogli zrobić kilka kolejnych kroków, rozdawali uśmiechy. Ale z każą minutą było coraz gorzej. Upał, ciężar kostiumów, napierający ludzie, nadciągająca burza, wszystko to sprawiło, że w końcu się poddali. Już nie próbowali iść w uroczystym szyku, dość, byle do końca, byle się jakoś przecisnąć, z trudem hamowane łzy bezsilności w oczach, zaciśnięte dłonie, zacięte linie ust. Spokojnie, tylko spokojnie, nie dać się ponieść nerwom, rozżaleniu, stresowi – czytałam z kolejnych twarzy. Byłam pełna podziwu dla ich opanowania. Czy wytrzymali do końca? Nie potrafię powiedzieć, bo nam się nie udało.

Post powstał na arcyklawym notebooku Acer Aspire TimelineX

7 myśli do „Karnawał w Banyuwangi”

Dodaj komentarz