tamtaram
zamiast marka twaina:
moze bys od czasu do czasu nabral troche dystansu do siebie i do twojej wiekopomnej roli, jaka odgrywasz w dziejach swiata

Wrzesień 1, 2010

wywiad w drodze: my

Filed under: WYWIAD W DRODZE — tomek @ 10:28 am

tamtaramy.jpg

filip wymyslil, szymon, kuba i my podchwycilismy i jest. po drodze dolaczaja tez inni.  kazdy z nas podrozuje. wiekszosc, juz dlugo. zadalismy sobie te same pytania i wszyscy na nie odpowiadamy. kazdy po kolei i po swojemu. po co? bo tak. zobacz, a moze jutro i ty spakujesz plecak i pojedziesz…
co tydzien, kolejny wywiad. zapraszamy na niecodzienny cykl.

dzis: my

1. Trzy kraje bez ktorych nie wyobrazasz sobie podrozowania.

polska, polska i… polska. bo gdyby jej nie bylo, nie byloby skad wyjechac. a cala reszta krajow…po drodze zdarzaja sie perelki takie jak patagonia. ale to chile czy argentyna? i to i to. albo wyspa penang w malezji, czy chaco w paragwaju, albo buenos… kazdego z miejsc, szkoda by nam bylo nie zobaczyc, ale tez zadne nie krzyknelo do nas – to ja! gdyby tak bylo, to stamtad bysmy teraz pisali. a my wciaz w drodze…

2. Co jest dla Ciebie najwazniejsze w podrozowaniu.

miec czas. zeby moc zyc w drodze. zeby moc sie zatrzymac i zamyslic nad tym, co sie przezylo. i czasem, tez troche postarac zejsc z utartych sciezek, rzucic wyzwanie zyciu i nie bac sie, bo los zawsze odwdziecza sie za wysilek.
poza tym – robic swoje i po swojemu, niezaleznie od tego, co dokola.

3. Jak dlugo sie przygotowywales przed wyprawy.

teoretycznie pol roku, bo wtedy zrobilismy pierwsze szczepienia. ale praktycznie – trzy miesiace, bo o tyle wczesniej musielismy zlozyc wymowienia w pracy. w tym czasie robilismy tez porzadki z kredytami mieszkaniowymi, rozwiazywalismy umowy z bankami, telefonami, kablowkami, internetami itd (kooooooszmar) oraz wynajmowalismy nasze mieszkania. ale gdybysmy nie byli tacy starzy i nie mieli tych wszystkich „garbow”, spokojnie wystarczyl by miesiac, bo do wyjazdu nie wiadomo dokad i nie wiadomo na ile, po prostu nie da sie przygotowac.

4. Co Cie wkurwia.

paradoksalnie, rasizm. to ze ciagle musimy placic frycowe za swoja biala skore. ze najpierw jestes dla ludzi bialasem, gringo, farangiem, a dopiero potem czlowiekiem. i to zupelnie niewazne, czy zyskujemy na tym czy tracimy, bo bywa i tak i tak, nie lubimy tego.
do szalu doprowadza nas tez naduzywanie przez ludzi slow „wyprawa”, „ekspedycja”, kiedy w gruncie rzeczy wiekszosc ich pobytu „na wyprawie” ogranicza sie do wykupowania sobie wycieczek w jednym z setek miejscowych biur turystycznych. a potem na blogach i w opowiesciach pojawiaja sie mrozace krew w zylach historie o zdobywaniu szczytow, przemierzaniu amazonki, pokonywaniu pustyni. nazywajmy rzeczy po imieniu. i nie udawajmy, ze bylismy sami w ruinach machu picchu. bo potem ludziom w polsce wydaje sie, ze zeby wyjechac, to trzeba byc nie wiadomo kim i pokonac nie wiadomo jakie trudnosci. a przeciez wcale tak nie jest.
a poza tym wszystkim, codzienne, do znudzenia kombinacje, co rano zjesc na sniadanie.

5. Za czym tesknisz najbardziej.

o bliskich nie bedziemy pisac, bo to oczywiste. a tesknoty, zupelnie niespodziankowo zaczynaja nas zaskakiwac. bo najpierw tesknilismy za sledzikiem i piecdziesiatka, polskim chlebem, serem… ale z czasem przylapujemy sie na tym, ze ogromnie tesknimy za pustka patagonii, wybrzezem urugwaju, chilijskim carmenere, wanna w la paz, boliwijska empanada…
o! wiemy! zeby moc usiasc i pogadac z polakami i zrozumiec sie w pol slowa i nie musiec juz ciagle tlumaczyc sie z „narodowych” skojarzen.

6. Jak sobie poukladales sprawy z praca, kariera, z luka w CV.

praca zostala rzucona. kariera, no coz, bedac w polsce, nigdy bysmy nie zrobili wystaw w buenos aires, santa cruz i bangkoku. a luka w cv, hm, jestesmy w tej szczesliwiej sytuacji, ze nasza praca w polsce polegala na byciu kreatywnym, obydwoje jestesmy grafikami i taki wyjazd to bonus, a nie zawieszenie. poza tym, nieustannie robimy mnostwo rzeczy zwiazanych z naszym zawodem, tylko ze teraz, takich dla siebie, wlasnych i co za tym idzie, wciaz zbieramy portfolio. no iiii, konczymy wlasnie trzecia juz okladke do ksiazki, ktora niedlugo zostanie wydana w polsce:)(nie, nie naszej:), wiec jakos obywamy sie bezlukowo.

7. Jak przelamac strach i obawy przed samotna wyprawa?

pojechac we dwojke :PPPPPPPPPPPPPP
no, no, no, w tym pytaniu musimy odpowiedziec podwojnie:)
m: jak wyzej. ale… kiedys jezdzilam tez sama. i tak to wychodzilo, ze sama bylam tylko wtedy, kiedy tego chcialam. jest tylu ciekawych ludzi po drodze, z ktorymi mozna zagadac sie przez wieczor, pojezdzic przez tydzien… to daje i poczucie bezpieczenstwa i duzo wolnosci. to byl tez czas, kiedy przydarzalo mi sie najwiecej zaskakujacych niespodzianek. spotykani w drodze „miejscowi” zabierali mnie do domow, pomagali, prowadzili w niesamowite miejsca. kiedy jezdzi sie we dwoje, tworzy sie jakis taki zamkniety balon, ludzie tak latwo nie zaczepiaja, nie oferuja gosciny. ale z drugiej strony sklamalabym mowiac, ze samej bylo lepiej. nic nie zastapi wspolnych „lalkniec” i swiadomosci, ze za kilka lat, bedzie mozna znienacka rzucic, ej, a pamietasz? i ten ktos bedzie dokladnie wiedzial, czul i rozumial, o co ci chodzi. ale wracajac do pytania. ja jestem najwiekszym chyba tchorzem tego swiata. wiecznie boje sie wszystkiego. serio. i skoro dalam rade, to kazdy da.
t: jak wyzej, ale… ja to nie wiem, bo nigdy na tak dlugo nie wyjezdzalem sam i jestem z tego powodu bardzo szczesliwy :)
ale pamietajac swoje samotne wedrowki w gorach i samotne wyprawy rowerowe, to albo jest sie gdzies w srodku ducha nomadem i wtedy takich obaw po prostu nie ma, albo jestes zwierze stadne i nawet wyjezdzajac sam zawsze jestes z innymi ludzmi. a tak czasem, gadajac z margot, zazdroszcze jej po cichu, ze mogla wyjechac sama na tak dlugo, bo ja juz teraz nie moglbym nie dzielic sie z nia swiatem, ktory widze.

8. Od czego zaczac?

od powiedzenia sobie, ze jedziesz, zmiany „chcialbym/chcialabym” na „chce”. bo dalej, wszystko, predzej czy pozniej przyjdzie samo. nauczysz sie jezyka, spakujesz namiot, zrobisz szczepienia, zwolnisz sie z pracy…
i w koncu, wyladujesz „tam”, rozejrzysz sie i krzykniesz w duszy: o kurwa! co ja tu robie? i odpowiedz znajdziesz za pierwszym zakretem.

9. Kiedy wracasz?

jutro? za rok? na wiosne? to kompletnie niewazne. wazne, zeby z tego powrotu nie robic paranoi.
m: przed moim pierwszym w zyciu wyjazdem, uslyszalam pytanie – a po co wlasciwie ty tam jedziesz? – nieswiadoma tego co mowie, odpowiedzialam – po to, zeby zachorowac na nieuleczlna chorobe niemoznosci usiedzenia na dupie.
i tak to jest. im szybciej sie wroci, tym szybciej znow sie wyjedzie.
t: nie jestem juz mlodziez. wyjechalem po raz pierwszy na tak dlugo. znajomi mowili: no co ty stary, na tak dluuuugo? i co? margot pytala: a nie bedziesz chcial wrocic za miesiac? i co? i dupa. zyje. czy tu czy tam. czy tu teraz, a tam zaraz. to tylko zycie. az zycie. powrot jest pojeciem wzglednym. bo wracajac do polski bedzie trzeba potem wrocic do la paz. wracajac do la paz, trzeba bedzie wrocic do baganu. i tak dalej i tak dalej. wroce jak skompletuje juz wszystkie miejsca do powrotow.

10. Najbardziej nieprawdopodobna historia z twojej podrozy.

oj dajcie nam spokoj. bylaby, gdyby nas zatrudnili na stacji polarnej arctowski. ale wlasnie odpowiedzieli, ze nie tym razem. za rok probujemy znow. wtedy mozemy wrocic do tego pytania.

11. Najbardziej magiczne miejsce, w ktorym byles i dlaczego.

nie ma miejsc. sa przezycia.
chronologicznie, bo nie umiemy powiedziec, co bardziej.
wigilia w paragwajskim chaco. polski misjonarz, salezjanin, ale tak naprawde medrzec, filozof, przez duze f, sam o sobie mowiacy – szaman, 50 stopni w cieniu, rozmowy z nim, dookola nieprawdopodobnie surowa natura, kompletne bezdroza, kiedy tam trafisz, czasem na dlugie tygodnie jestes „utkniety”, jedno z tych miejsc, o ktorych sie pisze koniec swiata, srodek nigdzie, dusza sie tam przeraza. i nagle… wiglia, prawdziwa kolacja, zyczenia po polsku, polski oplatek, niesamowita bliskosc, nie, nie wiemy jak to opisac…sie nie da sie.
oboz birmanskich uchodzcow. pogranicze birmy i tajlandii. zupelnie obcy ludzie, po kilku chwilach stali sie jak rodzina. przyjeli nas bez oceniania, „bez metek”, takich jacy bylismy. chyba nigdy, nikt nie dal nam, na dzien dobry, az takiej przestrzeni do bycia soba. takiego po prostu. ich otwartosc, ich usmiech, i cieplo skontrastowane z wiedza, ze przeciez kazdy z nich ma za soba wiezienie, tortuty, smierc bliskich, przesladowania, karabin przy czole…
minely juz dwa miesiace, a my wciaz tam jestesmy. nasze serca zostaly z nimi. i tego tez, nie wiemy jak opisac.

12. Dowolne pytanie i dowolna odpowiedz:)

tomeeeeek, kochasz mnie? no, a ty mnie? no ba!
albo,
pytanie: …
odpowiedz: zazwyczaj ludzie jedza chleb. czasem jedza chleb z maslem. a my, podrozujac, znajdujemy po drodze kawalki dzemu.

Sierpień 31, 2010

nielegalni

Filed under: BIRMA,TAJLANDIA — maugoska @ 12:31 pm

DSC_1384.jpg
KLIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC ZDJECIA

/wszystko, co zostalo tu opisane, mialo miejsce dwa miesiace temu. niestety, z tygodnia na tydzien, staje sie coraz bardziej aktualne./

Oficjalnie ich tam nie ma. 15 tysięcy Birmańczyków, żyjących w obozie Nu Po. Nie ma też, pozostałych 133 tysięcy, mieszkających w kolejnych ośmiu obozach, ani około miliona, przebywających nielegalnie w strefie przygranicznej. Ponieważ Tajlandia nie podpisała Konwencji Genewskich, nie obowiązują jej międzynarodowe przepisy o ofiarach reżimow. Te, nie mogą więc liczyć na oficjalne przyznanie „statusu uchodźcy”, dającego im prawo do pracy, nauki, leczenia czy swobodnego poruszania się po kraju. Z potrzasku terroru junty, trafiają w pułapkę zamkniętych obozów.

Oficjalnie, nas też tam nie było, bo żeby dostać się do obozu, trzeba zdobyć przepustkę, a wspierające uchodźcow, Tajsko-Birmańskie Konsorcjum Graniczne (TBBC), wydaje je bardzo niechętnie. W drodze do ich biura w Mae Sot, trafiliśmy przypadkiem do birmańskiej biblioteki. Tam spotkaliśmy King’a Zero. Ten młody, niepozorny mnich, współzałożyciel sieci zwalczanych w Birmie bibliotek The Best Friend, okazał się też jednym z przywódców Szafranowej Rewolucji – zainicjowanych przez mnichów i krwawo stłumionych przez juntę, pokojowych marszów z września 2007 roku. Mieliśmy szczęście – wybierał się właśnie do Nu Po, na obchody 65 urodzin Aung San Suu Kyi i jako gość honorowy uroczystości, stał się naszą przepustką do zamkniętego świata obozowej codzienności.

W objęciach dżungli
Do oddalonego o niewiele ponad 200 kilometrów od Mae Sot, obozu Nu Po, w czasie pory suchej, jedzie się 4-5 godzin. Kiedy przychodzi monsun – dużo dłużej. Drogi w tym rejonie są gorsze niż w pozostałej części kraju. Sytuacja przy granicy jest wciąż niestabilna, więc nikt ich nie modernizuje. Co kilka, kilkanaście kilometrów, uzbrojeni żołnierze zatrzymują przejeżdżające samochody. Logikę tych kontroli ciężko zrozumieć. Podchodzą, mierzą wzrokiem twarze pasażerów, czasem sprawdzają dokumenty i kiwnięciem głowy wskazują: ty! Wtedy ta osoba bez słowa wstaje, zabiera bagaż, płaci kierowcy i wysiada. Samochód odjeżdża, a ona zostaje z wojskowymi. Na skraju miasteczka, w polu, po środku dżungli.
W Nu Po jest zielono. Na pierwszy rzut oka, niemal romantycznie, bajkowo. Zbudowane z bambusa, pokryte liśćmi małe chatki przycupnęły pod ogromną skalną ścianą. Spomiędzy dachowych szczelin, leniwie wypełzają smużki dymu, dzieciaki bawią się na ścieżce, oburzony kogut ucieka przed pędzącym chłopcem. Mężczyźni, popijając herbatę dyskutują w cieniu tea shop’ów, siedzące na progu kobiety szepczą coś ze śmiechem. Między domami, zieleń. Bananowce, papaje, palmy, liana, podniebne korony porastających dżunglę drzew-gigantów. Ich strzeliste pnie, oblepione ciężkimi, monsunowymi chmurami. A dookoła – mur. Mroczna, nie do przebycia, rozkrzyczana bujność dżungli. Jeszcze niedawno, poza nią, nie było tu nic.

Sekcja 16a…
… staje się naszym domem na kilka najbliższych dni. Położona na skraju obozu, jest ciaśniejsza, bardziej klaustrofobiczna niż inne. Przejścia są tu węższe, a poprzyklejane do siebie chatki mają tylko po kilka, kilkanaście metrów kwadratowych. Ostatnie zabudowania dotykają już dżungli. Mieszkający w nich ludzie, traktowani są trochę po macoszemu.
Zarowno Nu Po, jak i pozostałe obozy zostały stworzone, by nieść pomoc uciekającym z przygranicznego dystryktu Karenom. Plemię to, jedno z siedmiu zamieszkujących Birme, jako jedyne, wciąż nie zaprzestało walki zbrojnej. Dlatego ich stan, krok po kroku, metodycznie, zrównywany jest z ziemią przez wojska junty. Ogromne represje, bezprawne przesiedlenia i rzezie, od lat zmuszają mieszkających tam cywilów do ucieczki. Ci ludzie, to zazwyczaj prości, czasem wciąż niepiśmienni wieśniacy. W obozach stanowią dominującą większość. A w Sekcji 16a mieszka inteligencja. Wywodzący się z pozostałych grup etnicznych, pochodzący z większych miast, uczestnicy powstania studentów z 88 roku, byli więźniowie polityczni, działacze opozycji, zaangażowani w walkę mnisi. Karenowie im nie ufają.
M. poznajemy tuż po przyjeździe. To od niego – mimo wciąż powracającego, urywającego opowieści „ale nie mogę wam wszystkiego powiedzieć” – dowiadujemy się najwięcej. A wie on dużo, bo to jego patriotyczne zadanie – wiedzieć. W Birmie konspirował, przekazywał informacje, rozkazy, organizował spotkania, budował sieci opozycji. Mimo, że wywiad deptał mu po piętach, nigdy nie został odkryty. Władza o nim wiedziała, ale nigdy nie udało jej się połączyć jego imienia z twarzą. To, oraz wrodzony spokój i ostrożność, pozwoliły mu przetrwać. Kiedy w Rangunie zrobiło się gorąco, zniknął, by teraz stąd, z Tajlandii, móc kontynuować walkę. Oficjalnie był i jest nauczycielem, ale nigdy nic nie wiadomo, lepiej nie podawać jego imienia i nie zamieszczać zdjęć.
To takich jak on, boja sie Karenowie. Bo nawet tu, w obozie, wciąż trzeba być czujnym, nigdy nie ma pewności, kto jest kim. Nieustannie przybywający, nowi uciekinierzy, przyjmowani są na podstawie zwykłej rozmowy z zarządzajacymi obozem, tajskim komendantem i głównie kareńskimi przedstawicielami uchodźców. Czasem nie posiadają nawet dokumentów, a na poświadczenie swojej tożsamości mają jedynie własne słowa. W takiej sytuacji łatwo się prześlizgnąć. M. walczy o wolność Birmy, jest po właściwej stronie. Ale kto wie, czy przybyły właśnie ze stolicy „inteligent”, nie jest tak naprawdę wysłannikiem junty, wtyczką wywiadu. A przecież tutaj mieszkają nie tylko „zwykli” uchodźcy.

Spacer
M. prowadzi nas przez obóz. Jest piątek, jeden z trzech w tygodniu dni targowych. Kiedy przyjechaliśmy, weszliśmy boczną ścieżką, bezpośrednio do Sekcji 16a. Dziś, po raz pierwszy mijamy główną bramę. Wzdłuż prowadzącej wgłąb zabudowań, szerokiej drogi porozstawiały się prowizoryczne, liche stragany. Każdy sprzedaje, co może, każdy kupuje, na co go stać. Warzywa, owoce, ryż, mięso. Kobiety przycupnęły nad metalowymi błyskotkami, garnki, trochę ubrań… Przy jednym ze stoisk, M. zwalnia, przycisza głos i pyta: widzicie tego mężczyzne? – stoi tyłem, wysoki, koszula opięta na szerokich barkach skrywa gęste, tradycyjne rysunki tatuaży, symbol męstwa. Za nim, dwaj młodzi chłopcy, jak rozdwojony cień, śledzą z najwyższą uwagą każdy jego gest – to kareński dowódca, bardzo ważna postać, teraz się tutaj ukrywa, ale pewnie niebawem wróci do partyzantów. Takich jak on jest tu wielu, granica jest bardzo blisko, przechodzą więc przez dżunglę, żeby wylizać się z ran, żeby odwiedzić rodzinę, przekazać wiadomości. Dlatego tak się boją wtyczek wywiadu w obozie.
Tuz przed zakrętem jest dom. Spory, murowany, inny niż wszystkie dokoła. W tym domu mieszka komendant. To także punkt kontrolny. Nie róbcie tutaj zdjęć – M. ledwo widocznym gestem wskazuje na budynek – dałem już do sprawdzenia wasze dokumenty, ale nie macie przepustki, więc lepiej się tu nie kręćcie, po co prowokować.
Komendant ma w obozie władzę absolutną, tu wszystko zależy od niego, czasem od jego humoru. Ale Nu Po ma szczęście, jest stosunkowo niewielki i nie ma tu takich restrykcji, jak w części innych obozów. Nie ma wzmocnionego drutem kolczastym płotu, nie ma absolutnego zakazu wychodzenia. Uchodźcy mogą podchodzić do pobliskiego strumienia, czerpać wodę do picia, ta obozowa jest brudna, mocno zawapniona, mogą przemycić z dżungli trochę drewna na opał. Mogą wychodzić na drogę ciągnącą się wzdłuż zabudowań czy stosunkowo łatwo dostać potrzebną przepustkę, żeby pojechać do miasta. Ale ta „wolność” jest krucha, nie zawsze tak tu było i w ciągu jednej sekundy, zakazy mogą powrócić.

Krzyk kolatek
Jest wieczór, prawie dziesiąta. W niedawno wybudowanej świątyni Tammayou, King Zero prowadzi wykłady. Jest już niewiele osób, bo o tej godzinie nie można opuszczać swoich sekcji. Na skraju każdej z nich, pełniący wartę strażnicy wyłapują każdego, kto chciałby złamać ten zakaz. Niekiedy można za to trafić do więzienia. Więzienie to dół w ziemi. Pilnują też bezpieczeństwa, bo czasem linia walk potrafi się przesunąć. Granica tajsko-birmańska wciąż jest bardzo nieszczelna, przebiega środkiem dżungli, a po jej drugiej stronie wojna nie ustaje. Wiodąca do niej droga, rzadko podlega kontrolom, uciekający żołnierze potrafią dotrzeć aż tutaj.
Nagle, nocną ciszę przerywa przedziwny dźwięk. Z oddali, nadciąga falą głuche klekotanie. Krzyczy dookoła i płynie dalej w obóz. Alarm. Przed każdym domem wisi kołatka z bambusa, w razie niebezpieczeństwa, to one ostrzegają. Największym zagrożeniem tego miejsca jest pożar. Wszystko jest tu drewniane, wody jak na lekarstwo, nim ogień się zdąży roztańczyć, zrówna obóz z ziemią. Dzisiaj łuny nie widać, a więc to coś innego. Mężczyźni się podrywają, zwartą grupą ruszają w stronę źródła dźwięku. Spod ziemi wyrastają bambusowe tyczki, proca, szklane kulki. Na codzień niewinne zabawki, bo broń jest tu zakazana. Nie mija nawet kwadrans, kiedy wszystko milknie. Jak gdyby nic się nie stało, King Zero ciągnie swój wykład, mężczyźni znów siedzą, słuchają, i tylko napięcie nie mija. Do skrajnej sekcji obozu, próbował się przedostać ktoś spoza, jakiś obcy. Spłoszony wszczętym alarmem rozpłynął się w czerni dżungli. W popłochu porzucil karabin. Złodziej? Stęskniony partyzant? Zabójca, wysłannik junty? Teraz to już nieważne. Teraz, trzeba zrobić coś z bronią. Do rana musi być czysto, bo jeśli komendant się dowie, mogą powrócić restrykcje.

Dzike słonie
Krążymy obozowym labiryntem ścieżek. Mijamy mini szpital, meczet, klasztory, kościół, gdzieniegdzie fronty domów zmienione w małe sklepiki. Wszystko prowizoryczne, koślawe, łatane, ubogie. Dochodzimy do szkoły. Jeden z pracujących tutaj wolontariuszy, siedzi na progu klasy i pali papierosa. Przy nim dwóch Birmańczyków, pomagających w szkole. Przyłączamy się do nich, przysłuchujemy rozmowie. Włoch uczy angielskiego, siedzi tu już od miesiąca, wymyślił sobie właśnie, że chciałby pójść na wycieczkę. Piechotą, do granicy. Uchodźcy, z niepokojem, zgodnie kręcą głowami: nie można. Nie można? Dlaczego? Marcello się nie poddaje. Przecież droga jest prosta, jeżdżą nią samochody, 15 kilometrów to dla mnie trzy godziny, chyba się nie zgubię. Ale jest niebezpiecznie, słyszy w odpowiedzi, jest b a r d z o niebezpiecznie, bo w dżungli są dzikie słonie. Możesz iść nad wodospad, my cię zaprowadzimy. Odpowiadamy za ciebie – urywają rozmowę.
Kilka godzin wcześniej, usłyszeliśmy to samo. Ale brnęliśmy uparcie, w końcu M. zrezygnował. Słuchajcie, wam nie wolno odchodzic od głównej drogi, bo w okolicznych lasach poukrywana jest broń. Tutaj jest zakazana, więc kiedy Karenowie uciekają z Birmy, żeby zamieszkać w obozie, zostawiają ją w dżungli. Gdybyście przez przypadek dotarli do tych miejsc, mielibyśmy kłopty. Ludzie zrobią wszystko, by je utrzymać w sekrecie. Nie wiem czy mnie rozumiecie. Dla nas, to kwestia przetrwania. Gdyby tajskie władze znalazły te składy broni, mogło by to być pretekstem do likwidacji obozu. Więc dzikie słonie strzegą naszego być albo nie być.

Tea shop
Na wzór tego „wolnego”, obozowe życie skupia się wokół tea shop’ów. Kawa kosztuje tu grosze, a cienką, chińską herbatę dostaje się za darmo. To właśnie nad ta herbatą, pitą z maleńkich czarek spędza się długie godziny. Rozmawia, zamyśla, patrzy. Też tu przesiadujemy, słuchając, poznając ludzi.
Tony’ego wszędzie pełno. Jest żywy, gadatliwy, wiecznie uśmiechnięty. Jesteśmy w podobnym wieku i jakoś nam blisko do siebie. Spotkany w normalnym życiu, w pracy, na imprezie, mógłby być naszym znajomym. W Birmie był przewodnikiem, jeździł z turystami. Lubił swoją pracę, spotykał mnóstwo ludzi, ze wszystkich zakątków świata, mógł opowiadać o Birmie, wiódł dobre, dostatnie życie. Ułożył się z systemem, nie mógł na nic narzekac. Ma trochę za złe losowi, że wszystko się tak potoczyło. Ciężko mu się odnaleźć w tutejszej rzeczywistości. W odróżnieniu od mnóstwa przebywających tu ludzi, nie konspirował, nie walczył. Ot, przez zupełny przypadek, kilka zrobionych zdjęć, nagle stracił kontrolę nad swoim własnym życiem. Wiecie, ja wciąż w to nie wierzę. To był zwyczajny dzień, jechałem taksówką na lotnisko, żeby odebrać grupę turystów. Nagle zadzwonił telefon i mój przyjaciel powiedział, że służby wywiadu były u mnie w domu, że mnie szukają. Wiecie co to znaczy? Gdybym był wtedy u siebie, nie rozmawialibyśmy teraz. Zostałem oskarżony o nielegalne robienie zdjęć. Kilka miesięcy wcześniej, pojechałem na południe, przygotować trasę wycieczki. To było niedługo po przejsciu cyklonu Nargis, a ja, jak wszyscy w kraju, nie miałem pojęcia o tym, co się dzieje w delcie Irrawady. To, co tam zobaczyłem, szokowało. Ludzie, którzy potracili wszystko, nie otrzymali żadnej pomocy, byli skazani sami na siebie. Przejeżdżając, zrobiłem kilka zdjęć i… pojechałem dalej. To wszystko. Kiedy odebrałem ten telefon i usłyszałem, że mnie szukają, byłem przerażony, nie miałem pojęcia, co robić. Ale wiedziałem, że za nic nie chcę trafić do więzienia. Kilkaset metrów przed lotniskiem, zatrzymałem taksówkę, zapłaciłem i wysiadłem. Do domu wrócić nie mogłem. Miałem przy sobie trochę służbowych pieniędzy, zadzwoniłem do biura, przeprosiłem szefa za to, że je zatrzymam i pojechałem do przyjaciół, do innej części Rangunu. Tam przenocowałem, a o świcie, wziąłem od nich kilka ubrań na zmianę i ukrywając się ruszyłem w stronę granicy. Po kilku dniach wylądowałem w Mae Sot, potem tutaj. Wiem, że policja codziennie przychodziła mnie szukać. Dd ponad dwóch lat już tu jestem. Mieszkam w tym domu, przy drodze. Zbudowaliśmy z kolegą prowizoryczną klasę, za własne pieniądze kupiłem tablicę i używany słownik i ucze angielskiego. Za darmo, jak wszyscy tutaj. A w Birmie nie mogłeś zostać, spróbować to jakoś wyjaśnić? Przecież nic nie zrobiłeś… Chyba żartujecie! Widzicie tamtego mężczyznę? Wiecie dlaczego jest łysy? Całymi tygodniami siedział przykuty do słupa z kapiącą mu na głowę gorącą wodą. Aż stracił większość włosów. Z nikim nie rozmawia. Zwariował. Wielu ludzi wariuje. Tam nie masz żadnych praw. Ja nie wytrzymałbym tortur, nie dałbym rady. Wszystko, tylko nie więzienie. Chociaż tu też nie jest lekko. Najtrudniejsze jest to, że nigdzie nie mogę się ruszyć. Teoretycznie mógłbym dostać przepustkę i pojechać do Mae Sot. Ale nie chcę. Tajowie na nas żerują, pod byle jakim pozorem, czepiają się dokumentów, żeby wyłudzić łapówkę. Nie widzieliście kontroli? A, wiecie, szkoda gadać.
Siedzimy, sączymy herbatę, zmieniają się ludzie, historie… czyjś brat działał w opozycji, wywiad nie mógł go znależć, zaczęli nachodzić rodzinę. Wszyscy musieli uciekać. Kto inny, były wojskowy, szukając ocalenia dla resztek samego siebie, przywdział mnisie szaty. Co noc budzi się z krzykiem. Ktoś próbował zawieźć jedzenie ofiarom cyklonu, trafił do więzienia. Ktoś filmował zamieszki, czyjaś wioska spłonęła… w samym tylko Nu Po, 15 tysięcy tragedii.

Wystawa
Córka właściciela tea shop’u podbiega uśmiechnięta, ze zmiętą kartką papieru. Z dumą, ją rozkłada, żeby pokazać rysunek. Już, już chcemy pochwalić, powiedzieć, że bardzo ładny, gdy nagle do nas dociera, że na dziecięcym obrazku, dwóch uzbrojonych żołnierzy, drewnianymi pałkami, bije ludzi po głowach. Bity mężczyzna klęczy, złożone w prośbie dłonie, błagają oprawcę o litość. Trzeci żołnierz, dowódca, stoi z pistoletem. Słabym, łamanym angielskim, dziewczynka coś tłumaczy. Ale niestety nijak nie potrafimy zrozumieć. Chowamy tylko emocje za udawanym uśmiechem.
Następnego dnia, rano, emocje te uderzą z dużo większą siłą. Z okazji dnia uchodźcy, w obozie jest wystawa. Na jego głównym placu, kilkadziesiąt rysunków. Wiele z tych obrazków, mogłoby być dowodem, w procesie rządzącej junty, o zbrodnie przeciwko ludzkości. Z przerażającą precyzją, pokazują to, o czym można przeczytać w raportach wspierających karenów organizacji humanitarnych. Przymusowe, masowe przesiedlenia, krzyżowanie, palenie ludzi żywcem, gwałty, w tym gwałty zbiorowe, najwymyślniejsze formy przemocy i „tortury wodne”, zakopywanie w ziemi po szyję i doprowadzanie do śmierci biciem i kopaniem, samowolne egzekucje, ścięcia, zmuszanie do niewolniczej pracy… to tylko część przykładów.
Kiedy się o tym czyta, nagromadzenie zła sprawia, że fakty tracą realność, wydają się być niemal nie-do-uwierzenia, odległym, koszmarnym majakiem, oglądanym zza szyby domowego zacisza. Tu, czar dystansu pryska. Z koślawo wiszących rysunków, bije bezlitosna namacalność. Bo te dzieci, nie znają tego z opowieści. One musiały to widzieć. Usłyszeć, poczuć, przeżyć. Bo zbyt dokładnie wiedzą, jak się kopie człowieka, przystawia karabin do głowy, przykuwa skazańca do słupa, ucieka z płonącej wioski, pełnej leżących trupów. Przerażenie, strach, niemoc. Tego nie podpowie dziecięca wyobraźnia. Tego nie sposób poznać, słuchając rozmów dorosłych.

Plotka
Tony siedzi w ławce, wpatrując się w pustą tablicę. Cała jego energia, gdzieś wyparowała. Na wczorajszych obchodach dotarła do niego plotka. Komendant powiedział komuś, że zlikwidują obozy, a wszystkich tutejszych uchodźców odeślą z powrotem do kraju, jeśli wybory w Birmie odbędą się zgodnie z prawem. Zgodnie z jakim prawem? – Tony nie wytrzymuje – Te wybory to farsa! Chcecie już dziś znać wyniki? Moge wam powiedzieć.
Tegoroczne wybory są piątym, z ogłoszonych przez juntę, „Myanmarskich Siedmiu Kroków w Drodze do Demokracji”. Kilka poprzednich przyniosło nową konstytucję. Gwarantuje ona, nominowanym przez generałów żołnierzom, 25% miejsc w obu izbach parlamentu. Pozbawia prawa do głosowania, członków zakonów i „ubogich”, ogranicza wolność słowa, zrzeszania i zgromadzeń, mętnymi zapisami o „społecznym spokoju”. Nie ma choćby wzmianki o zakazie tortur ani nie daje gwarancji uczciwego procesu. Gdy „zajdzie nagła potrzeba” tatmadaw (Myanmarskie Siły Zbrojne), może zawiesić wszystkie „podstawowe prawa”. Ministerstwa obrony, bezpieczeństwa, spraw wewnętrznych i zagranicznych pozostają w rękach generałów. Tatmadaw jest zarządzany wewnętrznie i niezależny od pozostałych organów państwa, sąd najwyższy nie ma władzy nad sądami wojskowymi, a prezydent nie ponosi odpowiedzialności przed parlamentem ani żadnym sądem. Żeby wprowadzić zmiany w ustawie zasadniczej, trzeba uzyskać przewagę ponad 75% głosów.
Konstytucja została zatwierdzona w referendum. Według oficjalnych danych, głosowało 99% uprawnionych i 92% z nich, poparło jej wprowadzenie. Według nieoficjalnych, urzędnicy państwowi głosowali w obecności żołnierzy, pracownicy dużych fabryk, w swoich miejscach pracy, a resztę narodu „uprzedzono”, że namawianie do „głosowania na nie”, grozi wysoką grzywną i trzema latami więzienia.
Kiedy Tony nam o tym opowiada, jego złość miesza się z bezsilnością. Generałowie wciąż zwlekają z podaniem daty wyborów – ciągnie – będą tak czekać do ostatniej chwili, żeby nie było czasu na kampanię. A i ta będzie nierówna. Wszystkie media w Birmie należą do obecnej władzy. Gazety, radio, telewizja. Wszędzie będzie tylko ich propaganda. Opozycji pozostanie na wpół legalna dystrybycja ulotek i spotkania. A i na tych, pewnie będzie więcej tajniakow niż zwykłych ludzi. A potem będą wybory. Potoczą się tak, jak ostatnie referendum. Nie wpuszczą przecież do kraju dziennikarzy i obserwatorów. I w końcu junta ogłosi wyniki, w których okaże się, że zgodnie z prawem, zasadami demokracji i wolą narodu, to ona je wygrała. Twarz Tony’ego tężeje. A wiecie co się stanie, jeśli naprawdę Tajlandia zlikwiduje obozy? Rząd zrobi na granicy wspaniałe powitanie, będą przemówienia, uściski rąk, kamery. Cały świat zobaczy, jak szczęśliwie wracamy. A za pierwszym rogiem, wszystkich nas aresztują. Wsadzą do ciężarówek i wywiozą do więzień. Albo najbliższej dżungli. Nigdy tam nie wróce, dopóki oni rządzą. Jeśli mam stracić życie, to chociaż w słusznej sprawie. Nigdy nie myślałem, że byłbym zdolny zabić, ale teraz już wiem, że jeśli będzie trzeba, choć nie chce, chwycę za broń. Trudno.


13 sierpnia, rządzący generałowie ogłosili termin wyborów. Odbędą się 7 listopada tego roku.
26 sierpnia, sekretarz generalny ASEAN (Stowarzyszenia Narodów Azji Południowo-Wschodniej), wyraził swoją radość, w związku z wiadomością o ustaleniu daty elekcji, ponieważ nie tylko ASEAN, ale i opinia międzynarodowa przejawiały „zatroskanie” i „niepokój”, związane z procesem przygotowania wyborów oraz tym, czy będą one wolne i uczciwe. Jednocześnie, minister spraw zagranicznych Wietnamu, pełniącego przewodnictwo w organizacji, zadeklarował, że ASEAN zachęca i wesprze Myanmar w jego „drodze do demokracji i pojednania narodowego” oraz w przygotowaniach do planowanej elekcji. Konsultacje w tej sprawie, odbędą się w najbliższym czasie.
Bez podania przyczyny, od 1 września junta zawiesza, wprowadzoną w maju tego roku,  możliwość uzyskania wizy na lotnisku w Rangunie. Procedura powraca do silnie kontrolowanych przez rząd ambasad i konsulatów.

dziura w zyciorysie

Filed under: NIEMANAS — tomek @ 6:46 am

52 dziura.jpg

no wlasnie. choc nie do konca to nasz wybor, dzis wciaz jestesmy tu, gdzie bylismy poltora miesiaca temu. mozemy tylko dziekowac losowi za to, ze utknal nas w jednym z najcudowniejszych miejsc po drodze. sa i zdjecia i historie, bo byl i ramadan i chinskie swieto glodnych duchow i japonskie bon odori i latajace lemury i little india z masala dosa co rano… kiedys pewnie o tym wszystkim opowiemy. ale nie teraz, bo teraz, najbardziej na swiecie, chce nam sie ruszyc wreszcie dalej. jutro wychodzimy na droge wystawiac kciuki.

Sierpień 26, 2010

wywiad w drodze: szymon kochanski

Filed under: WYWIAD W DRODZE — maugoska @ 2:24 am

szymon.jpg

filip wymyslil, szymon, kuba i my podchwycilismy i jest. po drodze dolaczaja tez inni.  kazdy z nas podrozuje. wiekszosc, juz dlugo. zadalismy sobie te same pytania i wszyscy na nie odpowiadamy. kazdy po kolei i po swojemu. po co? bo tak. zobacz, a moze jutro i ty spakujesz plecak i pojedziesz…
co tydzien, kolejny wywiad. zapraszamy na niecodzienny cykl.

dzis: szymon kochanski

1. Trzy kraje bez których nie wyobrażasz sobie podróżowania?

Polska, bo od tego się zaczęło. A szczególnie polskie góry. Beskidy, Bieszczady, Karkonosze. Przemierzone od schroniska do schroniska, z plecakiem na plecach i ze Stachurą i SDMem na uszach. Manowce, wrzosowiska, lasy. Piwko na szczycie, nieziemskie widoki na świat i zaduma.

Iran, za to niesamowite uczucie, gdy w 2005 roku przekroczyłem sam granicę z Turcją i… musiałem sobie poradzić. Za niespotykaną nigdzie indziej życzliwość ludzi, którzy zapraszają cię na obiad, herbatę, wożą samochodami, płacą za bilety. Za fajkę wodną na dachu w ciepłą noc pod rozgwieżdżonym niebem. Za spanie na dziedzińcu meczetu i uspakajający gest strażnika “tak możesz tu być, nic ci tu nie grozi”, gdy jego obecność wyrwała mnie ze snu.

Indie, które uderzają ciebie ścianą gorąca jak tylko wysiądziesz z samolotu. A potem zaczyna się prawdziwa jazda. Masa ludzi, zwierzęta, śmieci, riksze. Rzeczywistość całkowicie odmienna od wszystkiego co znasz. Pielgrzymi w pomarańczowych szatach jeżdżący pociągami bez biletów. Kobiety w kolorowych sari. Bałagan, chaos, ktoś stawia ci kciukiem czerwoną kropkę na czole. I ty w tym wszystkim.

2. Co jest dla Ciebie najważniejsze w podróżowaniu?

Nabranie innej perspektywy do świata i siebie. Bo współczesny świat wypacza spojrzenie na to jak świat naprawdę wygląda. Przyzwyczailiśmy się do tego, że kupujemy trampki made in china. Jednak często zapomina się, że te kraje, to nie tylko produkty, to ludzie, ulice, sklepy, życie. I najcudowniejsze jest to poczucie, że zbliżyłeś się do czegoś prawdziwego, że uczestniczysz w czymś i jesteś tego częścią. W przepełnionym autobusie w Indiach dzieciak zasypia ci na kolanach. Albo gnasz wynajętą taksówką przez pustynię w Iranie, a z zacinającej się płyty leci “Nas niedogoniet” Tatu. W takich chwilach łzy cisną mi się do oczu i czuję, że to właśnie dla takich chwil to wszystko.

Ważni są również spotkani po drodze ludzie, którzy często są natchnieniem, lekcją innego spojrzenia na świat, dowodem na to że można wyjść poza utarte ścieżki i robić ciekawe rzeczy.

3. Jak długo się przygotowywałeś przed wyprawa?

Przed pierwszymi podróżami przygotowywałem się bardzo. Przed Iranem czytałem blogi podróżnicze z różnych wypraw, przeglądałem przez pół roku przewodnik, kupowałem rozmówki… Ale potem trafiłem na miejsce musiałem zmierzyć się z rzeczywistością, której nawet nie potrafiłem sobie wyobrazić z opisów i zdjęć. Więc później zmieniłem podejście i przestałem się przygotowywać. Dlatego lecąc do Meksyku przewodnik zacząłem przeglądać w samolocie. Dlatego do Ameryki Południowej przyleciałem z biletem w jedną stronę i myślałem, że może pobędę tam 3 miesiące, a tymczasem jestem już 20 miesięcy. Ale to kwestia indywidualna. Ja wyrobiłem w sobie takie podejście, że nie planuję, że idę na spontan. Nie potrafię kupić biletu “dookoła świat” i zaplanować, że 3 miesiące spędzę w Am Pd, 2 w Australii i Nowej Zelandii, a 3 w Azji. Skąd mam wiedzieć czy mi się gdzieś spodoba, czy nie. A takie planowanie bardzo by mnie zniewalało. Bo uzależniasz się od dat, gnasz, bo przecież tyle jeszcze “trzeba” zobaczyć.

4. Co Cię wkurwia?

Wkurwiają mnie ludzie na podróżniczych forach internetowych, ludzie którzy ślą komentarze, dają magiczne recepty jak najlepiej przeżyć życie. Zawistni ludzie, którzy wietrzą we wszystkim spisek, siedząc na dupie narzekają na to jaka to wielka niesprawiedliwość im się dzieje, że oni nie mogą tak podróżować, bo mają samochód i kredyt na mieszkanie, a by chcieli, a taki Iksiński to może, bo pewnie ma bogatą rodzinę albo cośtam. A tymczasem mam prawie trzydzieści lat, a wciąż posiada w życiu tylko aparat, laptopa i trochę ciuchów. Nigdy nie wziąłem żadnego kredytu, nigdy nie posiadałem mieszkania ani samochodu. Ostatnio kupiłem pierwszą w życiu pralkę. Jestem posiadaczem pralki w Boliwii. :)

5. Za czym tęsknisz najbardziej?

Za koncertami na których tłum śpiewa te wszystkie piosenki na których się wychowaliśmy. I wszyscy wiedzą o co chodzi i wszyscy czują te same emocje. Za wielkimi księgarniami pełnymi czasopism, książek, albumów. Za rodziną. Za dziećmi znajomych, których nie miałem okazji zobaczyć.

caly wywiad dostepny na blogu szymona: www.mywayaround.com

1. Trzy kraje bez których nie wyobrażasz sobie podróżowania?

Polska, bo od tego się zaczęło. A szczególnie polskie góry. Beskidy, Bieszczady, Karkonosze. Przemierzone od schroniska do schroniska, z plecakiem na plecach i ze Stachurą i SDMem na uszach. Manowce, wrzosowiska, lasy. Piwko na szczycie, nieziemskie widoki na świat i zaduma.

Iran, za to niesamowite uczucie, gdy w 2005 roku przekroczyłem sam granicę z Turcją i… musiałem sobie poradzić. Za niespotykaną nigdzie indziej życzliwość ludzi, którzy zapraszają cię na obiad, herbatę, wożą samochodami, płacą za bilety. Za fajkę wodną na dachu w ciepłą noc pod rozgwieżdżonym niebem. Za spanie na dziedzińcu meczetu i uspakajający gest strażnika “tak możesz tu być, nic ci tu nie grozi”, gdy jego obecność wyrwała mnie ze snu.

Indie, które uderzają ciebie ścianą gorąca jak tylko wysiądziesz z samolotu. A potem zaczyna się prawdziwa jazda. Masa ludzi, zwierzęta, śmieci, riksze. Rzeczywistość całkowicie odmienna od wszystkiego co znasz. Pielgrzymi w pomarańczowych szatach jeżdżący pociągami bez biletów. Kobiety w kolorowych sari. Bałagan, chaos, ktoś stawia ci kciukiem czerwoną kropkę na czole. I ty w tym wszystkim.

2. Co jest dla Ciebie najważniejsze w podróżowaniu?

Nabranie innej perspektywy do świata i siebie. Bo współczesny świat wypacza spojrzenie na to jak świat naprawdę wygląda. Przyzwyczailiśmy się do tego, że kupujemy trampki made in china. Jednak często zapomina się, że te kraje, to nie tylko produkty, to ludzie, ulice, sklepy, życie. I najcudowniejsze jest to poczucie, że zbliżyłeś się do czegoś prawdziwego, że uczestniczysz w czymś i jesteś tego częścią. W przepełnionym autobusie w Indiach dzieciak zasypia ci na kolanach. Albo gnasz wynajętą taksówką przez pustynię w Iranie, a z zacinającej się płyty leci “Nas niedogoniet” Tatu. W takich chwilach łzy cisną mi się do oczu i czuję, że to właśnie dla takich chwil to wszystko.

Ważni są również spotkani po drodze ludzie, którzy często są natchnieniem, lekcją innego spojrzenia na świat, dowodem na to że można wyjść poza utarte ścieżki i robić ciekawe rzeczy.

3. Jak długo się przygotowywałeś przed wyprawa?

Przed pierwszymi podróżami przygotowywałem się bardzo. Przed Iranem czytałem blogi podróżnicze z różnych wypraw, przeglądałem przez pół roku przewodnik, kupowałem rozmówki… Ale potem trafiłem na miejsce musiałem zmierzyć się z rzeczywistością, której nawet nie potrafiłem sobie wyobrazić z opisów i zdjęć. Więc później zmieniłem podejście i przestałem się przygotowywać. Dlatego lecąc do Meksyku przewodnik zacząłem przeglądać w samolocie. Dlatego do Ameryki Południowej przyleciałem z biletem w jedną stronę i myślałem, że może pobędę tam 3 miesiące, a tymczasem jestem już 20 miesięcy. Ale to kwestia indywidualna. Ja wyrobiłem w sobie takie podejście, że nie planuję, że idę na spontan. Nie potrafię kupić biletu “dookoła świat” i zaplanować, że 3 miesiące spędzę w Am Pd, 2 w Australii i Nowej Zelandii, a 3 w Azji. Skąd mam wiedzieć czy mi się gdzieś spodoba, czy nie. A takie planowanie bardzo by mnie zniewalało. Bo uzależniasz się od dat, gnasz, bo przecież tyle jeszcze “trzeba” zobaczyć.

4. Co Cię wkurwia?

Wkurwiają mnie ludzie na podróżniczych forach internetowych, ludzie którzy ślą komentarze, dają magiczne recepty jak najlepiej przeżyć życie. Zawistni ludzie, którzy wietrzą we wszystkim spisek, siedząc na dupie narzekają na to jaka to wielka niesprawiedliwość im się dzieje, że oni nie mogą tak podróżować, bo mają samochód i kredyt na mieszkanie, a by chcieli, a taki Iksiński to może, bo pewnie ma bogatą rodzinę albo cośtam. A tymczasem mam prawie trzydzieści lat, a wciąż posiada w życiu tylko aparat, laptopa i trochę ciuchów. Nigdy nie wziąłem żadnego kredytu, nigdy nie posiadałem mieszkania ani samochodu. Ostatnio kupiłem pierwszą w życiu pralkę. Jestem posiadaczem pralki w Boliwii. :)

5. Za czym tęsknisz najbardziej?

Za koncertami na których tłum śpiewa te wszystkie piosenki na których się wychowaliśmy. I wszyscy wiedzą o co chodzi i wszyscy czują te same emocje. Za wielkimi księgarniami pełnymi czasopism, książek, albumów. Za rodziną. Za dziećmi znajomych, których nie miałem okazji zobaczyć.

Sierpień 20, 2010

wywiad w drodze: tomek zakrzewski

Filed under: WYWIAD W DRODZE — maugoska @ 5:25 am

tomek-z.jpg

filip wymyslil, szymon, kuba i my podchwycilismy i jest. po drodze dolaczaja tez inni.  kazdy z nas podrozuje. wiekszosc, juz dlugo. zadalismy sobie te same pytania i wszyscy na nie odpowiadamy. kazdy po kolei i po swojemu. po co? bo tak. zobacz, a moze jutro i ty spakujesz plecak i pojedziesz…
co tydzien, kolejny wywiad. zapraszamy na niecodzienny cykl.

dzis: tomek zakrzewski

1. Trzy kraje bez ktorych nie wyobrazasz sobie podrozowania.

Chyba nie ma takich krajow. Podrozuje glownie dlatego, zeby poznawac swiat i przezywac przygody. Poszczegolne kraje tylko utrudniaja podrozowanie. Mam oczywiscie na mysli procedury wizowe, zapelnianie paszportu pieczatkami i tego typu utrudnienia. Choc z drugiej strony podzial na kraje zwykle jest zwiazany z odrebnoscia kulturowa, ktora jest bardzo fascynujaca. Interesuja mnie glownie miejsca, w ktorych nie bylem. Te w ktorych bylem interesuja mnie znacznie mniej. Bez wzgledu na to, gdzie dany kraj lezy, czy jak sie nazwywa, jezeli w nim jeszcze nie bylem, na pewno zawsze bede chcial do niego pojechac.

2. Co jest dla Ciebie najwazniejsze w podrozowaniu.

Najwazniejsza w podrozowaniu jest sama przygoda. Nudzi mnie zycie, w ktorym siedze na tylku. Nudzi mnie monotonía dnia codziennego, codzienne lazenie do pracy, spotykanie tych samych ludzi i rozwiazywanie tych samych problemow. Przeraza mnie przeciekajacy czas przez palce.
W podrozy nigdy nie wiem co sie wydarzy jutro, czesto nie wiem nawet gdzie bede spal, gdzie sie zatrzymam, kogo spotkam. Ta wielka niewiadoma rodzi wlasnie ta przygode, ktora od dziecka mnie pociagala. Wczesniej pochlanialem ksiazki przygodowe i uruchamialem swoja wyobraznie. A odkad stalem sie na tyle dorosly, zeby wyjezdzac samemu, postanowilem wziac sprawy w swoje rece. Odstawilem ksiazki na polke i zaczalem sam ksztaltowac swoje zycie. Zapragnolem byc sam dla siebie bohaterem, byc samemu w centrum przygody i miec wplyw na kreowanie wlasnego losu.

3. Jak dlugo sie przygotowywales przed wyprawa.

Nie poswiecam na to zbyt wiele czasu, bo z reguly mam go bardzo malo. Zwykle czytam relacje z danego regionu innych ludzi. Obecnie internet jest nieocenionym zrodlem informacji, wiec z niego korzytam w dosc szerokim zakresie. Poza tym, czasem siegam po ksiazke, ktora ktos mi poleci i tak czesto nabieram inspiracji do kolejnej podrozy. Jezeli chodzi o gory, to czytam troche prasy fachowej i stamtad czerpie informacje. Uwielbiam rozmowy z ludzmi, ktorzy wybrali sie w ciekawe rejony. Jezeli dane miejsce mnie interesuje to wypytuje o wszelkie szczegoly – ten rodzaj informacji jest dla mnie osobiscie najcenniejszy. Poza tym, robie to, co wszyscy. Kupuje co mi trzeba, szczepie sie na to, co trzeba i cwicze kondycje, zeby w trakcie eskapady jej nie zabraklo.

4. Co Cie wkurwia.

Tutaj chcialbym napisac, ze nic, bo caly czas staram sie pracowac nad soba i starac sie niczym nie denerwowac. Tego nauczyl mnie w zeszlym roku pewien Peruwianczyk, ktory przezyl bardzo duzo w swoim zyciu, jest teraz przewodnikiem po dzungli i wszelkie przeciwnosci losu przyjmuje na kompletnym chilloucie. Szkoda energii na denerwowanie sie, bo to i tak, nic nigdy nie zmieni. Taka filozofia, bardzo do mnie przemawia.
Jednak jest to duzo latwiej powiedziec niz zrealizowac. Mnie najbardziej wkurwiaja, hamstwo i glupota. Te dwie rzeczy przejawiaja sie w podrozy bardzo roznie. Czasem denerwuje sie, jak przez godzine musze czekac w knajpie na zrealizowanie zamowienia. Czasem, jak place za cos, a dostaje w zamian zupelnie co innego, niz wczesniej mi oferowano. Nienawidze zlodziei i wszelkiej masci naciagaczy. Spotykam ich czesto na swej drodze i potrafie byc dla nich bardzo niemily. Poza tym, im jestem starszy, tym gorzej znosze przejazdy. Denerwuje mnie czekanie przez kilka godzin w autobusie na blokadzie, albo jak jakis miejscowy glab nie przewidzial, ze w trakcie podrozy zabraknie mu paliwa. Oczywiscie nie dostaje wtedy spazmow i nie piszcze ze zdenerowania ale potrafia mi takie sytuacje chwilowo zepsuc nastroj.

5. Za czym tesknisz najbardziej.

Tych rzeczy jest bardzo duzo. Tesknie za domem, dziewczyna, rodzina, czy przyjaciolmi. Jednak brakuje mi tez takich zwyklych rzeczy, jak chociazby wlasnego lozka, maminego obiadku, czy wyjscia na basen. Bardzo brakuje mi sportu w podrozy, szczegolnie biegania. Troche brakuje mi tez sauny, bo jestem juz od niej prawie uzalezniony. Poza tym brakuje mi polskiego klimatu, czasem polsiego lata, z zapachem skoszonego siana, a czasem polskiej zimy z chrupiacym sniegiem pod stopami. Za to, w ogole nie brakuje mi polskich newsow, polskiej prasy, radia, czy telewizji. Raczej nie tesknie za polskim jedzeniem, nie brakuje mi imprez, czy wyjsc z kolegami na piwo.

caly wywiad dostepny na blogu tomka: www.tomek-southamerica.blogspot.com

Sierpień 14, 2010

wywiad w drodze: kuba fedorowicz

Filed under: WYWIAD W DRODZE — maugoska @ 6:15 pm

kuba.jpg

filip wymyslil, szymon, kuba i my podchwycilismy i jest. mamy nadzieje, ze inni sie dolacza. kazdy z nas podrozuje. juz dlugo. zadalismy sobie te same pytania i wszyscy (nie podgladajac!) odpowiadamy. kazdy po kolei i po swojemu. po co? bo tak. zobacz, a moze jutro i ty spakujesz plecak i pojedziesz…
za kilka dni kolejny wywiad. zapraszamy na niecodzienny cykl.

kuba jest najmlodszy, wiec zaczyna. trzy dwa jeden… iiha!

1. Trzy kraje bez których nie wyobrażasz sobie podróżowania?

To trochę dziwne pytanie.. Prawdę mówiąc nie byłem jeszcze ‘wszędzie’ (‘…ale jest to na mojej liście’ :]’) jednak wydaje mi się, że w całym tym ‘podróżowaniu’ chodzi o to, żeby odwiedzać miejsca, w których się właśnie jeszcze nie było. Oczywiście każdy z nas ma jakieś swoje ulubione miasta, pasma górskie, plaże, wioski – miejsca, które dobrze mu się kojarzą, do których chciałby wrócić, ale przynajmniej w moim przypadku, nie ma takiego kraju, bez którego nie wyobrażam sobie podróżowania… Że ‘gdzieś’ mogłoby nie istnieć. Pytanie zostało jednak postawione, więc odpowiem na nie w ten oto sposób – pierwszym krajem byłaby chyba Rumunia. Tam, kilka lat temu, pojechałem na jeden z takich pierwszych, dłuższych wypadów, który można by było określić mianem ‘backpackerskiego’. Z przyjacielem, we dwójkę jeździliśmy autostopem praktycznie po całym państwie, chodziliśmy po górach i spaliśmy na plażach. Plany modyfikowaliśmy w zależności od sytuacji, czasem kogoś spotykaliśmy kto do czegoś nas przekonywał, a czasem po prostu rzucaliśmy monetą by podjąć jakąś decyzję. Niby z określoną datą powrotu ale szukając przysłowiowego diabła tam, gdzie istniała szansa, że mógłby powiedzieć nam ‘dobranoc’.. Drugim krajem, byłoby Peru. Żałowałbym chyba, gdybym nigdy nie odwiedził tego miejsca. To było spełnienie moich wyobrażeń o podróżowaniu w Ameryce Południowej – trudno dostępne górskie wioski, jazda na pakach pickupów po zakurzonych, górskich drogach, długa Panamericana w pustynnych klimatach, którą ‘przesiedziałem’ w szoferkach ciężarówek, a do tego niesamowity folklor i kolory, których się nie zapomina. Było wszystko, o czym marzyłem, czego pragnąłem doświadczyć na tym kontynencie. I mimo, że jest to teoretycznie bardzo turystyczny kraj, to ja odnalazłem tam naprawdę dużo autentyczności. Ostatni, trzeci kraj to Polska. Gdyby nie to, że mam silne cechy ‘polskiego’ charakteru, że umiem ‘kombinować’ jak Polak, że się tam wychowałem, że miałem okazję nauczyć się tego, co umiem, spróbować się w różnych warunkach, jeździć od morza, przez jeziora, puszcze, bagna aż po góry.. Gdyby nie to, to prawdopodobnie moja podróż nie wyglądałaby tak, jak wygląda.

2. Co jest dla Ciebie najważniejsze w podróżowaniu?

Najważniejszy, oprócz własnej przyjemności, dla mnie jest kontakt z ‘lokalsami’ i choć śladowa wiedza o historii i tradycji miejsca, po którym podróżuje. Bez tego kontekstu, uważam, że doznania nie są pełne. Wiele rzeczy można przeoczyć, nie zrozumieć pewnych zachowań, popełnić jakiś błąd, który może wiele kosztować. Zauważyłem, że wielu podróżników nie przywiązuje do tego uwagi. Obchodzą ich tylko atrakcje turystyczne – zobaczyć coś, zrobić zdjęcie, móc powiedzieć, że „się było”. Dla mnie najciekawszymi atrakcjami są miejsca z dala od innych turystów, gdzie ludzie są nieprzyzwyczajeni jeszcze do ich częstego widoku. Najczęściej wtedy można doświadczyć ich gościnności, porozmawiać z nimi szczerze, zaprzyjaźnić się i dowiedzieć się o rzeczach, których nie wyczyta się w żadnym przewodniku. W obecnej podróży zacząłem sobie też cenić to, że mam czas. Że nie pędzę gdzieś na złamanie karku tylko po to, bo za dwa dni mam zorganizowaną wycieczkę w innym miejscu, a za 5 dni muszę wsiąść w samolot. Mogę zostać gdzieś dłużej, nawiązać bliższe znajomości z innymi podróżnikami czy miejscowymi i nie mam uczucia, że marnuje czas stojąc czwartą godzinę przy drodze z wyciągniętym kciukiem. Jestem wolny, może nie od wszystkiego i w zupełności, ale mając czas, rzeczywiście wiele rzeczy schodzi na drugi plan. Podoba mi się ta „wolność”.

3. Jak długo się przygotowywałeś przed wyprawą?

Nie lubię słowa „wyprawa” w odniesieniu do mojej podróży. uważam, że nie jest ona „wyprawą” i nigdy jej tak nie nazywam. Ale przygotowania oczywiście były. Pomysł o wyjeździe narodził się na trzy lata przed wyruszeniem, choć już jakieś myśli o „podróżowaniu” oczywiście krążyły mi po głowie od 15 roku życia. Pomysły z czasem się zmieniały, ale wiedziałem, że chce wyruszyć w trakcie studiów. Sporo czytałem, ale nie były to konkretne przygotowania do wyjazdu. Ten etap można by było chyba nazwać mentalnymi przygotowaniami. Właściwe preparacje zaczęły się tak naprawdę po podjęciu ostatecznej decyzji, że jadę, a miało to miejsce mniej więcej na pół roku przed opuszczeniem domu. Miałem wsparcie kolegi, z którym wyruszyłem z Polski stopem na zachód. Podzieliliśmy się w niektórych zadaniach, dzięki czemu każdy z nas miał trochę mniej na głowie. A ja w tym czasie na głowie miałem wiele innych spraw, spośród których najwięcej czasu pochłaniało mi pisanie pracy licencjackiej i zaliczenie egzaminów przewodnickich. Generalnie jednak można powiedzieć, że funkcjonowałem normalnie. Najgorętszy okres to dwa ostatnie miesiące przed podróżą. Wtedy wszystko nabrało tempa. Większość rzeczy tak naprawdę miałem już od dawna w posiadaniu, ale sporo gadżetów trzeba było dokupić – kłódeczki na plecak, nowy kompas, wodoodporne ziplacki, skarpety trekingowe, rękawiczki. Z większych zakupów to nowe buty, obiektyw do lustrzanki… Na trzy miesiące przed wyjazdem zacząłem się szczepić. Wtedy jeszcze nie wiedziałem gdzie mnie rzuci, może to będzie tak jak zakładałem na starcie Ameryka Łacińska, a może już Azja lub środek oceanu. Chciałem być możliwie najlepiej przygotowanym. Nie mając konkretnych planów niestety trzeba być bardzo elastycznym, jeśli chodzi o dobór sprzętu. Nie można wziąć za dużo ciepłych rzeczy, jeśli się przypuszcza, że większość czasu spędzi się w upałach. Z drugiej strony na morzu czy w górach bez ciepłych ubrań się nie obędzie. Plecak pakowałem kilka razy sprawdzając co się najlepiej składa, dobierając to i odrzucając tamto, próbując wybrać uniwersalny zestaw. W końcu udało się zmieścić w 18kg. Na trzy tygodnie przed „dniem 0” pozakładałem konta w bankach, zamówiłem karty płatnicze i czeki podróżne. Później to już tylko zalaminować kopie dokumentów, odebrać wizę do USA i…ruszyć. Krótko można powiedzieć, że przygotowałem się tak naprawdę trzy miesiące.

4. Co Cię wkurwia?

Prawdę powiedziawszy, to nic. Moja podróż z założenia miała być wędrówką w głąb siebie, chciałem poznać swoje słabości, uporać się z nimi. Odmienić swoje postrzeganie świata, poszerzyć horyzonty, spojrzeć na wszystko z innego punktu widzenia. Zgłębić nowe nurty filozoficzne i odpowiedzieć sobie na pytania – co chce robić w życiu, jak osiągać wyznaczone cele, czym się kierować w życiu. Dlatego nazwałem moją podróż ‘grandtour’, nawiązując do średniowiecznej, europejskiej tradycji podróżniczej. Po drodze poznałem kilku ludzi, którzy poprzez rozmowy ze mną otworzyli mi zupełnie nieznane wcześniej drzwi. Zainspirowali mnie, podsunęli kilka książek. W toku dalszego podróżowania, sprawdzania i testowania kolejnych poznawanych przeze mnie uniwersalnych praw, przyswajałem sobie pewną wiedzę. Dziś stosuje wiele z tych prawd na co dzień, w każdym momencie, w każdej sytuacji. Nie jestem ani oświeconym mędrcem, ani fanatykiem, ale czuje się odmieniony w jakiś sposób. Dobrze mi ze sobą, z tym, jaki się stałem podczas tej podróży. Jedną z rzeczy, którą osiągnąłem, jest umiejętność oczyszczania umysłu z negatywnych energii i myśli, jakie się w nim pojawiają. Większość w ogóle mnie nie ‘trafia’. Czuje jakąś harmonię w środku, spokój. Negatywne emocje po prostu nie służą niczemu i staram się ich unikać. Dlatego nie wkurwiam się, gdy stoję kilka godzin przy autostradzie, otrząsnąłem się szybko po rabunku w Boliwii i nie koncentruje się na tym, że w autobusie miejskim obok mnie stoi zgryźliwa babcia i depcze mi po nogach…

Jeżeli coś mnie irytuje to może jedynie to, że z turystyki zrobiono dziś nieprawdopodobny biznes. Podróżowanie jest łatwe, są hotele dla backpackerów, agencje turystyczne oferujące setki wycieczek w różne miejsca, a na ulicy w wielu miastach jest się chodzącym banknotem tylko dlatego, że ma się białą skórę i plecak na grzbiecie. Wszystko jest takie proste – masaż, ‘wyprawa’ do dżungli, lot awionetką? Nie ma sprawy, tylko zapłać. Najlepiej kartą mastercard. Z jakimś dziwnym szacunkiem i może trochę z tęsknotą słucham opowieści o starych podróżnikach, którzy jeszcze 30 lat temu odwiedzali te same miejsca, ale w zupełnie innym stylu. Nie ukrywam, że próbuje szukać swojego własnego stylu podróżowania, który byłby podobny do tego sprzed lat, ale wszystkiego nie da się mieć. Zawsze jest coś za coś. Jest Internet, który ułatwia życie, bankomaty, przewodniki. I zawsze już się jest gringo – potencjalnym klientem, potencjalną ofiarą napaści czy kradzieży. Nic nie jest czarne albo białe, ale zdarza mi się, że z irytacją patrzę na ulicznych naganiaczy oferujących mi coś po ‘specjalnej’ cenie, wołających za mną „Amigo”.. Pytanie tylko, czy bardziej ten fakt, że jestem „gringo”, irytuje mnie czy też ich?

5. Za czym tesknisz najbardziej?

Za ludźmi, których zostawiłem w kraju. Za rodziną, przyjaciółmi. Za wspólnymi wypadami w góry, na żagle, polskim browarem (ew. wódką) w dobrym towarzystwie. Za rozmowami z osobami, którym mogę powiedzieć znacznie więcej, niż jestem w stanie wyrazić w jakimkolwiek języku. Bo tu nie rozchodzi się o wiek, język czy kolor skóry. Tu chodzi o wychowanie, wspólnie przeżyte chwile, które są jakąś dodatkową płaszczyzną porozumienia. To jest to, że kiedy rzucam tekst z Chłopaki nie płaczą, Misia albo z jakiegoś innego kultowego filmu, to wiem, że zostanę tak samo zrozumiany. Tęsknie też za moimi treningami siatkarskimi, wspinaniem, skitourami. Ale nie pęka mi z żalu serce. Bo wiem, że liczy się ‘tu i teraz’ i że ‘jeszcze będzie czas’ na wszystko.

caly wywiad dostepny na blogu kuby: www.mygrandtour.pl
Jeśli podróżujesz i chciałbyś wziąć udział w tym projekcie to skontaktuj się z Filipem

Sierpień 12, 2010

krolewna o sloniowych nozkach

Filed under: JESTESMY — tomek @ 4:43 pm

DSC_2628.jpg

czy moglby nam ktos skombinowac jeszcze z jedno zycie? bo my bysmy chetnie bajki popisali. mas o menos tak /fragment/:

… trzeci przyjechal do zamku ksiaze boleslaw wzdety na brunatnym, pustynnym bizonie. pochodzil z bialobrzegow, ktore jak wiadomo maja swoja nazwe stad, ze znajduja sie na srodku pustyni.
- napakowac owce zupa grochowa! ryknal boleslaw w. i zrzucil ogromny wor grochu – wzdete owce wystrzela jak z procy!
bizon jeknal z ulga, zadowolny, ze nie musi juz dzwigac przynajmniej czesci ciezaru i skontrolowal czas w oczekiwaniu na rozwoj wydarzen. zloty poljot blysnal w sloncu.
krolewna o sloniowych nozkach pobladla ze zlosci, poczerwieniala ze zgrozy i wykrzyknela:
- straze! straze! on chce zabic moje owieczki!
w mig przybieglo pieciu jurnych strazakow. napakowali ksieciem armate, nabili ja grochem i… wystrzelili. bizon spojrzal metnie na wieczorne niebo i zobaczywszy smuge jak po spadajacej gwiezdzie,  pomyslal sobie jakies glupie zyczenie. lecz to nie byla gwiazda, to wystrzelony z armaty ksiaze wylecial wlasnie w kosmos. gdy znalazl sie w stratoswerze powiedzial tylko „o kurwa” i zamarzl…

Lipiec 29, 2010

pod mostem

Filed under: BIRMA,TAJLANDIA — tomek @ 2:02 pm

DSC_1367.jpg
KLIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC ZDJECIA

tajlandia, mae sot. po drugiej stronie rzeki – birmanskie miasteczko myawaddy.
przerzucony przez rzeke, graniczny most przyjazni wiedzie nudny, bezbarwny zywot. mimo, ze wielka, betonowa konstrukcja dumnie goruje nad okolica, ruchu na nim jak na lekarstwo. ot, kilka, kilkadziesiat osob dziennie. znudzeni, zmeczeni lepkim upalem straznicy, leniwie wykonuja swoja prace. przejrza paszport, wbija stempel, sprawdza bagaz. powoli, bez pospiechu. bo i po co sie spieszyc, przygraniczny zgielk, tutaj nie dociera.
ko myo na granicy zyje juz dwa lata. przyjechal po lepszy los dla siebie i swojej rodziny. pochodzi z poludnia birmy, z delty irrawady, miejsca, gdzie cyklon nargis dokonal najwiekszych zniszczen. zostawil swoich bliskich i ruszyl szukac zarobku. tak dotarl do myawaddy. lubi o sobie mowic, ze troche jest szalony, ale zaraz dododaje, ze tutaj, bez tego szalenstwa pewnie nie dalby rady. bo ciezko, bo samotnie, bo – chyba to najtrudniejsze – nigdy wieczorem nie wie, co mu przyniesie poranek. takich jak on jest tu wielu. cieszy sie, ze nas spotkal, bo nie mial na dzisiaj zajecia, a tak, dzien sie wypelni. siadamy, rozmawiamy. czym sie zajmuje? usmiech. rozglada sie dookola, codziennie czym innym, jak wszyscy, zyje z tej granicy. bo w odroznieniu od mostu, plynaca pod nim rzeka, brunatny, zasmiecony pas „ziemii niczyjej” tetni nieprzerwanie. chodzcie, cos wam pokaze…
patrolujacy zolnierze siadaja na lawce pod mostem. bron opieraja o murek i jakby od niechcenia odwracaja glowy. ten gest sporo kosztuje. ile? to nie jest pytanie, na ktore uzyskasz odpowiedz. ko myo zaczyna sie smiac. kosztuje… wystarczajaco, by patrzac, niczego nie widziec.
piecdziesiat metrow dalej, na podeschnietym mule, w gaszczu nadbrzeznych krzakow, sklecone z byle czego prowizoryczne namioty. w namiotach – birmanczycy. mieszkaja tu nielegalnie, bez dokumentow, pozwolen. nie maja statusu uchodzcow i nigdy go nie dostana, bo to nie walka z rezimem, ale nadzieja na lepsze, przywiodla ich w to miejsce. do birmy wrocic nie moga, boja sie konsekwencji, wiec zyja w tym potrzasku, wspierajac surowa codziennosc drobnymi przemytami. obok namiotow – stragany, w nich papierosy, alkohol, lokalna viagra, porno, szuczne penisy, ziola. tu dominuja mezczyzni. kawalek dalej, kobiety handluja krabami, rybami, ryzem, zielenina. niewiele z tego maja, mozliwosc lichego przezycia. teraz rzeka jest niska, monsun nie nadchodzi, ale kiedy popada, cala ta biedawioska zostanie odcieta od ladu, znajdzie sie na wyspie. a jesli beda ulewy i woda sie podniesie, zmyje wszystko i wszystkich. lecz nikt sie tym nie przejmie, bo oficjalnie ich  nie ma. idziemy dalej wzdluz brzegu. za pierwszym, niewielkim zakolem, kolejne zaskoczenie. prosta, drewniana lodz odbija z birmanskiej strony. dociera do srodka rzeki, staje, ludzie wychodza i dalej juz brodem, pieszo przechodza na strone tajska. to klasa ekonomiczna, ko myo znow gorzko zartuje, tu placi sie mniej, bo przewoznik niczego nie ryzykuje, lodz nie przekracza granicy. to nasza fikcja w fikcji. czekajcie, to jeszcze nie koniec.
wracamy spacerem pod most. zolnierze wciaz siedza w cieniu, cos czasem do siebie powiedza, zapala papierosa, popatrza w przesla, jak w otchlan. ko myo prowadzi nas dalej, sciezka na druga strone. to, co tam widzieliscie, to takie poboczne machlojki, tam nie za wiele sie zdziala, prawdziwy biznes jest tutaj. niecale sto metrow od mostu, zycie zaczyna pulsowac. z jednego brzegu na drugi, wlasciwie nieustannie, na wielkich detkach od tirow sa przeprawiani ludzie. najwiekszy ruch jest rano i potem, po poludniu. setki birmanczykow ciagna na tajska strone. czesc z nich, nielegalnie pracuje w pobliskiej fabryce, inni plyna po wsparcie, do slynnej w okolicy kliniki doktor cynthii. tam maja bezplatna pomoc, opieke medyczna, lekarstwa. niektorzy jada dalej, odwiedzic swoich krewnych, sprobowac cos sprzedac na targu, cos kupic, czy wymienic. wieczorem, ta sama droga, wracaja do domu, do birmy. tu konczy sie „niewinnosc” granicznych dzialalnosci. im dalej od mostu, tym ciemniej.
widzicie ta dziewczyne? pod czarna parasolka? – mloda, ladna birmanka siedzi na stromej skarpie. wokol niej, grupka chlopcow, schylaja sie w ciasnym kregu. – sprzedaje amfetamine. to tutaj ogromny problem, dzieciaki strasznie wpadaja.
a przemyt? kazdy moze, wiecie jak to sie robi? my wszyscy zujemy betel, nikogo to nie dziwi, pakuje sie dziesiec tabletek w szczelna foliowa torebke, owija lisciem i zuje. nikt tego przeciez nie sprawdzi. a w razie klopotow, wypluwasz prosto do rzeki i z glowy. to taki szybki zarobek a i klientow jest duzo, bo tutaj jedna tabletka to 150 bhatow. a w nocnym klubie, w bangkoku biora conajmniej trzysta. ale to, o czym mowie, to takie plotki jak ona, w dzien nie ma duzych przerzutow.
mijamy kolejne zakole, wyschniety doplyw rzeki i dochodzimy do „portu”. tu, cala infrastruktura. na skarpie zbudowane dlugie, drewniane zjezdzalnie. na gorze ciezarowki, wypakowane towarem, chemia, napojami, kolejne zgrzewki, tasmowo, zjezdzaja prosto do lodzi. na drugim brzegu te lodzie wypelnia sie ryzem, cebula i wroca na tajska strone. i beda tak kursowac od rana do wieczora. a kiedy zapadnie zmierzch, zmieni sie asortyment. zamiast produktow spozywczych pojawia sie rowery, meble, samochody, narkotyki, alkohol, wszystko to, co nie moze przeplynac na oczach celnikow.

Lipiec 27, 2010

tajskie wakacje

Filed under: TAJLANDIA — maugoska @ 12:59 pm

DSC_0610.jpg
KLIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC ZDJECIA

tym razem padlo na czerwonych. to oni z poczatkiem wakacji wyszli na ulice. wszystko zaczelo sie 14 marca, w niedziele. w niedziele tez mialo sie skonczyc, ale do tego konca, wtedy, owego 14 marca bylo jeszcze bardzo daleko. nikt nawet nie przypuszczal, jak bardzo.

czerwoni kontra zolci
czerwone koszule wywodza sie glownie z polnocnych, rolniczych prowincji tajlandii. w miastach popieraja ich robotnicy i nizsze klasy spoleczne. wiekszosc z nich, to zwolennicy usunietego przed kilkoma laty, premiera thaksina. urodzony w chiang mai thaksin, w czasie swojej pierwszej kadencji zwrocil sie w strone ludzi biednych, to do nich skierowane byly jego reformy. jako pierwszy zauwazyl ich istnienie. oni, w zamian za to, zapalali do niego miloscia. milosc ta trwa do dzis. jego druga kadencja, przerwana przez wojsko i przedstawicieli inteligencji (zolte koszule), jak twierdza ci ostatni, skazona byla korupcja i machlojkami. dzis, byly premier przebywa na emigracji. jego powrot do kraju, w zwiazku z wydanymi po zamachu stanu wyrokami, rownoznaczny jest z dwoma latami wiezienia.
czerwoni (udd – zjednoczony front na rzecz demokracji przeciwko dyktaturze) oskarzaja zoltych (pad – ludowy sojusz na rzecz demokracji) o bezprawne usuniecie thaksina. ale tez, jednym tchem, o potwierdzone niedawno przez tajska komisje wyborcza nieprawidlowosci w finansowaniu kampanii wyborczej, nieprawidlowosci owe, warte sa prawie szesc milionow euro, o wprowadzenie rzadow dyktatury wojskowej, o marginalizowanie interesow ubozszej czesci spoleczenstwa.
zolci zarzucaja czerwonym chec obalenia monarchii, bardzo ciezki zarzut, w kraju gdzie krol jest polbogiem, slepe popieranie przestepcy i populisty – thaksina, dazenie do obalenia rzadu.
wszyscy wszystkich zas, winia o korupcje, nepotyzm i ciagle lamanie prawa.

piknik
co takiego sprawilo, ze wyszli na ulice? co bylo impulsem, chwila, prowokacja? od czego, tym razem, sie zaczelo? trudno dzis powiedziec. w ciagu niespelna tygodnia bangkok sie zaczerwienil. stojacy w poblizu budynkow rzadowych pomnik demokracji stal sie centrum jednego obozu, glowna arteria dzielnicy handlowo-finansowej, ratchadamri road – sercem drugiego. z glosnikow poplynely przeplatane muzyka zadania: chcemy demokracji! chcemy rozwiazania parlamentu! chcemy nowych wyborow! czerwonych koszul przybywalo. z czasem, na poczatku niewielkie obozy zaczely sie rozrastac, peczniec, zamieniac w „wioski”, potem w „miasteczka”. jednak wciaz bylo spokojnie. policja i wojsko wzmocnily szeregi, ale pozostawaly bierne. demonstranci nie zamierzali rezygnowac, ale tez nie pozwalali sobie na przemoc. centrum bangkoku bardziej przypominalo radosny festyn niz opanowana politycznym konfliktem stolice. zycie w obozach tetnilo codziennoscia. pojawily sie stragany z jedzeniem, przenosne kramiki z owocami i napojami, stoiska z propagandowymi koszulkami, chustkami i naszywkami, inne z filmami i muzyka, zabawkami, gazetami. po ulicach krazyly ciezarowki – lazienki, w ktorych mozna bylo wziac prysznic, na drzewach i slupach zawisly hamaki, chodniki zostaly pokryte matami, porozstawialy sie skwierczace jedzeniem mini paleniska. na pierwszy rzut oka, ciezko bylo uwierzyc, ze ci ludzie, to protestujacy demonstranci.

sily w ruch
ten poczatkowy stan zawieszenia nie mogl trwac wiecznie. mimo ze na ulicach bylo spokojnie, sytuacja robila sie coraz bardziej napieta. wszelkie proby negocjacji upadaly, zanim rozmowy na dobre sie zaczely. z powodu paralizu najwazniejszych czesci miasta, kazdy kolejny dzien powiekszal ogromne starty finansowe. najwieksze centra handlowe zostaly zamkniete. ministerstwa spraw zagranicznych zaczely odradzac obywatelom swoich krajow podroze do tajlandii. przebywajacy w bangkoku turysci masowo opuszczali stolice. w koncu, kiedy czerwone koszule przeprowadzily szturm na parlament, komisje wyborcza i siedzibe telewizji, a niezadowolenie spoleczne zaczelo niebezpiecznie rosnac, premier postanowil dzialac. 7 kwietnia zostal ogloszony stan wyjatkowy. rzad zamierzal podjac probe zlikwidowania, zlokalizowanego wokol budynkow rzadowych, obozu. rano, 10 kwietnia szwadrony policji i wojska zaczely od kilku stron zaciesniac krag wokol protestujacych. ci, staneli do walki. w ruch poszly kamienie, bambusowe tyczki, butelki, piesci. okolo poludnia sily rzadowe zostaly zmuszone do odwrotu. czerwoni triumfowali. jednak ich radosc nie trwala dlugo. poznym popoludniem, wojsko i policja ruszyly ze zdwojona sila. tym razem walka rozgorzala na dobre. choc zadna ze stron, nie chciala sie do nich przyznac – padly strzaly. rezultat – 25 osob zabitych i ponad 800 rannych. tajlandia zamarla. bo mimo ze demonstracje, protesty i zamachy stanu zdarzaja sie tu regularnie od ponad pol wieku, tak brutalnych i krwawych zamieszek kraj nie widzial od 18 lat. po pierwszym ataku oskarzen, obie strony, zszokowane nieoczekiwanym przebiegiem wydarzen, postanowily sprobowac powrocic na droge negocjacji. bez skutku.
/KLIKNIJ TU, ZEBY PRZECZYTAC RELACJE Z WALK Z 10 KWIETNIA NA KHAO SAN ROAD/

zawieszenie
kolejny miesiac nie przyblizyl porozumienia ani o krok. czas mijal, straty ekonomiczne powiekszaly sie o kolejne zera, napiecie nie spadalo. 22 kwietnia przy parku lumpini, glownej kwaterze protestu, wybuchl granat. ranil 85 osob. szesc dni pozniej, na obrzezach bangkoku znow padly strzaly. nastroje na poczatku maja, do zludzenia przypominaly te z poczatku kwietnia. jedyna roznice stanowilo skupienie czerwonych w jednym, zajmujacym dzielnice handlowo-biznezowa obozie oraz… zblizajace sie rozpoczecie roku szkolnego. 16 maja konczyly sie wakacje.
kiedy minal kolejny, wyznaczony przez wladze „ostateczny termin” zakonczenia protestu, do prosb dolaczyly grozby. rano, 13 maja rzad zapowiedzial, ze jezeli demonstaranci natychmiast nie rozjada sie do domow, na ulice zostana wyslane uzbrojone oddzialy wojska. jednoczesnie, wezwal wszystkich cywilow do opuszczenia okolicy obozow i wstrzymal transport publiczny. nastepnie, premier odwolal zlozona wczesniej oferte przeprowadzenia przedterminowych wyborow. dziesieciotysieczny oboz czerwonych koszul ani drgnal.

strzal
tego samego dnia, wieczorem, niegdys nalezacy do sil rzadowych, a teraz, glowny strateg walczacych, dowodzacy radykalnym odlamem protestu – czarnymi koszulami, general khattiya sawasdipol (znany jako seh daeng – czerwony dowodca) udzielal wywiadu dziennikarzowi new york times’a. nagle padl strzal. kula trafila precyzyjnie, prosto w czolo generala. ten strzal zmienil wszystko. wprowadzil wydarzenia na tory, biegnace tylko w jednym kierunku. w czasie kiedy ranny przywodca byl ewakuowany do szpitala, uzbrojone w wozy pancerne wojsko, ciasno otoczylo oboz. niewielkie do tej pory barykady protestujacych zaczely sie pietrzyc, tworzac geste zasieki. obie strony przygotowywaly sie do walki, wszelkie mozliwosci negocjacji zostaly ostatecznie zerwane.

wojna
niedlugo po zamachu rozbrzmialy pierwsze wystrzaly. mialy trwac nieprzerwanie az do konca konfliktu. 14 maja przyniosl osmiu zabitych i ponad stu rannych. wladze odciely oboz od wody i pradu. czerwoni zaczeli ewakuowac kobiety i dzieci z najbardziej narazonych na konfrontacje stref. nieustannie wzmacniali barykady i przy pomocy kamieni i petard starali sie odeprzec nacierajaca, kilkutysieczna armie zolnierzy. wojsko odpowiadalo gumowa i ostra amunicja. dzielnice szczelnie wypelnily obloki gazu lzawiacego. ulice bangkoku zamarly. zazwyczaj pelne zgielku, tetniace zyciem miasto, schowalo sie do domow. tam, przykute do telewizorow, z przerazeniem sledzilo przebieg wydarzen. centrum zaczelo plonac, stalowy dym palonej gumy zawisl nad miastem.
15 maja powiekszyl liczbe zabitych do 24. caly obszar starc, zostal przeksztalcony w odcieta od reszty miasta „strefe zagrozenia zycia”. nieustanna ewakuacja kobiet, starcow i dzieci, zmniejszyla liczbe protestujacych do ok. 5 tysiecy. premier wzywal wojsko do nieprzerwanego, „bedacego w interesie wszystkich obywateli tajlandii”, kontynuowania operacji. w miescie zaczely pojawiac sie plotki o zagrozeniu zamachami bombowymi poza terenem walk. bangkok wrzal i to wrzenie wymykalo sie spod kontroli.
jako pierwsi reke wyciagneli przywodcy czerwonych koszul. pod warunkiem wycofania wojsk oraz dopuszczenia przedstawicieli onz, jako mediatorow, zgodzili sie negocjowac. rzad odpowiedzial stanowczo: tajlandia sama poradzi sobie ze swoimi problemami, po czym rozszerzyl stan wyjatkowy na 20 prowincji, oglosil nadchodzace poniedzialek i wtorek dniami wolnymi od pracy, przesunal rozpoczecie roku szkolnego i kontynuowal walke z „ukrywajacymi sie w szeregach czerwonych koszul terrorystami”. napiecie siegalo zenitu. kiedy wydawalo sie, ze gorzej juz byc nie moze, w poniedzialek rano, po czterech dniach spiaczki, zmarl czerwony dowodca. protesty rozlaly sie na polnocno-wschodnie prowincje kraju. w chiang mai splonal woz policyjny, w kilku innych miastach przeszly demonstracje. w oficjalnym, telewizyjnym oswiadczeniu, rzad wezwal walczace w bangkoku, czerwone koszule do wycofania sie z barykad. oglosil tez, ze kazdy, kto tam pozostanie, po wyznaczonej jako granica, godzinie 15.00, zostanie skazany na kare wiezienia oraz przebywac bedzie w strefie walk na wlasne ryzyko. po tym wystapieniu ruszyl do ataku. liczba ofiar skoczyla do 37, danych dotyczacych rannych, nikt juz nie podawal. po intensywnej nocy, rano zapanowala cisza. jej gluchy ciezar przerywaly smigla helikopterow, czarne obloki dymu znaczyly miejsca starc, jednak tego dnia miasto bylo przedziwnie spokojne. strony negocjowaly. kiedy liderzy czerwonych zgodzili sie na warunki stawiane im przez rzad, ten nagle sie wycofal, twierdzac, ze rozmow nie bedzie, dopoki protestujacy nie znikna z ulic bangkoku. mediacje zostaly zerwane. rzad nie chcial rozwiazania, wladza pragnela wygranej.
19 maja, bangkok zakipial walkami. wyznaczona wczesniej „strefa zagrozenia”, zostala otoczona kilkusetmetrowym buforem wojska i policji. armia ruszyla. szturm. metodyczny atak. wojsko metr po metrze zdobywalo ulice. sukces. plonace zapory, ugiely sie pod naciskiem wozow opancerzonych. armia forsowala kolejne barykady. strzaly, aresztowania, kociol, chaos i krew. wszyscy zgodnie twierdzili, ze tak ostrego starcia jeszcze tutaj nie bylo. tego dnia, po poludniu, przywodcy czerwonych koszul oddali sie w rece policji.

pozar
w szeregach protestu zawrzalo. czesc poszla za liderami, zlozyla bron i ulegla. jednak skrajne bojowki nie chcialy dac za wygrana. wpadly w szal podpalania. miasto stanelo w ogniu. najwieksze centrum handlowe, gielde, budynki rzadowe, siedzibe telewizji, pokryly geste plomienie. rzad by okielznac sytuacje wprowadzil zakaz zgromadzen, ograniczenia w ruchu oraz godzine policyjna. wszystkie te obostrzenia mialy sie rozlac pozniej na inne czesci kraju i zostac przedluzone o kilka kolejnych dni. a wladza, po raz ostatni miala stanac do walki. tym razem, walki z zywiolem, chaosem i reputacja.

sprzatanie.
pozary zniknely najszybciej, nie bylo innego wyjscia, bo byly zagrozeniem dla gestej zabudowy. powodowaly takze najbardziej odczuwalne straty finansowe. nastepnie przyszla kolej na pobojowiska. dlugie sznury ciezarowek, przez trzy dni, nieprzerwanie, wywozily opony, polamane bambusy, szczatki spalonych pojazdow, deski, smieci, szmaty, pogiete blachy, barierki. miejskie sluzby oczyszczania porzadkowaly miejsca po obozach, zabezpieczaly witryny, grodzily pogorzeliska. w niedziele, centrum miasta zostalo oficjalnie otwarte. tego dnia rzad mial przywdziac biale rekawiczki. na glownym skrzyzowaniu tuz obok spalonego najwiekszego w bangkoku centrum handlowego, urzadzono festyn. byly przemowienia, muzyka, pokazy i… miotly. rekami ochotnikow, postanowiono zmyc slady „dzielacych narod roznic”. przez caly dzien i pol nocy mlodziez i sluzby miejsckie wpolnie myli ulice, chodniki i sumienia.

a w poniedzialek rano, po dluzszych o tydzien wakacjach, zwrocony „narodowi” bangkok opanowaly koszule… biale. jak gdyby nigdy nic, lsniacym czystoscia miastem dzieci poszly do szkoly.

——————–

pod prad
co wy tu robicie, dlaczego nie pojedziecie na phuket? a pan? dlaczego pan tu jest? mam swoje sprawy. no widzi pan. my tez.
poszlismy pod prad. kiedy mowili, zeby jechac – zostalismy. kiedy mowili, zeby sie nie ruszac – pojechalismy. ale to nie byly racjonalne decyzje, bo tak naprawde „spraw” nie mielismy tam zadnych. a jednak cos nas wciagalo, nie pozwalalo wyjechac, opuscic tego miasta. co to takiego bylo? zobaczyc. dotknac. zrozumiec. przezyc tu i teraz. bo phuket bedzie zawsze. moze nie rozumiesz, moze ci sie wydaje ze szukalismy sensacji. nie szukalismy. albo moze powiesz, ze po cholere komu, takie czarne emocje, szkoda zycia. nie szkoda. bo dobrze jest zobaczyc druga strone rzeczy. nawet jesli to trudne.
cisza, pustka, niepokoj, strach, namacalnosc smierci, napiecie, nieodwracalnosc, ale tez odwaga, patriotyzm, wiara, glupota, ignorancja… wiele definicji, nabralo nowych znaczen. znane pozornie pojecia odkryly nowe oblicze. szary zazwyczaj swiat ulegl krystalizacji, zatrzasnal sie w czerni i bieli. i byl on niezwykly, ciekawy, na co dzien nie do przezycia. na szczescie.
najgorsza byla cisza. glucha, dudniaca, az lepka. ta cisza przyszla nagle. jedyne co w niej zostalo, to klimatyzatory. one i zwierzeta. jednostajny szum i zawodzenia kotow, przerywane tepo pokrzykiwaniem jaszczurek – ge-kooo, ge-kooo, ge-kooo. poza nimi – nic. niewiarygodna, nie do uwierzenia cisza. paralizujaca, zmuszajaca do rozmow szeptem. jak na pustkowiu. a tu przeciez miasto, wielka metropolia. milczy, wyczekuje.
noc, siedzimy na dachu, nad nami tylko chmury. ciemnosc nimi pokryta jak pomarszczona mgla. jedynie nad centrum szare kleby kumulusow. wija sie. dotykaja, szarpia rozumienie. i nie pasuja do ciszy. choc nieme – wrzeszcza. to dym.
w tej ciszy, co i raz loskot – smigla helikopterow, dra niebo na kawalki. nie pozwalaja zapomniec, odwrocic sie, odetchnac.
napiecie jest jak wampir, ciagle nienasycone. wysysa caly spokoj, nazera sie bezpieczenstwem, puchnie od tego co spilo, tepieje od przezarcia, ale nie moze przestac. bezwiednie jak lunatyk, bezwzglednie jak dziecko, zre dalej. pozornie nic sie nie zmienia, kazda z osobna przyczyne latwo zignorowac. i to sa sidla napiecia. ledwie zaczynasz je widziec, dotykac zrozumieniem – znikaja, umykaja, nie daja sie przylapac. to poteguje niepokoj.
mityczny khao san – pustoszal. turysci uciekali. podobnie martwialy ulice. kazdego dnia rozstawiali o kilka straganow mniej. w koncu zniknely wszystkie. w witrynach sie pojawily kartki „zamkniete”, „nieczynne”. sklepy calodobowe, w nocy nie dzialaly. autobusy  jak widma, jezdzily puste, bez ludzi. gdzie sie nie pojechalo, wszedzie oddzialy wojska, ruszaly, staly, wracaly. im blizej centrum, tym pusciej. w tej pustce – telewizory, w domach, na progach, chodnikach, wieksze, mniejsze, przenosne. a wokol nich – grupki ludzi, bez ruchu, w skupieniu, bez slowa. i znowu strach, przerazenie. bo kiedy pojechalismy sprawdzic, co dzieje sie w centrum, dzwieki sie nagle pokryly. bo ekran pokazywal, to co wlasnie sie stalo kilka skrzyzowan dalej. zlapala nas w swoje szpony namacalnosc wydarzen. wrocily pytania: po co? po diabla tu siedzimy?
i tego dnia, przy wodce, dotarla do nas odpowiedz:
ze to, co sie tam dzialo, choc straszne, choc okrutne, bylo do bolu prawdziwe. przejrzysta czarno-bialosc tak dlugo nas tam trzymala. wrocone na moment wartosci, proste, surowe zasady. swiadomosc, ze dla tych ludzi, to jest naprawde wazne. ze wierza i ich wiara ma tak ogromna sile, ze dadza sie za nia zabic. i to pozwalalo spojrzec z jakas niezwykla jasnoscia na wszystkie wystudiowane ludzkie autokreacje, ktorych jedynym problemem jest: wstalam dzisiaj o siodmej i sama doprawdy nie wiem, czy nudne to, czy piekne.

Lipiec 20, 2010

dia del amigo

Filed under: JESTESMY — maugoska @ 11:59 pm

dia de amigo2.jpg

i znow 20 lipca i znow dzien przyjaciela i znow mozemy zyczyc:)

T: zyczymy wam, by zaden cham
M: nie znalazl drogi do serca bram
T: /waszych dam/
T: zyczymy tez, by zaden leszcz
nie psul wam zycia jak ten kleszcz
M: zyczymy takze, by ten swiat
byl troche lepszy niz psu gnat
zyczymy jeszcze by slonce wreszcie
T: dupa
M: zyczymy rowniez by gajowy
nie ryczal na was jak dwie krowy
T: wszystkiego najlepszego z okazji dnia przyjaciela zyczy tomek
M: i małgosia
a w prezencie od nas dla was rysunek oraz pierwsza na tamtaramie polska literka.

Lipiec 16, 2010

miedzy birma a myanmarem

Filed under: BIRMA — maugoska @ 9:06 am

DSC_2222.jpg

odkad w 89 roku, rzadzaca junta zmienila nazwy geograficzne, bez konca mozna sie spierac, jakich form uzywac. birma czy myanmar? yangon czy rangun, irrawaddy czy ayeyarwady…
to bylo w obozie birmanskich uchodzcow. siedzielismy na podlodze malenkiego domu i rozmawialismy. o historii, o losach, o nadziejach. nagle jeden z naszych gospodarzy zamilkl, spojrzal na nas z tym swoim smutnookim usmiechem i powiedzial: wiecie co? bardzo was prosze, nie mowcie nigdy myanmar. moj kraj nazywa sie birma.

Lipiec 15, 2010

money, money, money…

Filed under: BIRMA — maugoska @ 9:28 am

zeszyt azja-2.jpg

myanmarski bank absurdow, zdaje sie nie znac zupelnie, znaczenia slowa: granica. rozsmieszalby do rozpuku, gdyby nie to, ze wszystko wydarza sie naprawde. i jak najbardziej powaznie.
w 1985 roku, rzadzacy krajem dyktator obchodzi 75 urodziny. numerologia i astrologia (ne win jest zagorzalym wyznawca jednego i drugiego), zgodnie przyznaja, ze taki jubileusz wymaga uczczenia. 3 listopada, wprowadzone dekade wczesniej banknoty 25-, 50- i 100-kyatowe zostaja wycofane, by ustapic miejsca galowemu nominalowi „75″. rok pozniej, do kompletu, dodrukowuja sie 15- i 35-kyatowki. i byloby uroczyscie, wesolo i radosnie, gdyby nie fakt, ze… wycofane z dnia na dzien pieniadze mozna wymienic na nowe, jedynie w bardzo ograniczonych ilosciach. ludzie traca wiekszosc oszczednosci.
niecale dwa lata pozniej, gdy przycichly urodzinowe famfary, do glosu dochodzi dziewiatka, ulubiona cyfra generala. nadworny astrolog spieszy z potwierdzeniem: im wiecej dziewiatki dookola, tym pewniejsze, ze general dozyje szacownych lat dziewiecdziesieciu. sprawa wagi panstwowej, nie ma na co czekac. 5 wrzesnia ’87, bez zapowiedzi zostaja wycofane banknoty 25-, 35-, 75- i 100-kyatowe. zamiast nich, na scene wkraczaja poddzielne przez 9 nominaly „45″ i „90″. tym razem jednak, rzad nie zawraca sobie glowy taka drobnostka, jak wymiana starych pieniedzy na nowe. ludzie traca wszystko. to przelewa krople wytrzymalosci. protesty, demonstracje i powstanie 8888, doprowadzaja 8 sierpnia ’88 do wycofania ne win’a z oficjalnej sceny. konczy sie akt pierwszy tej czarnej komedii absurdow.
kolejna „denominacja” zostaje przeprowadzona w bialych rekawiczkach. 20 czerwca ’89, w zwiazku z rozpoczeciem „nowej ery”, zostaje zmieniona nazwa kraju. kolonialana birma staje sie dajacym nowe nadzieje i jednoczacym skloconych, swietlistym myanmarem. co zrobic, nowy kraj wymaga nowych banknotow. kolejne lata przynosza, obowiazujaca do dzis, poddana w 2004 roku operacji wyrownania rozmiarow, pelna game: 1, 5, 10, 20, 50, 100, 500 i 1000. a co ze starymi, szczesliwa „45″ i „90″? nic. rzucone na pastwe inflacji, denominuja i wycofuja sie same.
komedii akt trzeci:
w 2003 roku, zostaje zniesiony, obowiazujacy turystow nakaz wykupowania, rownowartych 200stu dolarom, bonow platniczych (FEC). klopot z nimi polegal na tym, ze byly uznawane jedynie w drogich, rzadowych hotelach i agencjach turystycznych. na codzien – nieuzyteczne. mozna je kupic i teraz, jednak poza zorganizowanymi grupami emerytow, niewiele osob sie na to decyduje. dzis, w myanmarze kroluje dolar. zywy, zielony i… nieskazitelny. bankomat – nie ma takiego urzadzenia. wszyscy sa wiec skazani na gotowke. a gotowka ta, ma swoje wymagania. kazdy banknot musi byc: nowiutki, czysty, nie pognieciony, wydany po 96 roku, z tej a nie tamtej serii i najlepiej studolarowy. inny – zagiety, z malenkim nawet napisem, odrobine starty – wart jest tyle, ile papier plus ta odrobina farby drukarskiej. nikt go nigdzie nie przyjmie. i to nie chodzi o to, ze bedzie i sie migac i krecic. tu, nawet zwykly cinkciarz, po kursie nizszym o polowe, po prostu go nie wezmie. dlaczego? bo nic z nim nie zrobi. bo tu, w myanmarze, wart jest tyle, ile….
no wlasnie. ile? oficjalnie myanmarski kyat, jest silna, stabilna waluta. oficjalny, rzadowy kurs wynosi K6.55 za dolara. naprawde calkiem niezle. zaraz, ale dlaczego na lotnisku, w oficjalnym, rzadowym kantorze, za tego samego dolara placa 450? dlaczego? bo chca naciagnac. bo juz w rzadowym hotelu, dostaniesz kiatow 900, a zaraz za rogiem, na targu, nawet 1050. w zamian za sto dolarow, wzorcowe, prosto z drukarni, otrzymasz gruby plik, 1000-kyatowych szmatek. o ile sie nie dasz oszukac. lecz to juz inna historia.

Lipiec 14, 2010

burdel w archeo

Filed under: NIEMANAS — maugoska @ 12:26 pm

kicz z kijem

i zaleglosci. no mamy. no i trudno. bedzie: z malezji – o birmie, tajlandii i birmie w tajlandii. bo nie ma, bo tak sie tam dzialo, ze nam duszki przegrzalo. a potem na turnusie smy byli, bo w onecie pisalo, ze nalezy na plaze.

na czas czekania przygotowali przechodni mini-repertuar:

o d a   d o   m o r z a
na prawo – morze
na lewo – morze
a po srodku
czwartek moze?
/t. tanczy/

/m. spiewa/
gosciu znuzony, gosciu znudzony,
odetchnij kiczem. benc.
KLIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC ZDJECIA

http://picasaweb.google.pl/maugoska/HadYao#

done:)

Filed under: JESTESMY — maugoska @ 8:29 am

DSC_1569.jpg
KLIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC ZDJECIA

good people, once more, thank you very, very much for your aid. all the clothes were given out to people in nupo camp. it wouldn’t be possible without the support of an incredible person – king zero, one of the founders of the best friend libraries. thanks to him, we were able to enter the camp, which is normally impossible for foreigners not working there.

udalo sie:) zebrane w bangkoku ubrania trafily do ludzi w obozie nupo. nie byloby to mozliwe bez pomocy niesamowitego czlowieka – king’a zero, jednego z zalozycieli bibliotek the best friend. dzieki niemu zostalismy wpuszczeni do obozu, normalnie niedostepnego dla ludzi z zewnatrz.

Lipiec 5, 2010

trzecia wystawa rozmow kontrolowanych!

Filed under: JESTESMY — maugoska @ 7:07 am

DSC_1856.jpg

zapraszamy!
http://rozmowykontrolowane.net/index.php/2010/07/05/azja-podbita/

Lipiec 3, 2010

za cieplo nam…

Filed under: JESTESMY — tomek @ 3:51 pm

cv.jpg

wiec…
podanie o prace wyslane!
pingwiny w dwuszeregu, zbiorka!
foki, kolejno odlicz!
slonie morskie odslonic uchatki!
ukrainska bazo, zbieraj zapasy!

a  w y,  t r z y m a j c i e  k c i u k i ! ! !
bo jak niepowaznie by to nie brzmialo, naprawde marzymy, zeby sie udalo:)
a z marzeniami, trzeba ostroznie…

Lipiec 1, 2010

marionetki

Filed under: BIRMA — tomek @ 4:49 pm

lalkarz.jpg
KLIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC ZDJECIA

zwir pod stopami powoli zmienial kolor na pomaranczowy. musialem wpatrywac sie w niego bo zachodzace slonce coraz bardziej nas oslepialo. zostalo niewiele czasu do zachodu, kiedy bladzac ulicami nyaungshwe postanowilismy znalezc teatr marionetek. pytania o droge nie przyniosly zadnego skutku. w sklepie, na ulicznym straganie, w wielkim pustym hotelu nikt nie byl w stanie nam pomoc, z grzecznosci wskazujac jakikolwiek kierunek. slonce jeszcze chwile bawilo sie z nami, puszczajac oczka zza galezi drzew, szczelin w plotach i przerw miedzy domami. powoli zapadal mrok wypelniajac swiat magia niedopowiedzen. dzieki niemu z malej bocznej uliczki zamigotal do nas neon. aung – traditional puppet show. no dobrze, szyld jest ale gdzie teatr. okazal sie nim byc stojacy obok, niepozorny domek. na parterze w przestronnym pomieszczeniu otwierajacym sie na ulice wieloskrzydlowymi drzwiami znajdowal sie, jak sie potem okazalo, zupelnie inny swiat. pomieszczenie bylo prawie puste. pod jedna ze scian stal rzad krzesel i maly stolik, po drugiej stronie az po sufit siegala stara skladana jarmarczna scena. malowane recznie tlo, kotary uszyte z jakiegos taniego materialu. wszystko przykurzone i wyblakle. po srodku krzatal sie lalkarz. maly, energiczny i gadatliwy czlowiek. jak wszyscy tutaj z usmiechem na twarzy i smutkiem w oczach.
- prosze, wejdzcie. chcecie zobaczyc przedstawienie?
- tak. a sa jeszcze miejsca?
- (usmiech) dzis jestescie tylko wy. o tej porze roku nie ma tu zbyt wielu turystow. ale moge zagrac tylko dla was jesli chcecie. przedstawienie zaczyna sie za pol godziny…
w tym momencie zaczela sie jego opowiesc. sztuki lalkarskiej nauczyl go ojciec, ktory umarl dosc mlodo. za duzo pil kiedy jego teatrzyk powoli zaczal przegrywac walke z telewizja. kiedys takich teatrow bylo bardzo duzo. ich tradycja siega osiemnastego wieku, kiedy tobirmanski krol zabronil aktorom odgrywac romantyczne sceny. zastapily ich wiec marionetki. wkrotce historie przedstawiane przez teatry lalek staly sie coraz bardziej popularne i coraz bardziej skomplikowane. odbywaly sie zazwyczaj przy swietle ksiezyca w czasie pelni. kazde przedstawienie poprzedzaly modly do trzydziestu siedmiu birmanskich duchow. skladano przy tym ofiary z kwiatow. nastepnie mistrz lalkarski opowiadal historie, ktora miala byc odgrywana tego wieczoru. teatrowi towarzyszyl dwudziestopiecioosobowy zespol grajacy na tradycyjnych instrumentach, a lalkarze mieli do dyspozycji po kilka lalek, setki rekwizytow i wymiennych malowanych dekoracji.
praca lalkarza nie byla lekka. w czasie przedstawienia musial on jednoczesnie operowac marionetka, prowadzic dialogi i spiewac. lalki zas byly dosc ciezkie i skomplikowane w obsludze…
- a te lalki, to one stare sa? – spytalismy zagladajac za scene.
- niektrore maja ponad sto lat. wielu ludzi z zachodu chcialo je ode mnie kupic. ale ja sie nie zgodzilem… nie moge. wiekszosc z nich robil jeszcze moj dziadek. praca nad jedna lalka zajmowala mu okolo trzech miesiecy w zaleznosci od konstrukcji i skomplikowania kostiumu – smetne, nieruchome kukly przygladaly sie nam zza sceny, nie wygladajac na chetne do jakiejkolwiek wspolpracy – po moim dziadku robil lalki ojciec, a teraz ja ucze wszystkiego moja corke. tylko ona moze podtrzymac tradycje.
mala dziewczynka biegala miedzy nami podajac chinska herbate, mietowe cukierki i zapalajac kadzidla przeciw komarom. w koncu wreczyla nam bilety wydrukowane na drugiej stronie pudelka jakiegos urzadzenia. z trudem rozpoznalem logotyp. samsung. o zgrozo, oby to nie bylo po telewizorze.
zblizala sie dziewietnasta. nikt wiecej nie przyszedl. lalkarz zamknal wielkie skrzydla drzwi oddzielajac nas od ulicy i panujacych na niej mroku i komarow.
- jestescie gotowi… to zaczynamy
niepewnie usadowilismy sie na plastikowych krzeslach. lalkarz zniknal za scena. zaczelo gasnac swiatlo, a w nas zaczela rozpalac sie dziecieca ciekawosc. otaczajaca ciemnosc rozswielil stary teatralny reflektor zmieniajac male jarmarczne zaslony w kotare wielkiego teatru marzen. z glosnika zatrzeszczala tradycyjna birmanska muzyka, a nam zaczelo sie wydawac, ze pod scena drgaja smyczki i blyszcza traby prawdziwej orkiestry. swiat zawirowal od tanca, plasow i ruchu. na scenie zaczely pojawiac sie jedna za druga drewniane marionetki, teraz zupelnie nie przypominajac tych martwych kukiel, ktorymi byly przed chwila. tancerz, mnich, starzec, malpa, zielony demon, kon, chlopiec z tradycyjna birmanska rattanowa pilka, mezczyzna z parasolka, kolorowy ksiaze. kolejno zabierali nas w zupelnie inne swiaty swojego tanca. razem  z nimi zmienialy sie kolejne recznie malowane dekoracje. czas przestal istniec.
- ojej! ojej! ojejciu!
za mna maugoska krecila sie na krzesle jak dziecko czekajace na tort urodzinowy. kolejny tego wieczoru.
podsunalem sie do sceny. przez draperie podniesionej kurtyny przeswitywala postac lalkarza. z uniesionymi rekami uwiklanymi w plataninie sznurkow tanczyl razem z lalkami. krecil glowa kiedy one krecily, unosil ramiona kiedy one unosily, podsakiwal razem z nimi i plakal kiedy one skrywaly twarz w drewnianych dloniach. powoli stawal sie marionetka. zaczalem gubic sie w tym, komu bardziej sie przygladam. ktory ruch bardziej mnie fascynuje. czy plasy lalki na dole czy energiczne i zwinne ruchy rak lakarza na gorze. zaczalem sie zastanawiac, czy to marionetki sa sterowane tymi dlonmi czy moze lalkarzem steruja lalki, wykorzystujac go zeby robic na scenie to na co tylko maja ochote. przedstawienie trwalo. kolejne postaci pojawialy sie przed nami rozedrgane tradycyjnym tancem. zostalem zaczarowany.
w koncu magiczny reflektor zgasl. w pomieszczeniu rozbrzeczalo sie swiatlo jarzeniowek szybko zagluszone naszymi oklaskami. jeszcze na chwile magia wygrala z rzeczywistoscia bo teraz to dzieki nam ten niewielki pokoj zmienil sie w wielka sale z owacjami na stojaco.
pojawil sie lalkarz. widac bylo ile wysilku kosztowal go ten spektakl. jakby lalki wyssaly z niego czesc zycia. usiadl obok nas usmiechajac sie na widok naszego podniecenia i radosci.
- jezeli spotkacie dzis jakichs turystow w swoim hotelu albo na ulicy powiedzcie im, ze tu jestem i ze przedstawienia sa codziennie. ciezko jest przetrwac kiedy nie ma dla kogo grac.
po krotkiej rozmowie otworzyly sie skrzydla drzwi. ostatania bariera oddzielajaca nas od swiata. teraz to on wydawal sie nam nierzeczywisty. spowite mrokiem miasteczko wypelnial zgielk wieczornego targu, jedzenia na ulicach i brzeczacych generatorow, bo znow wylaczyli prad. wracajac powoli do domu przy swietle latarki malujacej nierzeczywiste ksztalty na plotnie z ciemnosci natknelismy sie na grupke turystow na rowerach. jednym z nich byl poznany kilka dni wczesniej amerykanin.
- posluchajcie! idzcie koniecznie na przedstawienie lalkowe. tu niedaleko w bocznej uliczce. dzis moze byc jeszcze jeden spektakl jezeli bedziecie chcieli. to niesamowity czlowiek. prawdziwy artysta…
- eeee… no nie wiem… – rozejrzal sie po znudzonych twarzach kolegow – wiesz w naszym hotelu jest telewizor. dzis bedzie mecz…
zostalismy sami w ciemnosciach. nadal zaczarowani powoli wracalismy potykajac sie o rzeczywistosc. krok za krokiem, ruch za ruchem jakby ktos poruszal nami niewidocznymi sznurkami.

Czerwiec 30, 2010

dwa nowe odcinki komiksu…

Filed under: JESTESMY — tomek @ 9:31 am

viva-quito!-baner.jpg
KLIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC KOMIKS

…a tak, to sie sklada:
http://picasaweb.google.com/maugoska/RYSUNKI#5488462170445969570
zapraszamy!

Czerwiec 26, 2010

inle lake

Filed under: BIRMA — maugoska @ 3:44 pm

DSC_0376.jpg
KLIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC ZDJECIA

tez w azji, dziesiec lat temu, ktos, kogo juz nawet nie pamietam, opowiedzial mi o jeziorze. ze jest takie miejsce w birmie, gdzie wielka tafla wody migocze miedzy gorami. i ze tam, na tej tafli, nie wokol jeziora, na nim, zyja od wiekow ludzie. i ze gdy nadchodza zle czasy, ci ludzie sa w stanie przetrwac zupelnie odcieci od ladu. sa samowystarczalni. opowiesc o tym miejscu na dobre utkwila w marzeniach. byla jak bajka, legenda, jak sen, magiczna i zwiewna. chcialam to zobaczyc. ta mysl kusila i klula, tym bardziej, ze wtedy, przekornie, birma zamknela granice.
tym razem sie udalo. ale nic nie napisze. to nudno sny opowiadac.

thanaka

Filed under: BIRMA — maugoska @ 3:41 pm

komiks-thanaka.jpg
KLIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC ZDJECIA

nie jest ladne co ladne, lecz co sie komu podoba. no i co im zrobisz, skoro uwazaja, ze te kolka, paski, listki, packi czy kropki, na policzkach, czolach, niekiedy calym ciele, sa ladne. ba! nawet seksi! no i niezwykle zdrowe, bo przeciez chronia przed sloncem, chlodza, lecza wypryski. dlatego codziennie rano scieraja na zwilzonej, kamiennej podstawce, pochodzace ze specjalnego rodzaju drzewa sandalowego, kawalki drewna. a kiedy z pylu i wody utworzy sie pasta, nakladaja ja na twarz. wlasciwie wszystkie kobiety, wiekszosc dzieci i wielu mezczyzn. i chodza tak caly dzien. ladnie? no moze i ladnie. najwazniejsze, ze zdrowo.

Czerwiec 25, 2010

mieszkanie do wynajecia!

Filed under: WARSZAWA — maugoska @ 1:44 pm

pokoj.jpg
KLLIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC ZDJECIA

no co sie tylko czlowiek ogarnie i chcialby zrobic cos dla innych, to sie okazuje, ze znow musi dla siebie…

kochani, gdyby ktos szukal, albo slyszal, ze ktos szuka do wynajecia, na rok, to piszcie, krzyczcie, mowcie: maugoska@gmail.com
ja wtedy podam numer telefonu do dziewczyn, ktore pokaza mieszkanie.

kilka danych:

ul. Kordeckiego (przy placu Szembeka)
Cena: 1950 zl plus liczniki
Metraż: 60 m2
Liczba pokoi: 2
Piętro: 1(2)
Wolne: zaraz

Ciekawie zaaranzowane, w pelni wyposazone mieszkanie rozkladowe. Dwa balkony.  Od pd-wsch., duzy pokoj polaczony z widna kuchnia wychodzace na uroczy skwer oraz pieknie oswietlony, zabytkowy kosciol. Od pn-zach, sypialnia z widokiem na zielone, zadbane podworko-ogrod. Lazienka i wc osobno. Bardzo funkcjonalna garderoba dostepna z sypialni i przedpokoju.

Istnieje mozliwosc podlaczenia telewizji kablowej (cyfra+, antena jest juz zamontowana).

Na dole domofon. Wejscie do budynku i do ogrodka tylko dla mieszkancow.

Bardzo dobry punkt komunikacyjny. 2 minuty piechota, tramwaje i autobusy (15 minut do centrum, 25 na starowke). Niedaleko kolejka podmiejska (daje mozliwosc wycieczek do lasow w falenicy, miedzylesiu, najblizsze ok. 20 minut).

Spokojna, wygodna okolica. W poblizu tanie sklepy, doskonale zaopatrzony w swieze produkty bazarek Szembeka, poczta, basen, korty tenisowe, klub fitness, rezerwat Olszynka Grochowska. W odleglosci 15 minut spacerem Promenada, Media Markt, Conforama, Centrum Handlowe King Cross.

Czerwiec 22, 2010

spacer

Filed under: BIRMA — maugoska @ 2:19 pm

zeszyt azja-1.jpg
KLIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC ZDJECIA

chcialoby sie zaczac: kiedy w birmie zejdzie sie z glownej drogi…
ale nie da sie. tu nie ma glownych drog. z drugiej strony, z tych mniejszych zejsc sie nie da. jest zakaz. jeden z wielu, o ktore potykamy sie w tym kraju. idziemy wiec sciezkami „rzadowymi”. te, prowadza waskim korytarzem wiosek, udajacych ze wszystko jest w porzadku. nasz przewodnik jak zdarta plyta powtarza, ze sluzby rzadowe, w kazdej chwili, dokladnie wiedza w ktorym miejscu, w ktorej wiosce jestesmy. gdybysmy zeszli z wyznaczonej trasy, nam, w najgorszym wypadku grozilaby deportacja. jednak on oraz ludzie po drodze ryzykowaliby przesluchaniami, wiezieniem, moze nawet zyciem. godzimy sie wiec na „korytarz”. pozostale obszary stanu shan sa dla cudzozimcow niedostepne, bo… pokryte plantacjami maku i bazami wojskowymi. w odroznieniu od mieszkajacych kawalek na poludnie karenow, wielu shanow doszlo do porozumienia z rzadem. generalowie przymykaja oko na produkcje opium, shanowie zas, w zamian za poblazliwosc, zapomnieli o walkach wyzwolenczych. ale zostawmy polityke. rozmowy o polityce tez nie sa pozbawione ryzyka.
z kalaw do inle idzie sie trzy dni. mozna by szybciej, ale wtedy mija sie mniej wiosek. a my chcemy wiecej, bo to jak podroz w czasie. droga z kalaw do inle wyglada jak gigantyczny skansen. zycie wyglada tu tak, jak wygladalo sto, dwiescie lat temu. wplywy cywilizacji mozna policzyc na palcach jednej reki: torebki foliowe, puszki, blacha, ktora zastapila plecione z lisci pokrycia dachow, bez sensu, bo przez nia skwar w porze suchej i nie do wytrzymania huk w deszczowej, podlaczany do akumulatorka przenosny telewizor, metalowe i plastikowe pojemniki do noszenia wody, koniec. cala reszta pamieta ich praojcow. tradycyjne domy o wyplatanych z bambusa scianach, wewnatrz nich paleniska, otwarte, bez kominow, by dym wyplaszal insekty, plecione recznie kosze i maty, na tych matach odbywa sie cale zycie, sa lozkiem, stolem, siedziskiem, drewniane plugi, radla i cepy, kute przez kowali noze i maczety, zaprzezone w woly drewniane wozy, byt uzalezniony od kaprysow pogody. nie ma pradu, nie ma biezacej wody, nie ma kanalizacji. jedyna w promieniu wielu kilometrow pomoca w chorobie jest staruszek-zielarz, sam juz ledwo chodzacy. kobiety rodza dzieci przy pomocy innych kobiet, dzieci nawet te male, pracuja na rowni z doroslymi, dorosli rzadko kiedy wybieraja sie poza swoje wioski. ich twarze, mimo usmiechow, surowe i zmeczone. dlonie spracowane. czas tu plynie powoli, monotonnie, bez nadziei na zmiane. dla nas – nierzeczywisty, egzotyczny swiat. odlegly, fascynujacy i pociagajacy. ale my, za dwa dni bedziemy juz gdzie indziej.

Czerwiec 13, 2010

zaw soe

Filed under: BIRMA — maugoska @ 5:45 pm

DSC_1306.jpg

pojawil sie na tarasie dokladnie w chwili, gdy niebo peklo wieczorna ulewa. to nawet nie byla rozmowa, nie potrzebowal rad, wsparcia, innego punktu widzenia. to jego dusza krzyczala, ze nie ma juz czym oddychac. usiadl i jak ten swiat w dole, splynal potokiem slow.
„tu, w birmie ludzie sa dziwni. wszyscy pozamykani, kazdy tkwi w swoich sprawach, skazuja sie sami na siebie. to zle, irytuje mnie to, bo gdyby sie otworzyli, to wszystkim nam latwiej by bylo.”
zaw soe urodzil sie w myingyan, niewielkiej miejscowosci na zachod od mandalay. 31 lat temu. mlodszy z dwojki braci, wychowywany przez dziadkow, bo jego matka zmarla niedlugo po porodzie. pokorny, sumienny buddysta. juz jako mlody chlopak przyjechal do mandalay w poszukiwaniu wiedzy i zaraz potem pracy. po kilku dorywczych zajeciach, znalazl swoje miejsce w hotelu mandalay swan. tu, jako boy hotelowy pracuje do tej pory.
„to bardzo dobra praca, mam dzieki niej utrzymanie, poza tym spotykam ludzi i moge cwiczyc angielski. a kiedy juz bede dobrze mowil po angielsku, to moze awansuje. wtedy na pewno bede zarabial wiecej niz teraz. dla mnie to nie takie wazne, ale dla mojej dziewczyny – bardzo. choc… kiedys tak nie bylo. poznalem ja ponad rok temu, nie miala kompletnie nic, nie miala domu, pieniedzy, bo ona tak samo jak ja – jest sierota. od razu ja pokochalem i ona mnie pokochala, bylismy bardzo szczesliwi. po kilku tygodniach spotkan, zamieszkalismy razem. ja zamienilem swoj pokoj na wiekszy, dla nas dwojga. mamy teraz tez kuchnie, gdzie mozna gotowac obiady. a od niedawna radio, uwielbiam radia sluchac, caly czas jest wlaczone. zaraz po przeprowadzce urzadzilem dla sasiadow skromna uroczystosc. soki, ciastka, cukierki. to bylo zamiast slubu, no bo na slub nas nie stac, poza tym obydwoje nie mamy juz zadnej rodziny. a dzieki temu przyjeciu moglismy sobie spokojnie, bez zlych opinii i spojrzen zamieszkac w jednym mieszkaniu. moja dziewczyna byla bardzo szczesliwa. wtedy mowila, ze wszystko jest niewazne, ze jedyne czego pragnie, to byc ze mna, w jakichkolwiek warunkach, ze moze nawet mieszkac na ulicy, byle tylko ze mna. byla dla mnie bardzo dobra. kochala mnie. tak… potem tez byla dla mnie bardzo dobra, tylko sasiedzi zaczeli mowic, ze kiedy ja jestem w pracy, jej nigdy nie ma w domu. ze pali papierosy, zuje betel, gra w karty. ale ja im nie wierze. wtedy im nie wierzylem. teraz, sam juz nie wiem, no chyba tez nie… po jakims czasie, ona sie zmienila. chciala zebym kupowal jej drogie ubrania, buty. kiedy wracalem do domu, opowiadala, ze sasiadka ma ladna, nowa sukienke. ja tlumaczylem jej wtedy, zeby nie patrzyla na innych, nie porownywala sie do nich. jedyne do czego powinnismy sie porownywac, to nasza wlasna przeszlosc i przyszlosc. ze przeciez jeszcze niedawno mieszkala na ulicy, a teraz ma dach nad glowa, ma wlasne rzeczy, ma milosc. ze jest nam przeciez dobrze. i zeby byla cierpliwa, bo celem mojego zycia, jest zeby ja uszczesliwic. i ze z radoscia jej kupie i nowe sukienki i buty, co tylko bedzie chciala, ale jeszcze nie teraz, bo jeszcze niewiele mamy, teraz, na razie jest ciezko, ze musi chwile poczekac…”
odplywa. jego wzrok, zawiesza sie w kroplach deszczu. dlonie bezwiednie sciskaja niewielki breloczek przy kluczach. smutnieje.
„…nie pamietam kiedy to wymyslila, nie wiem jak znalazla kontakty. ja bylem temu przeciwny od samego poczatku, ona sama, po kilku razach, zaczela obiecywac, ze ten juz bedzie ostatni. ale lubila to, bo lubi miec pieniadze, latwo je zdobywac i szybko wydawac. nie wiem, moze powinienem byl na nia krzyknac…”
zaw soe zjawil sie w hsipaw wczesnym popoludniem. zostawil w hotelu swoj bagaz i wybiegl na spotkanie. swojej dziewczyny nie widzial od prawie dwoch miesiecy. dzis tez sie nie udalo, dotarl na miejsce za pozno.
„…musialem juz przyjechac, musialem przeciez sprawdzic, jak oni ja tu traktuja. czy czegos jej nie brakuje…”
cztery miesiace wczesniej spadla na niego jak grom, wiadomosc, ze ja zlapali.
„… jechala na chinska granice, z poprzyklejanym do ciala, nielegalnym transportem birmanskich jadeitow. mimo ze do tej pory przechodzila kontrole, tym razem sie nie udalo. nikt o nic nikogo nie pytal. zolnierze wzieli kamienie, a ja aresztowali. i tak trafila do hsipaw. dlaczego tu? nie wiadomo. to cud, ze mogla zadzwonic i jakos mnie zawiadomic…”
jak dlugo tam zostanie, nikt nie potrafi powiedziec. w tym kraju prawo nie dziala, nie ma oskarzen, sadow, nie ma procesow, obrony. policja, wojsko, wladza – wszyscy kompletnie bezkarni. ich humor decyduje, co stanie sie z czlowiekiem.
„… teraz jest bardzo ciezko. ja bardzo za nia tesknie i martwie sie co z nia bedzie. moga zrobic z nia wszystko. zamknac bez procesu, wypuscic za dwa tygodnie, najgorsza jest ta niepewnosc. poza tym w kazdym miesiacu musze dla niej wplacac 50 tysiecy kiatow. mowia, ze na jedzenie. gdybym tego nie zrobil, mogliby przestac ja karmic albo zle zaczac traktowac. 50 tysiecy to duzo, wiecej niz koszt posilkow, za tyle moglismy przetrwac nawet caly miesiac. wynajem, prad, gaz, zakupy… nawet nie jest w wiezieniu, ciagle przebywa w areszcie… zeby sie z nia zobaczyc musze zaplacic policji dwa-trzy tysiace kiatow… dzisiaj mnie nie wpuscicli, ale jutro sprobuje, kazali mi wrocic rano… musze ja zobaczyc…”
przestalo padac. wstal. poszedl. „nie porownuj sie do innych. porownuj sie tylko do wlasnej przeszlosci i przyszlosci”, jego slowa wciaz drgaly w poburzowej ciszy.

Czerwiec 7, 2010

da sie!…..thank you!

Filed under: TAJLANDIA — maugoska @ 11:03 am

DSC_1227.jpg
KLIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC ZDJECIA

czas spedzony w birmie skierowal nasze mysli w strone obozow birmanskich uchodzcow. oficjalnie, obozy te nie istnieja. poniewaz oficjalnie nie istnieja, nie maja tez oficjalnego wsparcia.
wymyslilismy sobie tydzien temu, ze skoro i tak chcemy wetknac tam nasze nosy, to byc moze uda sie pojechac ze wsparciem nieoficjalnym. poniewaz swoich rzeczy mamy do oddania niewiele, napisalismy kilka ogloszen, ze jesli ktos, ma byc moze cos, to prosimy niech zostawi, a my to przewieziemy dalej. w piatek porozwieszalismy je w okolicznych hotelach. dzis, z wielka niesmialoscia ruszylismy sprawdzic, czy cos bedzie.
iiii…. uwaga, uwaga! ledwo dotaszczylismy do siebie wielki wor pelen ciuchow! przeslicznie dziekujemy wszystkim osobom, ktore zdecydowaly sie pomoc! jestesmy najszczesliwsi, ze tak to. za moment ruszamy na polnocny-zachod.

inez… pieknie dziekuje za korekty! a teraz w cudownym britisz inglisz:)

the time we’ve spent in burma, pushed our thougts to the burmese refugee camps. oficially, those camps do not exist. because they don’t exist, they don’t get any official support. so, a week ago, it came to our minds, that if we are going there away we can go with some unofficial help. because we have very few things to give away, we wrote some announcements, that if someone maybe has some clothes, they could leave them and would fetch and transport them to the camps. on friday we left announcements in nerby gusthouses. today, we went to check if something was waiting for us.

aaaaand….. we could hardly carry this huge bag full of clothes! we would like to send a biiiig “thank you” to everybody who helped us! we are so happy, that it worked! and in a moment we are heading north-west, to the camps.

Maj 28, 2010

bagan

Filed under: BIRMA — maugoska @ 4:50 pm

DSC_0859.jpg
KLIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC ZDJECIA

bagan jest super. ma 4400 prawie tysiacletnich swiatyn. i maja malunki. i ekstra jest ogladac wszystkie te swiatynie. zwlaszcza kiedy dzien caly jezdzi sie na rowerze. no ale jeszcze ekstrciej jest kiedy jest pelnia i w czasie tej pelni, ukradkiem, zupelnie nielegalnie spi sie wsrod swiatyn w namiocie. i taka jest cisza i magia, ze tylko dreszcze ida. i jedno co mozna zrobic, to zostac tu dzien, noc, dzien jeszcze.

Maj 27, 2010

pelnia

Filed under: BIRMA — maugoska @ 5:02 pm

DSC_9395.jpg
KLIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC ZDJECIA

pelnia. a w pelnie parada. ida, buddow wioza, na wozach megafony, muzyka piszczy, wrzeszczy, ciesza sie, klaszcza, graja, wodzirej na przedzie kolumny skoczny rytm nadaje, troche sie szata zsunela, nie szkodzi, poprawimy i jeszcze odswietniej, z zamachem, juz wszyscy zapomnieli, ze troche wstydu bylo, za nimi i bebny i trabki i male klekotki, piszczalki, a potem w rzadku dzieciaki, panie, paniusie, damulki odswietnie przystrojone, but dwa numery za duzy, a co tam! a obcas jaki, oglada sie spoglada, widzieli wszyscy? to dalej, kolory parasolek, sukienek, wstazek zmieszane, a wszyscy listki, galazki, bukiety buddom niosa. po drodze gapiow roj czeka, slodkie ciasteczka rozdaja i chlodne lemoniady, zolta, czerwona, zielona, ach, co za swieto przepiekne, usmiechy, okrzyki, bujania, a tu co? uuuu awanturka, pan chyba wypil zbyt duzo, pod rece i do domu, swietowac trzeba umiec, tym bardziej, ze prog juz za rogiem, otwarte wrota swiatyni, zloto posazkow migocze, biel, czerwien, swiatlo, cssi, ciszej, skupienie, ofiarowanie, podzieka i prosba niesmiala. bo… pelnia zyczenia spelnia. tak ponoc mowia. gdzies w swiecie.

meczydusze

Filed under: BIRMA — maugoska @ 6:03 am

DSC_0559.jpg

bedzie politycznie niepoprawnie. trudno.
wszyscy sie zachwycaja magia, duchowoscia. urokiem dzwonkow o swicie, kiedy rzadkiem, gesiego mnisi plyna ulica wsrod prosb o datek, jalmuzne. kazdemu sie serce otwiera na dzwieki mantr modlitewnych. czarownosc, uniesienie, cierpliwosc, pokora, wspolczucie. budza szacunek, podziw, bo budda, bo skromnie, bo boso.
a mnie po prostu zlosci, gdy stanie taki przede mna i mimo ze odmawiam, a on wtedy odejsc powinien, wciaz stoi. stoi i patrzy. a ja mu nie dam nic dzisiaj, bo dwoch juz przed nim dostalo. i jeden spojrzal na banknot, dostrzegl nominal i… prychnal. odwrocil sie na piecie i odszedl obrazony. a ja za ten banknot jem obiad, wiec wcale to nie malo. drugi sie zjawil po chwili. dostal banany. reakcja? no prosze, rozczarowanie. money – wyjasnia, you. money. a mi sie przypomina wczorajsze stoisko z filmami i mlodzi mnisi schyleni, grzebia, wybieraja, juz kupka odlozona. a potem wyluskuja z toreb, z zakamarkow, garsci pomietych banknotow. skad maja? od tamtej staruszki, ktora w poboznym odruchu oddala im wlasnie posilek? a moze od rikszarza, ktory pojedzie pol darmo, bo mial dzis niewielu klientow? jedno wiem. nie ode mnie. dlaczego? a bo dzien wczesniej dopadlo nas spostrzezenie, ze czemu rano bez butow, a po poludniu juz w klapkach? i czemu z papierosem? a czemu na motorze? a czemu wieczorem z lodem, skoro czescia rygoru sa tylko dwa posilki? ostatni kolo poludnia?
coz… zobaczylam. nie wierze.

pragnienia

Filed under: BIRMA — maugoska @ 5:59 am

DSC_9477.jpg
KLIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC ZDJECIA

„blyszczaca tafla wody przenosi w starodawne zakamarki czasu. do opowiesci o wedrowcach, przygarbionych samotnikach, oczy zmruzone sloncem, stopy twarde jak skala, chrzest piachu, tamburynki zwiru, gadaja o wyblaklych, bambusowych tyczkach, o tym jak na nich wieczory, swity sie wspieraja. mimo zmeczenia, upor, ciekawosc, chciwosc zycia, gnaja w cichnace echa, ciagna w noc nieznana. poszli, znikneli punkcikiem. blogoslawienstwo zostalo.”

te dzbany stoja wszedzie. przy domach, pod drzewami, na rozstajach drog, w lesie… nowe, stare, zmurszale. skad pochodzi ten zwyczaj nie sposob sie dowiedzec. wszyscy pytani ludzie odpowiadaja to samo: byl zawsze. i bedzie, bo… szczescie. bo kiedy o poranku przychodzisz dzbany umyc, przeplukac i napelnic chlodna, swieza woda, czekaja tam na ciebie cieple mysli, podzieki, blogoslowienstwa ludzi, ktorzy wczoraj przechodzac pragnienie ugasili. nie sposob zlekcewazyc dobrej wrozby codziennej.

Maj 20, 2010

poszukiwacze

Filed under: BIRMA — maugoska @ 5:36 pm

DSC_0558.jpg
KLIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC ZDJECIA

chwila po pierwszej, upal prawie czterdziesci stopni. dwunastoletni moze chlopak, szczekajac z zimna zebami wychodzi z wody. cale cialo w gesiej skorce. kuca na kamienistym brzegu i pozdrawia nas rozdygotanym skurczem usmiechu. okrywa sie longyi jak kocem, wyciaga zza kapielowek mala buteleczke, podaje starszemu i zamiera, wpatrzony w jego wzrok przeczesujacy zawartosc. po krotkiej chwili i kilku wymienionych slowach obie twarze rozjasnia usmiech, a na plecach malego laduje pelna aprobaty i zadowolenia dlon. tak, tych kilka brunatnych okruchow, to zloto.
choc wszyscy wiedza, ze poszukiwanie zlota to loteria, wiedza tez, ze ta rzeka jest szczodra. dlatego kazdego dnia o swicie, kilkudziesieciu mezczyzn i chlopcow zanurza sie w jej nurcie i mozolnie, garstka po garstce przeczesuje wydobywany z dna piasek. i znajduja. wlasciwie codziennie, kazdy z nich znajduje tyle zlotego proszku, ze moga z niego wyzyc. wieczorem ida na targ i sprzedaja male grudki miejscowym jubilerom. zarabiaja zazwyczaj od poltora do trzech tysiecy kiatow dziennie. poltora do trzech dolarow. niewiele, jednak tu, w hsipaw, mozna sie za to utrzymac.
ale nie jest lekko. pora sucha bezlitosnie parzy sloncem, pora deszczowa, kiedy temperatura spada do okolic zera, odcina zrodlo utrzymania, woda jest zbyt zimna. codziennosc zas, jest nieprzyjazna i wymagajaca. walka z silnym nurtem. monotonne: nagarnac piach, wyrzucic smieci, rosliny i kamienie, przeplukac, przesiac, przeplukac, sprawdzic – nic. nastepna porcja, to samo. kolejna – znowu nic. wiec dalej, pol metra glebiej…dziewiec, dziesiec godzin.
na szczescie, jest cos jeszcze. bo mimo ze zloty pyl zapewnia im utrzymanie, to nie o niego tu chodzi. gdy poszukiwacz odgarnie kolejna warstwe piasku, bezglosnie znika pod woda. a kazde zanurzenie jest szansa, obietnica. ze dzis, ze tym razem trafie, to czego szukam najbardziej: skarb. moze sie trafi pierscionek, kolczyk, figurka, moneta. to one sa warte najwiecej. bo jeden malenki posazek to caly miesiac pracy, stara moneta – dwa nawet. i to im daje sile, w tym caly sens szukania. hazard dnia powszedniego.

nowe swiatlo myanmaru

Filed under: BIRMA — maugoska @ 11:31 am

P1030747.jpg
KLIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC ZDJECIA

bez komentarza.

Maj 19, 2010

nowe

Filed under: BIRMA — maugoska @ 6:09 am

DSC_8871.jpg
KLIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC ZDJECIA

ksiezyc wyznacza rytm. przychodzi nowe, wypiera stare, nadzieja, bedzie czysciej, schludniej, swiezej. tu, to oczyszczenie jest doslowne. noworoczny songkran (tajlandia), thingyan (birma), pii mai (laos), to swieta wody. paradoksalnie, bo to koniec pory suchej i kazda kropla jest na wage zlota. a moze nie paradoksalnie? moze to magia sympatyczna kaze wode wylac, zmarnotrawic, by podobne przywolalo podobne? by lsniace od wody ulice sciagnely wyczekiwany monsun? by nadszedl ozywcza sila, przynoszac nowy rok? nowe zycie?

wiza

Filed under: TAJLANDIA — maugoska @ 5:57 am

DSC_0541.jpg

roznica stu procent pomiedzy cena podana a rzeczywista nie robi w azji wrazenia. roznica dwustu, przywoluje usmiech, trzystu – sugeruje, ze ten mily pan vis a vis, to hindus. labirynty negocjacji i targow nie sa az tak zawile jak by sie to moglo na pierwszy rzut oka wydawac. wieki i tradycja ustalily zasady. jedna z nich, to szacunek do drugiej strony i zwiazana z nim w naciaganiu uczciwosc. tak, tak, to nie jest pomylka. wlasnie w naciaganiu uczciwosc. to proste i logiczne, bo poza dobra cena liczy sie akt kupowania: rozsmieszyc, zaciekawic, zaskoczyc, polubic, zabawic. i nie ma tu miejsca na kanty, kazdy ma pojsc z przekonaniem, ze zrobil dobry interes. tu wazna jest reputacja, bo dzieki niej klient wroci. stad wlasnie, zwyczajowe, okolo stu procent przebicia. my wiemy, ze wy wiecie, ze wiemy… wszystko jasne.
potrzebna nam byla wiza. do birmy. na za tydzien. dwadziescia, trzydziesci dolarow, zalezy gdzie sie zalatwia. maksimum 900 bahtow, to wiedzielismy na pewno. z lenistwa? z ciekawosci? przeszlismy po agencjach. i… bingo! czegos takiego chyba sie nigdzie nie znajdzie. pani, bez zajakniecia, podaje cene: 3200. ale to piec dni czekania, polecam 5700 i wiza bedzie na jutro. na potwierdzenie jej slow, na biurku laduje tabelka. uszom, oczom nie wierze. tooo… my sie zastanowimy. a! a mam jeszcze pytanie… wy duzo tych wiz zalatwiacie? o tak, nie musicie sie martwic, bo mamy doswiadczenie. aha, czyli maja klientow. coz mozna powiedziec… no brawo! bezmyslnosc rodzi bezczelnosc.

dwa dni pozniej, zalatwiamy wizy w ambasadzie. z dnia na dzien, w milej cenie 810 za sztuke.

Maj 16, 2010

„samsara”

Filed under: JESTESMY — maugoska @ 7:48 am

ksiazka2.jpg
http://www.otwarte.eu/samsara

a kiedy nas nie bylo, kolejna ksiazka z nasza okladka trafila do ksiegarn. jestesmy szczesliwi, ze moglismy sie choc troche przyczynic do jej powstania, bo jest naprawde genialna. plecak na plecach, troche azji od zaplecza, sporo omijania utartych sciezek i mnostwo smiechu do lez. baaaaardzo polecamy!!!

Maj 15, 2010

wrocili

Filed under: JESTESMY — maugoska @ 8:27 am

DSC_0522.jpg
KLIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC ZDJECIA

powrot uczcili i juz, juz biora sie do roboty.
ale zanim juz, pozwola sobie jeszcze na odrobine rozczulen. i tak:
wszystkie birmanskie wpisy dedykujemy inez i fantazji jej kaprysow. dziekujemy pieknie za prezent. tak, tak, cala przyjemnosc… wiemy gdzie. klaniamy sie slicznie konradowi za pomoc w walce z wielkim atakiem hakerow na rozmowy kontrolowane i tu, tamtaram.
przekazuje klawiature tomkowi…
…a dalsze wpisu dedykujemy rodzicom bo dzieki nim w koncu wynajelo sie mieszkanie i mozemy sie tu jeszcze troche pokrecic oraz wszystkim ktorzy dzielnie rozsylali wici o tym  ze szukalismy nowych lokatorow.
a na koniec wielkie wielkie dzieki dla wszystkich ktrorzy wyslali dla nas paczki do la paz. mamy informacje, ze wszystkie doszly a ich zawartosc sprawia duzo radosci mieszkajacym tam rodakom :)
czesc rzeczy na pewno bedzie za moment wysylana do bangkoku. o tym juz nie dlugo w watku „paczko krocz za mna”. mamy tez pytanie. kto wyslal nam testy ciazowe… no… przyznawac sie tu zaraz :)
margot co tam piszczysz?…
…i… i wszystkie nieodpowiedzi na mejle, obiecujemy nadrobic. co zlego, to nie my.

Kwiecień 21, 2010

nie wierzyli…

Filed under: BIRMA,NIEMANAS — maugoska @ 3:57 pm

nie wierzyli, az zobaczyli…
sluchajcie, tu naprawde nie ma internetu pozwalajacego wrzucic cokolwiek. dlatego na najblizszy miesiac zwijamy interes. do uslyszeniozobaczen po dwunastym maja:) nooo… trzynastym.
a!  no i szczesliwego nowego roku. 1372 sie tu wlasnie zaczal:)

Kwiecień 12, 2010

khao san w czerwieni

Filed under: TAJLANDIA — maugoska @ 6:54 pm

DSC_8756.jpg
KLIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC ZDJECIA

bbc:
„conajmniej 18 osob zginelo i ponad 800 zostalo rannych w wyniku sobotnich starc… to najkrwawsze zamieszki od 18 lat.”
autobus jadacy z lotniska wysadzil nas dwie przecznice dalej niz zwykle. wiodaca do khao san, aleja ratchadamnoen, podobnie jak reszta odchodzacych od pomnika demokracji ulic, juz od prawie trzech tygodni byla nieprzejezdna. tu, tuz przy najslynniejszym na swiecie, turystycznym zaglebiu, znajduje sie jeden z dwoch, paralizujacych bangkok obozow protestujacej opozycji – czerwonych koszul. to byl pierwszy kwietnia.
wlascicielka guest house’u, w ktorym mieszkamy:
„nie chodzcie tam. to sa zwyczajni bandyci. sa oplacani przez thaksina. chca obalic krola i chca, zeby thaksin wrocil do kraju i do wladzy. a thaksin to zlodziej, kiedy byl premierem, tylko kradl i niszczyl kraj. oni sa zli. nie maja wyksztalcenia, przyjechali z prowincji, ze wsi… nie chodzcie tam”
ale nie chodzic sie nie dalo. bo do portu kanalowego tramwaju – tamtedy. do dzielnicy chinskiej – tamtedy. do informacji turystycznej – tamtedy. wiec chodzilismy. bylo strasznie? nie. niebezpiecznie? nie. agresywnie? tez nie. jedynie ustawiona przy pomniku scena huczala przemowieniami przerywanymi co chwila aprobujacym klekotem kolatek-serc. a wszedzie dookola, w porozstawianych wzdluz ulic namiotach toczylo sie „normalne” zycie. ktos kroil warzywa, ktos pral, ktos rozmawial, spal, jadl, gral w karty. obok stoiska z satayami, stragany z koszulkami, flagami, naszywkami. a dalej juz zupelnie bazarowo: lalki, owoce, soki, telefony, przydasie. kiedy przechodzilismy, ludzie nas przepuszczali, zagadywali, usmiechali sie i tylko czasem, ci znajacy angielski wylewali frustracje.
smieszny grubasek z czerwona flaga:
„widzicie ten helikopter? oni by nas najchetniej zabili. caly ten kraj jest teraz ubezwlasnowolniony. to wojskowa dyktatura. dbaja tylko o swoich, o elity. a poza stolica jest bieda, o ktora nikt nie dba. zolte koszule obalily thaksina. a to byl dobry premier. i dobry rzad. teraz tylko korupcja. korupcja i nepotyzm. sami musimy walczyc o swoje prawa, o wolny kraj, chcemy nowych wyborow.”
byl piaty kwietnia, poniedzialek. kilkanascie metrow dalej, trzej policjanci robili sobie zdjecia na tle czerwonych transparentow. to byl jedyny patrol w zasiegu wzroku.
kiedy w sobote, wczesnym popoludniem dotarlismy na khao san, ulica tetnila swoim zwyklym zyciem. stoisko na stoisku, turysta na turyscie, tuk-tuk na tuk-tuku. nagle caly ten tlum, jak zgodna lawica, zaczal sunac w jedna strone. poszlismy w przeciwna, zobaczyc co sie dzieje. zbieg khao san i prostopadlej thanon tanao, na pierwszy rzut oka nie zapowiadal niczego niezwyklego. ale kiedy doszlismy na skraj skrzyzowania, zamarlismy. lewa strona, po horyzont czarno-zielona od wojska i policji. prawa – po horyzont czerwona od demonstrantow. dwie zwarte, wyczekujace, obwachujace sie masy. miedzy nimi dziesiec metrow pustego pola. napiecie. wyczekiwanie. pojedynczy czerwoni samozwancy podchodza do sciany policji i probuja negocjowac, zeby sie wycofala. nerwowo, goraco i coraz duszniej. nagle krzyki, klotnia, ostra wymiana zdan, kto zaczal nie wiadomo, kto co powiedzial, nie wiadomo, kolatki czerwonych oszalaly, ochraniacze policyjne zazgrzytaly, chwila zawieszenia, chwila ciszy i… gluche uderzenie. pierwszy kamien laduje na policyjnej tarczy. pierwszy triumf. dziki aplauz. eksplodowalo. chaotyczna, czerwona masa rusza na policje. nad nimi roj butelek, cegiel, tyczek. w nich zdesperowana wscieklosc. pierwsze trofea. kazde oklaskiwane. tarcza policyjna, kolatki. kask, gwizdy. zranienie, guz, krzyk. policja spokojnie. wrecz pasywnie. stoi i odpiera atak, zmuszona naporem wycofuje sie kilka metrow. czerwoni szaleja, zdobywaja przewage. ze zdwojona sila, znow atak. zdobywaja policyjny samochod, flagi lopocza, wrzask, kolatki, jeszcze mocniej, jeszcze silniej, nasycona zdobyciem odwaga pcha jak taran, godzina, druga, niezmordowanie, w tym skwarze nadludzko, pot, ledwie oddech, zwierzecy ryk, znow kamienie, w koncu zmuszaja policje do odwrotu. jest!
szesnasta trzydziesci, siedemnasta:
mloda dziewczyna w tlumie:
„boicie sie? nie, nie za bardzo, nie wiem dlaczego tak odpowiadam. to dobrze, bo nie ma sie czego bac. tu jest wszystko w porzadku. jak pojedziecie do swojego kraju, to powiedzcie wszystkim, ze w tajlandii nic sie nie dzieje.”
idziemy dalej, robimy rundke dookola ulic. wojsko sie zwija, demonstranci wracaja do siebie, przecznice dalej. spokoj?
wlascicielka guest house’u, w ktorym mieszkamy:
„obecny premier jest gentelmenem. on chcialby wszystko zalatwic rozmowa. a z czerwonymi koszulami nie da sie rozmawiac. premier jest bardzo dobry, bardzo delikatny. dlatego nie moze sobie poradzic z ta cho… sytuacja. juz dawno powiniem ich przegonic. nawet sila. tylko paralizuja miasto.”
jest prawie zmrok. wracamy na khao san. od drugiej strony, od tej, gdzie wczesniej stala policja. nagle ludzie zaczynaja biec, ktos chaotycznie wskazuje na twarz, na nasze twarze, nie rozumiemy, lekki powiew wiatru, acha, oczy, nos, gardlo pala niemilosiernie, gaz lzawiacy. wycofujemy sie i probujemy od drugiej strony. tam – khao san podzielony na pol. policyjny mur blokuje przejscie. na przeciwko tajowie i turysci stoja i wyczekuja. blyskaja flesze reporterow. juz ciemno. nagle huk, znow gaz lzawiacy, sciana policji wbija gapiow wglab ulicy. biale chmury przyslaniaja skrzyzowanie. ale wciaz slychac. i te dzwieki nie pozostawiaja watpliwosci. to, co dzialo sie tu kilka godzin temu, bylo niewinna zabawa. strzaly, wrzaski, tapniecia, wybuch, ogien, musiala poleciec butelka z benzyna, syreny karetek, helikoptery, krzyk, kolejne strzaly… blokujacy przejscie policjanci milcza. stoja jak posagi, nie odwracaja sie za siebie. wiedza?
godzina, poltorej pozniej, szczupla, wrecz wychudzona dziewczyna zaslania usta dlonia, nie moze zatrzymac rozbieganego, przerazonego wzroku:
„ale jak to? bylam tu przeciez dzis w poludnie… przeciez to tak nie wygladalo… wszystko zniszczone… wszystko…”
starszy, brudny, spocony mezczyzna, czerwona koszula, czerwona opaska na glowie. nie mowi nic, tylko staje przy nas, kiwa glowa i palcem wskazuje narozny budynek. odchodzi. tak, juz wiemy, to stamtad strzelali.
ulica wyglada przerazajaco. smrod spaleniznny, gruzy, smieci, wraki samochodow, sforsowane barykady, buty, szmaty, polamane krzesla, szklo… wsrod tego wszystkiego krazacy jak zjawy ludzie, nie wierzacy, zszokowani, milczacy, ze wzrokiem wbitym w ziemie. uwaznie, centymetr po centymetrze przeszukuja wszystko dookola. szukaja lusek, szukaja dziur po kulach, jakby niedowierzajac temu co widza, szukaja dowodow. i znajduja. kolejne i kolejne. potwierdzajace, ze te trzy napredce uprzatniete i ogrodzone miejsca to nie jest sen, ze to rzeczywistosc. i ze te plamy krwi, obsypywane teraz wedlug tutejszego zwyczaju, pieniedzmi i jedzeniem rzeczywiscie naleza do zmarlych. do zabitych. ze to wszystko naprawde sie stalo.

ps. w czasie kiedy pisalam ten tekst, na stronach informacyjnch liczba zabitych zwiekszyla sie do 21 osob. czterech policjantow i siedemnastu cywilow.

Kwiecień 8, 2010

heaven!! i’m in heaven!!

Filed under: DROGA — maugoska @ 5:25 pm

DSC_8301.jpg
KLIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC ZDJECIA

a w niebie sie okazuje, ze czlowiek jest gorzej skonstruowany niz pioro. bo pioro, chociaz wybucha, to lepiej znosi roznice dwunastu stref czasowych.

terminal

Filed under: DROGA,KOLUMBIA,MEKSYK,STANY ZJEDNOCZONE,TAJLANDIA,TAJWAN — maugoska @ 5:24 pm

DSC_8270.jpg
KLIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC ZDJECIA

bogota, kolumbia
- ty, tomek, ale przeciez oni nam w zyciu w to nie uwierza!
- no coooo ty, uwieeerza…

mexico city, meksyk
lotnisko idealne, to… to takie… gdzieee yyyy… o-o!
- eeeej, czy mi sie wydaje, czy…
- nooooo…
lotnisko idealne, to takie, na ktorym przed kazdym z licznych sklepow wolnoclowych stoi barek z wysokiej klasy tequila i mezcalem do degustacji. barek taki moze byc obslugiwany przez przemilego, znajacego tysiace historii i nie znajacego umiaru pana albo samoobslugowy. odkrycie lotniska w mexico city – krem tequilowy.

los angeles, stany zjednoczone
tak. w miejscu takim jak lotnisko zdecydowanie moze nie byc ogolnodostepnego wi-fi. i nie, to nie dlatego, ze jestesmy na lotnisku zapomnianego przez boga i ludzi najmniejszego miasta w kraju trzeciego swiata ale dlatego, ze czesci panstwa homosapienstwa dolary mozgi wyzarly. chcesz miec siec – plac. nie masz karty kredytowej – nie istniejesz.
check-in:
- poszporty prosze. miejsce docelowe?
- bangkok.
przeglada kartka po kartce, raz jeszcze…
- nie macie wizy.
- nie mamy. no i co z tego? bedziemy wyrabiac na lotnisku.
- to w takim razie poprosze bilety na wylot z tajlandii.
- nie mamy.
- wiec nie moge was wpuscic na poklad samolotu
- co?!? a niby dlaczego?!?
- bo musicie miec bilety.
- ale my bedziemy jechac ladem.
- nie szkodzi, musicie miec bilety, na dowod, ze wylecicie z tajlandii.
- ale my bedziemy jechac ladem.
dwadziescia minut bezsensu…
- to kupcie teraz bilety
- ale my nie chcemy!
zglupiala. jak to nie chcemy? no wlasnie zwyczajnie. nie chcemy.
stanelo na deklaracji, z wielkim czytelnym podpisem: lecimy na wlasne ryzyko. to straszne jak bardzo z dnia na dzien zaciska sie wielka petla na slowie spontanicznosc. niedlugo, zeby przejechac z warszawy do wolomina trzeba bedzie wypelnic formularz z planem podrozy, zlozyc w wyzszym urzedzie przepustek i dupoglowia, po czym poczekac na stempel wielkiego cyfrodroznika… ej, ej, margolcia! csssiiii… no ale tomek! csssiii.

taipei, tajwan
- ale to znaczy, ze mozemy tu spac?
- no tak, tak, prosze bardzo. a rano prosze sie zglosic, dostana panstwo od nas zestaw kapielowy, tam prosto, w glebi jest przysznic.
tjaaa… skoro pani nalega…niech bedzie.

bangkok, tajlandia
- bilet na wyjazd z tajlandi
- nie mamy.
- nie bedzie wizy.
gest dlonia – nastepny prosze.
- ale…
- nastepny prosze…
acha, wiec negocjacje. nam zalezy – on olewa. im bardziej nam zalezy, tym bardziej on olewa, chyba juz kiedys tu bylam, chyba juz to widzialam. grzeczniutko:
- ale sir, ja bardzo prosze wysluchac, bo my… tratata, wiec wlasnie…- tylko mu nie dac wejsc w slowo, podsuwam rzucone paszporty – no i dlatego wlasnie… mysmy nie mogli… no prosze…
patrzy, liczy, wycenia. gest glowa – tam do okienka. uf. ale sie spocilam.

epilog
dwanascie dni w podrozy, trzy noce w autobusie, trzy w przyknajpianym hotelu, dwanascie stref czasowych, cztery samoloty, poltora dnia terminali, nic z tego nie jest w stanie przeszkodzic rozkoszy wypicia gorzkiej zoladkowej w drodze z lotniska do centrum.

bogota

Filed under: KOLUMBIA — maugoska @ 5:23 pm

zeszyty strony 89-90.jpg
KLIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC ZDJECIA

hmmm… i co mozna napisac po trzech zaledwie dniach bycia w miescie? no co? ze muzeum zlota jest niesamowite? ze oblednie wyglada capitolio nacional cale w mrowkach? ze fundacja botero ma calkiem sensowna kolekcje sztuki wspolczesnej? ze malunki na murach maja poziom, jakiego od buenos nie spotkalismy? ze mnostwo policji i sprawdzan i kontroli? ze ulice zamiast nazw maja numery? ze mozna spotkac prawdziwych pankowcow? ze maja fikusne slodycze? i ze pyszna kawe? ze jest drogo? ze ludzie nie wygladaja jak kalki kozuchowskiej? ze festiwal teatrow zdominowal miasto? ze dziewczyny ladne? ze cala w rozu, neogotycka katedra robi oszalamiajace wrazenie? ze duzo bezdomnych? ze…
musimy wrocic, zeby poczuc. bo samo ogladanie nie wystarcza.

moze furkie?

Filed under: KOLUMBIA — maugoska @ 5:18 pm

DSC_8152.jpg
http://picasaweb.google.pl/maugoska/Automobile#

wiecie, wiecie… ich takich mnostwo jezdzi po drogach ameryki. i w przytlaczajacej wiekszosci nie sa wymuskanymi cackami kolekcjonerow, ale zwyklymi urzadzeniami sluzacymi do przemieszczenia sie z punktu a do punktu b. niesamowite, co?

na rekord

Filed under: DROGA — maugoska @ 5:17 pm

zeszyty strony 88.jpg
a zdjec… no coz, nie ma. bo… no coz, na trasie miedzy granica ekwadorsko-kolumbijskia a bogota wciaz niestety zdarzaja sie nocne ataki partyzantki na autobusy. dlatego aparat jechal rozlozony na czesci i poupychany w najdziwniejszych miejscach. kolumbijska la vida:)

honorowe miejsce w biurach ormeno, poludniowoamerykanskiego przewoznika, zajmuje dyplom. naglowek nie pozostawia watpliwosci. rekord guinessa. najdluzsza trasa autobusowa. chcielismy – nie chcielismy, nie mielismy wyjscia. mimo, ze nie przejechalismy calej drogi laczacej buenos aires z caracas i tak spedzilismy w autobusie piec dni i cztery noce. wsiedlismy w la paz. wysiedlismy w bogocie. pol kontynentu. kiedy po tych pieciu dniach usiedlismy na kawie w dworcowej knajpce, okazalo sie, ze mamy… chorobe morska. mdlilo i bujalo.
jak to dobrze, ze juz nigdzie na swiecie nie ma dluzszych tras.

220V

Filed under: ARGENTYNA,BOLIWIA,CHILE,EKWADOR,KOLUMBIA,PARAGWAJ,PERU,URUGWAJ — maugoska @ 5:16 pm

komiks-220v.jpg
http://picasaweb.google.pl/maugoska/KIBLE#

znamy sie juz tak dlugo, ze glupio o nim nie wspomniec. tym bardziej, ze budzi z zaspania powodzia niepewnosci. dzis, znowu sie udalo. panie, panowie, przedstawiam: prysznic elektryczny. fenomen ameryki. kwintesencja, majstersztyk, wisienka na torcie absurdow tutejszych instalacji. jak dziala kiedy juz dziala? instrukcja obslugi jest prosta. wlacz korek. odkrec wode. wykap sie. zakrec wode. korek i finito. napraaaawde? ciut bym ja zmienila…
1. poniewaz to spore ryzyko, przemysl jeszcze dwa razy, czy musisz sie juz kapac. musisz? no coz, to do dziela…
2. wlacz korek. zrob to ostroznie, bo to ze wisi na scianie wcale nie oznacza, ze od niej nie odpadnie. zanim jednak go wlaczysz, upewnij sie, czy jest suchy. mokre lubia iskrzyc, a iskrzac lubia kopac.
3. odkrec wode. tak, tak. to cos dziwnego w scianie, z boku, pol metra dalej wlasnie do tego sluzy. nie ma? szukaj na rurach, chocby i na zewnatrz. odkrec ja tylko troche, bo – tu pierwsze prawo prysznica – im mniejszy jest strumien wody, tym woda jest cieplejsza. ale! to nie takie proste! jesli stosunek zalezny cisnienie-temperatura pozwala sie wykapac – w czepkus urodzony lub to twoj szczesliwy poranek.
3a. drugie prawo prysznica: im wiecej urzadzen wlaczonych, tym woda jest zimniejsza. i chwila wyjasnienia. tu, wszystkie instalacje, to nie wiadomo dlaczego naczynia polaczone. jezeli wylaczysz komputer, swiatlo, ladowarke, no jednym slowem wszystko, co moze prad zabierac, twoj prysznic nagle ozyje naprawde cieplym komfortem. z tego samego powodu kiedy odkrecasz wode, swiatlo w lazience przygasa. to standard. nie panikuj. ale zaraz… cos nie tak… punkt drugi cie niepokoi? tak. trafne spostrzezenie. osobny korek to fikcja.
4. wykap sie. coz, jesli jakos juz jestes przy tym punkcie, ogromnie gratuluje.
5. czysciutko? zakrec wode. ale moment! poczekaj! rozejrzyj sie dookola. jezeli w lazience jest bialo i mokro od wody i pary istnieje niebezpieczenstwo, ze wszystko zawilgotnialo. jezeli jeszcze do tego pokretlo jest metalowe, zanim wode zakrecisz sprawdz wierzchem dloni czy mozna. nie kopie? droga wolna.
5a. gdyby jednak kopalo, wierzchem dloni sprawdz korek. nie kopie? odlacz prad.
5b. a gdyby i on kopal, zdejmij klapek ze stopy, wysusz i odlacz prad klapkiem. brak klapka? niech bedzie cokolwiek, co pradu nie przewodzi. nie masz? zawolaj tomka.
6. korek. 5a zazwyczaj sie sprawdza.
7. que limpio! que bueno! finito!

lejdis…

Filed under: JESTESMY — maugoska @ 5:09 pm

kontrola.jpg

trudno, niech bedzie, ze mnie nawiedzilo i mam misje. niech bedzie nawet jak w nudnawych, amerykanskich filmach, mam to gdzies. musze to napisac, bo ostatni czas uplynal pod znakiem niepewnosci, strachu, stresu, marudnych testow, sprawdzan i leczen. dzis juz wszystko jest w porzadku, bo… badania kontrolne przylapaly klopot, kiedy byl jeszcze niewielki. ale za rok, mogl byc juz wiekszy. za poltora, bardzo duzy. zagrazajacy kobiecosci, a nawet zyciu. i dlatego mam pytanie. drogie dziewczynki, kiedy ostatni raz robilyscie cytologie?

la paz

Filed under: BOLIWIA — tomek @ 5:01 pm

zeszyty strony 85-86.jpg
http://picasaweb.google.pl/maugoska/LaPazWidokZOkna#

…w la paz byli, empanady jedli, wodke pili, alicje w trojwymiarze zobaczyli, moralesa nie zabili, koncert przezyli, szymona upili, pizze oli zjedli, kilka kluch dodali, winem zalali…
w warsztatach udzial wzieli
http://picasaweb.google.pl/maugoska/LaPazWarsztatyKomiksowe#
potop ogarneli
http://picasaweb.google.pl/maugoska/LaPazPotop#
paczke otrzymali
http://picasaweb.google.pl/maugoska/LaPazPaczka#
rzewnie sie splakali.
no. to koniec i bomba, kto sluchal ten traba.

fatamorgana

Filed under: BOLIWIA — maugoska @ 5:00 pm

bo pracowaly pokolenia.jpg

boliwia jest najbiedniejsza na kontynencie. w wielu miejscach nie ma pradu, nie ma biezacej wody, nie ma porzadnych butow, ubran, drog… a sopocachi – manhattan. tutejsza banka mydlana unosi sie mieszczanstwem nad boliwijska proza. ugrzeczniona portierem, blyszczaca poreczami i golfem w niedzielny poranek. dulska fatamorgana. siedem skrzyzowan dalej w ktorakolwiek strone – zupelnie inny swiat. ulice cale w straganach. kolorowe indianki, pó?le?? w stosach owocow, warzyw, ryb, czegokolwiek. ryz z ryzem i empanada. na obiad, kolacje, sniadanie. dobrze, ze jest, glodu nie ma. zgielk, harmider, rumor, bazarowe targi, rytmiczne zawodzenia spopowionej fujarki… a na sopocachi – jazz. przez uchylone drzwi klubu sacza sie dzwieki strojenia, akustyk cos poprawia, raz jeszcze, chwila, cisza i pelnym, juz czystym brzmieniem prosto na ulice. a na ulicy kawiarnie, bary, restauracje. panowie pod krawatem, panie w blyszczacych lakierkach, zakiety, kostiumy, zapachy. srednioklasowe blyskotki. nie, oni nie sa indianie. ta sama krew? nie ma mowy. oni sa odzieleni od indian kuchnia i pralnia. doslownie. bo kazde mieszkanie ma tutaj podzial na dwa. jest wejscie dla panstwa mieszczanstwa i drugie, z boku, dla sluzby. z jednej strony sie mieszka, z drugiej strony pracuje. i niby wszystko w porzadku, a jednak cos nie pasuje. jak w calej tej dzielnicy. pamietam dawna wizyte, w dworku pod warszawa, u panstwa -skich. z t y c h -skich wlasnie. popoludnie, herbatka, kruche ciasteczka, sluzaca usmiecha sie promiennie, pan -ski melodyjnie zartuje, sluzaca zagaduje, po ludzku, bez dystansu, godziny mijaja lekko, rozmowy zmieniaja tematy, wszystko ma swoj porzadek. wszystko ma swoje miejsce. lecz miedzy tymi miejscami nie ma dzielacych przepasci ziejacych wyzszoscia konta. wrocmy na sopocachi. popatrzmy dookola. razi, az bola oczy… „nie pracowaly pokolenia na forme te i tresc.”

Kwiecień 1, 2010

prima aprilis

Filed under: JESTESMY — maugoska @ 11:11 am

pozdawiamy-z-bangkoku.jpg

rozmowa byla taka:
- ty, tomek, ale przeciez oni nam w zyciu w to nie uwierza!
- no coooo ty, uwieeerza…

pozdrawiamy z bangkoku.
wierzycie?

Marzec 22, 2010

dzie-ku-je-my!

Filed under: WARSZAWA — maugoska @ 7:07 am

marianna-plonie.jpg
http://picasaweb.google.com/aakruk/MariannaBoliwiannaDosTamtaramos#
http://www.facebook.com/home.php?#!/album.php?id=1511207069&aid=2041133&s=0&hash=36a84e178849508c5a051f1e16ee6c29
http://picasaweb.google.pl/iza.konarska/Marzena2010?feat=directlink#

wiecie… wiecie…
mysmy z nia spali… przez tydzien, w jednym pokoju, a wyscie ja spalili:)))))))))))
/no dobra, wzruszyli sie.  sie siedza, rycza i nie wiedza co napisac/
dziekujemy. calujemy z limy.
no i… zegnaj zimo na rok!

wiecie… wiecie…
mysmy z nia spali… przez tydzien, w jednym pokoju, a wyscie ja spalili:)))))))))))
/no dobra, wzruszyli sie.  sie siedza, rycza i nie wiedza co napisac/
dziekujemy. calujemy z limy.
no i… zegnaj zimo na rok!

Marzec 15, 2010

drugie miedzykontynentalne palenie marianny!

Filed under: WARSZAWA — maugoska @ 7:07 am

32 zaproszenie.jpg
http://picasaweb.google.com/maugoska/Marianna3#

inez…andrzej…maks… dzie-ku-je-my!
wszystkich… za-pra-sza-my!
:)))))))))))))))))))
juz stare, slowianskie plemiona wiedzialy, ze wiosnie trzeba pomoc. poniewaz odrobina czarow, gusel i zabobonow jeszcze nikomu nie zaszkodzila, 21 marca, o 13.00, goraco zapraszamy nad wisle. zgarnijcie usmiech, znajomych, dzieci, psy i koty i przyjdzcie pod pomnik syrenki. kolejna, stworzona w ameryce marzanna, splonie w warszawie. bo przeciez… ta zima musi kiedys minac:)

cordillera occidental

Filed under: BOLIWIA — maugoska @ 6:07 am

DSC_7700.jpg
http://picasaweb.google.com/maugoska/CordilleraOccidental#

cordillera occidental to lancuch gorski. jeden z wielu, otaczajacych boliwijskie altiplano. kazdy z nich wyglada inaczej. kazdy rownie pieknie. kiedy tak chodzilismy i z zapartym tchem podziwialismy kolejne tutejsze cuda, nadeszlo zastanowienie…
czy boliwijczyk, widzac mazury, bory tucholskie, karkonosze, tatry… bylby rownie oszolomiony? czy wydalyby mu sie ladniejsze, bardziej ciekawe i niesamowite, niz jego boliwijskie krajobrazy? bo inne, bo gdzie indziej, bo nie przyblakle codziennoscia?
bo kto wie… moze to wlasnie w polsce sa najpiekniejsze gory swiata…

gdzie diabel mowi dzien dobry

Filed under: BOLIWIA — maugoska @ 6:06 am

DSC_7805.jpg
http://picasaweb.google.com/maugoska/Gejzery#

no wlasnie.
gdzie diabel mowi dzien dobry?
tu wlasnie…

Marzec 9, 2010

PILNE!!!! mamy mieszkanie do wynajecia!

Filed under: JESTESMY — tomek @ 7:59 pm

107795081-124259-3.jpg
http://picasaweb.google.pl/maugoska/Mieszkanie#

tym razem prywatnie. szukamy chetnch na przytulne mieszkanko ktore jest naszym zrodlem utrzymania tu i warunkiem dalszej podrozy. oto opis z ogloszenia:

Do wynajecia od 1 kwietnia urocze mieszkanie na Bielanach, przy ul. Kochanowskiego. Poddasze (piate pietro) o powierzchni 60 mkw. 3 pokoje, przedpokój, otwarta, w pelni wyposazona kuchnia z jadalnia, lazienka (pralka), duzy schowek (mieszcza sie rowery, narty, pelni role piwnicy).
Szafy wnekowe z lustrami; meble(w tym momencie poprzestawione przez lokatorke troche inaczej niz na zdjeciach), telewizor z DVD.
Mieszkanie ciche i widne, okna na pn-wsch i pd-zach, plus okno polaciowe.
Internet, telewizja kablowa. Blok z 1998 roku docieplony i remontowany w 2009r.
Osiedle zamkniete, strzezone, plac zabaw, dostep do miejsc parkingowych na terenie.
Bardzo dobra komunikacja, przystanki autobusowe pod blokiem, tramwajowe przecznice dalej.
W okolicy sklepy, poczta, bazarek, centrum handlowe, park, 20 minut rowerem do lasu. 25minut tramwajem lub autobusem do centrum.
Kontakt telefoniczny z moim ojcem (602189165) lub ze mna mailowy (larson71@gmail.com) .
Cena orientacyjna 2100zl.

To dla nas bardzo wazne. pytajcie znajomych moze ktos szuka przytulnego mieszkania z dobra energia.

Marzec 4, 2010

tamtaram w ksiegarniach :)

Filed under: JESTESMY — tomek @ 6:49 pm

ksiazka.jpg
http://merlin.pl/Duchy-dzungli-Opowiesc-o-Yanomami

drodzy mili!
pierwszy miedzykontynentalny projekt TiM’u zaobaczyl swiatlo dzienne. ksiazka z zaprojektowana przez nas pod wodospadami Iguazu okladka i logiem juz jest w sklepach…
a jednak da sie… czekamy na wiecej zlecen!!!

kaktusy

Filed under: BOLIWIA — maugoska @ 12:02 am

DSC_7566.jpg
http://picasaweb.google.pl/maugoska/IslaDelPescado#

bo chyba kazdy ma wlasny, chocby i irracjonalny, chocby i nawet naiwny, symbol egzotycznego. ktos turban na meskich glowach, ktos palme, pod palma kokosy, placenie dolarami, targ, kolorowe przyprawy, ktos inny flamingi i strusie, piranie, krokodyle. to pewnie sie rodzi w marzeniach, w dzieciecej glowie, w majakach. dalekie, tajemnicze, niedosiegnione, niepewne. i mysl, ze kiedys, w przyszlosci, na pewno tam pojade. i wtedy dotkne, powacham, zobacze i oszaleje. i bede wiedziala po wskros, ze jestem bardzo daleko, ze skoro tu rosna kaktusy, to dalej juz nie mozna.

kontrast

Filed under: BOLIWIA — maugoska @ 12:01 am

DSC_7580.jpg
http://picasaweb.google.pl/maugoska/SalarDeUyuni#

salary. slonce nieznosnie iskrzy w solnej bieli. odbija i ostro oswietla wszystkie mysli polchciane. te, zgrabnie, rowno, w szeregach przechodza przed oczami. wspomnienia. lapie jedno. jeszcze dokola warszawa, jeszcze chodze do pracy, podchodzi kiedys do mnie, patrzy z litoscia i mowi: i tak chcesz rzucic ta prace? najlepsze lata stracisz. a kredyt? a mieszkanie? nie boisz sie, ze przepadnie? tu przeciez dobrze zarabiasz, tu mozesz jezdzic na wczasy, co roku w inne miejsce, a tak? tylko z rynku wypadniesz. zastanow sie, zycie zmarnujesz…
salary. slonce nieznosnie iskrzy w solnej bieli. i co ja mam ci powiedziec?
tu wyzej jest link. tam sa zdjecia.

Marzec 3, 2010

paczka

Filed under: BOLIWIA — maugoska @ 1:56 am

DSC_7397.jpg
http://picasaweb.google.pl/maugoska/PaczkaZTupizy#

ja wiem, ze  t e g o nie przebijemy, ale tez bylo ciekawie.
pani w okienku wiedziala co mowi, mowiac, zebysmy nie przyszli zbyt pozno. przyszlismy wczesnie. wczesnie i przygotowani. z paczka zapakowana, ale nie zamknieta, z paszportami, tasma, pisakiem i duza dawka cierpliwosci. zaczelo sie niewinnie. po kolei wyjelismy wszystkie rzeczy i porozkladalismy na pelnym papierow stole. wiadomo, musza sprawdzic. dokad ma byc? do polski. buch! na biurku laduje potezna, czarna ksiega mrowczo-druczych tabelek. poooolska… szelest kartek, pakistan, pe, pe, pe…peeeru. co? portugalia? a polska? westchnienie, zdziwione spojrzenie, no to raz jeszcze. nic z tego. do kierowniczki i razem, juz kartka po kartce, cierpliwie, angola, dania, meksyk, polska w europie, tak? yhmy. kartkuja powoli, w skupieniu… a bez tej tabelki nie mozna? niesmialo. nie ma mowy, tam jest spis artykulow, ktorych przewozic nie wolno. ale tu same legalne, ni bomb, ni narkotykow… o-o. to chyba zly pomysl. szybko na ratunek, usmiech a la bollywood, grzeczniusie – sori, sori, rzut oka na wielki zegar, pierwsza godzina za nami. pol drugiej w negocjacjach, bo widzi pani, i pani, my przeciez w unii jestesmy, tej unii europejskiej, to moze w ramach wyjatku, mozemy pozyczyc tabelke dajmy na to od niemiec, to przeciez nasi sasiedzi, do tego kraj-dyscyplina, jezeli do nich cos mozna, to do nas mozna na pewno. jest wyjscie? chyba bedzie, krotki kwadransik narady z jeszcze jednym panem i owoc – orzeczenie: wezmiemy tabelke od francji! ha! viva dziewice i kogut! przepraszam, nie wytrzymalam, no dobrze, przejdzmy do rzeczy. rzeczy wazenie, mierzenie, wejrzenie, znaczenie, wycena. pani zartuje? nie. wcale. pani nabiera powietrza i kazda, po kolei, sztuke nawet najmniejsza, cierpliwie kladzie na wadze, spisuje gramy, w rubryczce, odklada na bok i pyta: na ile to wyceniacie? dwie kolorowe plachty, sto dziesiec, he, latwizna, czapka i rekawiczki, czterdziesci, bardzo prosze, podarta ksiazka, no nie wiem, cd, sztuk ile? dwanascie, kazda trzy boliwiany, czternascie korkow od wina, stuletni gwozdz z torow w chaco, a to cooo? to? a marianna. wie pani taki zwyczaj, to zeby zime przegonic. wierzy? wieeerzy… nie wierzy. zaczyna sie szperanie, od dolu, z boku, pod swiatlo, nie mozna tego rozkleic? wie pani, no nie bardzo, to wszystko reczna robota, patrzy, mysli, glowkuje… nagle eureka, podnosi, zaczyna obwachiwac. wolno i metodycznie, centymetr po centymetrze, z oczami przymruzonymi, w skupieniu najwyzszej wagi. kontrola narkotykowa, kwituje po kwadransie. takie mam zalecenia. wazy, odklada, spisuje, to wszystko? tak prosze pani. siada, zaczyna sumowac ciezar kolejnych przedmiotow, w pamieci, na piechote, jest wynik, wtedy zaczyna ukladac je wszystkie razem, na wadze, zeby sprawdzic… czy wynik z waga sie zgadza. o swieci matematycy! zgadza sie! kartke stempluje, usmiecha i idzie do siebie. juz? koniec? nieee, nic z tego. starsza, gruba indianka zajmuje jej miejsce przy stole. czas: trzy godziny czterdziesci. skladamy rzeczy do pudla, kleimy, zamykamy, wazymy, spisujemy, jeszcze tylko papierem, pakowym, ladnie plasterki, chyba od dziecka to robi, wazymy, spisujemy, adres markerem i jest. pani wyciaga cennik, szuka, sprawdza, notuje. czterysta boliwianow. teraz to chyba juz pojdzie, patrzymy na siebie z nadzieja. tu pani wstaje, znika i wraca z gruba ksiega. otwiera, tam znaczki rowniutko, nie wierze, nie wierze, nie wierze, czy ona naprawde zamierza obkleic paczke znaczkami? zaczyna sie zabawa. czterysta boliwianow, to bedzie… rany boskie. sa znaczki za dwanascie, za dziewiec, trzy, dziesiec piecdziesiat, za piec i zero pol. i jak to teraz poskladac, by dalo rowne czterysta? wyjmuje, uklada, liczy, nie, jeszcze raz, cos nie wyszlo, mysli, przeklada, sumuje, kwadransik, no to mamy. slinienie, naklejanie, radosc, glod w brzuchach szaleje, zaraz na obiad pojdziemy, slonce patrz jakie ladne, ksero paszportu poprosze. marzenia roztrzaskane. nie mamy. to zrobcie za rogiem. patrzymy przez okno, punkt ksero, dziewczynka lat z jedenascie przy kopiach sie uwija, jak moze, byle szybciej, bo teraz, tak sie sklada, czas zeznan podatkowych. i oswiadczenia kopiuja. kolejka na pol placu. a moze da sie… nie. yhy. raz, dwa, trzy, cztery… dziesiec. tomek, zrobisz to ksero? idzie jak na skazanie, pani w tym czasie zgarnia karteczki stemplowane, przechodzi za okienko i siada przed maszyna. stoje, licze minuty, a ona jednym palcem, mylac sie przy tym potwornie, powoli, mozolnie wypelnia protokol za protokolem. pierwszy. paczke stempluje. drugi, nakleja naklejke. trzeci, prosze podpisac. czwarty, do archiwum. piaty, zalacza do akt. i szosty, prosze, dla pani. drzwi, tomek, paszport, ksero, dziekuje, uf, do widzenia.
piec minut, dwa skrzyzowania, niemily pan na ulicy, potracil, nie przeprosil. to mu przez ramie, z szelestem, juz teraz wiem co: azzzbys tak… byl drugi w kolejce na poczcie.

Luty 26, 2010

ale jazda!

Filed under: BOLIWIA — maugoska @ 2:02 am

DSC_7111.jpg
http://picasaweb.google.pl/maugoska/AleJazda#

tyyy…. siedziales kiedys na koniu? e-e. no to co?
o ku…, jakie one wielkie! e tam, lepiej patrz tam! ja pier…, widzisz to? nooo… no nieee, niemozliwe… a tam! o k…, jakie ksztalty! obled! yyyyyy, nieee, nie ma taki…, ty! a tu! myslisz, ze to prawdziwe? gdzie my jestesmy???? aaaaaaaa!!!! tooomeeeek nie moge!!!! cicho, zwierze wystraszysz! o-o, chyba burza idzie!
aaaa!!! no co ty, nie mow ze przelazimy przez ta rzeke! noooo, chyba tak! o ku… jaki nurt, trzymasz sie?  ku… jak na jakims pier… westernie! myslales? aaaaaa! ej nie chce isc, boi sie! walnij go, no mocniej! no! tez masz mokry tylek? nooooo….
no nieee, znooow, ile oni tego tu maja, eeee…. patrz tamten szczyt! jaki kakt… jak… w zyciu takiego nie widz… a ten, tu! tu! ej glowa mi sie urwie! zrob zdjec…! pieprzyc zdj….! lepiej patrz! nieeee… znow burza! ale jaka! szybciej! nie-e-ee! ja-a si-e-e bo-o-o-je ta-ak szy-ybko! cze-ekajcie-e-e-e-e!

Luty 20, 2010

kolejny aniol na naszej drodze

Filed under: BOLIWIA — maugoska @ 9:32 pm

DSC_7949.jpg
http://picasaweb.google.pl/maugoska/LaPazWidokZOkna#

…siedemnaste pietro edificio de los andes. kuchnia. tomek walczy z ciastem, ola, szymon i ja z nadzieniem, klejeniem i niecierpliwoscia. radek stoi w progu, bleblaja o czyms z tomkiem, nagle ten sie odwraca, mine ma jak po nocy w haremie, kreci glowa i wykrztusza:
- margolcia, radek pyta czy bysmy nie chcieli u niego zamieszkac, bo jedzie na miesiac do europy.
wyjscie na papierosa bylo formalnoscia. losowi sie nie odmawia.
o drugiej nad ranem zamieszkalismy na pietnastym pietrze, w ogromnym mieszkaniu z widokiem na andy.

to zanim o kolejnych spacerach…

Filed under: BOLIWIA — maugoska @ 9:25 pm

DSC_7936.jpg
http://picasaweb.google.pl/maugoska/LaPazPierogi#

…la paz. mala arabska dziupelka przy ulicy murillo.
- ale sluchaj szymon, bo my to za bardzo kasy nie mamy, zeby sie po knajpach rozbijac i tak pomyslelismy, ze moze bysmy u ciebie w domu sie spotkali, cos zgotowali, ja moge z jakims hindusem zawalczyc…
- nieee! niee! polskiego cos! wiem! pierogi! ruskie! ja mam zubrowke! bedzie po polsku, jeszcze jedna dziewczyna, polka do mnie mejla napisala i jeszcze w markecie polaka spotkalem…
- eeeej, ale tu przeciez latwiej diabla nawrocic, niz twarog prawilny znalezc…
- nie, moja dziewczyna jakis ser z farmy przyniosla, chodzcie zobaczyc, moze bedzie dobry.
siedemnaste pietro edificio de los andes. kuchnia. otwieram plastikowy pojemnik i oczom wlasnym nie wierze. ser jak marzenie!
taaaaak.
a kilka godzin pozniej, ubzdryngolona ciut dusza zawyla szczesciem, bo wiecie, wiecie… wyszly… wyszly jak… no ja nie wiem, no tomek, no wez ty powiedz…
ale to nie wszystko…

Luty 15, 2010

cerro rico – gora, ktora zjada ludzi

Filed under: BOLIWIA — maugoska @ 11:23 pm

DSC_7359.jpg
http://picasaweb.google.pl/maugoska/PotosiKopalnie#

nietrudno dzis sobie wyobrazic, jak wygladalo wnetrze tej gory 450 lat temu. nietrudno tez zobaczyc, jak wygladaly cuchnace siarka podziemne labirynty. i nietrudno poczuc, jak gryzl, jak przytykal pozbawiony tlenu kopalniany pyl. od chwili, gdy pierwszy kilof odbil sie gluchym echem od zbocza cerro rico, niewiele sie tu zmienilo.
eksplozja. dwie, trzy… ocho.. nueve… diez. mozemy isc. nad lukiem wejscia wisi krzyz. to wejscie jest granica. swiat na zewnatrz nalezy do boga, w swiecie na zewnatrz to do niego sie modlimy, w niego wierzymy, jemu oddajemy w opieke nasze rodziny, losy i zycia. ale to wejscie jest granica, poza ktora moc boga nie siega. swiatem wewnatrz, rzadzi szatan i dlatego wewnatrz musimy wierzyc w szatana, w el tio, pana podziemi.
mimo, ze to glowny korytarz, jest wasko, ciemno i nisko. swiatlo dzienne znika za pierwszym zakretem, oczy niechetnie przywykaja do migoczacych czolowek. srodkiem korytarza ida tory, po ktorych gornicy pchaja wypelnione po brzegi wagoniki. pol tony, tona. kiedy jedzie taki wagonik, trzeba szybko przedzierac sie lub cofac do najblizszej wneki, przywierac do wilgotnej sciany i czekac. inaczej bedzie accidente, wypadek. wagonik zmiazdzy.
slowo accidente jest wszechobecne. wszyscy wymawiaja je z namaszczeniem, ze smutkiem, ze strachem i modlitwa. tu kazdy kogos stracil, tu kazdy wie, ze w kazdej chwili moze stracic samego siebie. to dlatego trzeba liczyc wybuchy, zawsze musi byc tyle, ile zapalnikow, jesli jest mniej, to znaczy, ze cos poszlo zle, ze el tio byl zlosliwy, dynamit zostal w scianie i w kazdej chwili moze eksplodowac. to dlatego trzeba uwazac na niewzmocniony strop, ktory nie wiadomo kiedy runie, na szczeliny, czychajace na nieostrozny krok, na glebokie, kilkudziesieciometrowe szyby… tu kazdy ruch, kazda chwila to niemy pojedynek z accidente. a ta gora jest nienasycona. i bezwzgledna. bo ona sie msci, za to, ze ludzie ja okradaja i z tej zemsty zjada ludzi.
w jednej ze scian glownego korytarza majaczy niewielki, nieregularny otwor. w dole otworu majacza drabiny. ile ich jest, nie widac. powoli, po kolei, ostroznie zeslizgujemy sie po skale, szukamy stopa najwyzszej poprzeczki i rozchybotana, polaczona sznurkami konstrukcja schodzimy nizej i nizej i nizej i nizej. na kolejny poziom. tam, kilkanascie metrow w przod i znow klaustrofobiczna, waska studnia, znow drabina, druga, czwarta, piata, wreszcie skalna polka. robi sie coraz cieplej, tu wewnatrz, na nizszych poziomach temperatura dochodzi do 50 stopni. ciezko. duszno. a tu jeszcze raz. szczelina, krucha sciana, drabiny, jeszcze glebiej, jeszcze dalej, jeszcze nizej, gorac, huk. i nagle biel. i nie ma nic, korytarz wypelniony jest pylem rozmydlajacym swiatlo czolowek. idziemy po omacku, nic nie widac, poza hukiem nic nie slychac, ciezko zlapac oddech. mimo, ze zeszlismy w dol, wciaz jestesmy na sporo ponad 4000 metrow, juz sama ta wysokosc odbiera sile, kradnie tlen. a tu dodatkowo ten pyl, ta ciasnota, ten halas. doszlismy do konca. nagle cisza. z metnej, cuchnacej jasnosci wynurza sie dwoch gornikow, zblizaja sie, witaja, juz mozna spojrzec im w oczy, mozna dac prezenty, w koncu porozmawiac. jak sie nazywaja? tak i tak. ile maja lat? po niecale trzydziesci. jak dlugo pracuja w kopalni? prawie po pietnascie, zrezygnowane spojrzenia. i nagle zimny dreszcz. i trzaskajaca swiadomosc. juz zrzucmy ten sztuczny usmiech, bo przeciez wszyscy wiemy, ze przed nimi juz tylko krotka chwila zycia.

od momentu odkrycia zloz srebra, cerro rico pochlonelo osiem milionow ludzi.
dzis wciaz czynnych jest okolo 500 kopaln. pracuje w nich ok. 14000 osob. niewielka czesc zatrudniona jest w zapewniajacych opieke lekarska i rente spoldzielniach, wiekszosc, dziala na wlasny rachunek.
pomimo oficjalnego zakazu, do pracy zatrudniane sa dzieci.
wiekszosc kopaln nie ma zadnych zabezpieczen ani wentylacji, a do pracy uzywane sa jak przed wiekami, kilofy, metalowe prety i mlotki.
z powodu panujacych w kopalniach warunkow, nieustannego kontaktu z pylem i trujacymi gazami, pracujacy w nich gornicy umieraja w przeciagu dziesieciu – pietnastu lat od pierwszego zejscia pod ziemie.

gringo rico

Filed under: BOLIWIA — maugoska @ 11:15 pm

walter obudzil sie chwile przed dzwonkiem budzika. zimny powiew boliwijskiego altiplano wslizgnal sie przez szczeline uchylonego okna. walter cicho przeklal brak ogrzewania, przetarl oczy i wstal. o dziewiatej, spod biura silver tours ruszala wykupiona wieczorem wycieczka. do mennicy? do kopalni? nie do konca pamietal, ale nie czas sie nad tym zastanawiac, bo spotkany wczoraj w pizzerii rodak polecil mu podawana tuz za rogiem owsianke z miodem. jak w domu! – mlasnal znaczaco. takiej rekomendacji nie mozna zlekcewazyc, zwlaszcza tu, w boliwii, gdzie wszedzie tylko brod, smrod i bakterie.
w agencji pojawil sie dziesiec po, strzepujac z brody resztki mleka. spojrzal na nas i wypalil: cool, biale zeby blysnely usmiechem, dlugo tu jestescie? nie zdazylismy odpowiedziec. ja juz trzy tygodnie, z limy do cuzco, lot nad nazca, wow!, machu picchu, cool, kanion colca, kondory, w la paz, you know, droge smierci zrobilem, potem w dzunglii trek, krokodyle i tu teraz. a! to gdzie my jedziemy? nie zdazylismy odpowiedziec. no, a jutro jade robic salary, potem atacame….
dojechalismy na targ. przewodnik zaczal zbierac pieniadze na prezenty dla pracujacych w kopalni gornikow. walter najpierw nie zrozumial, potem stanal jak wryty, troche zbladl i belkotliwym zadziwieniem wykrztusil: to… to tam sa gornicy?!?!

cerro rico – gora warta potosi*

Filed under: BOLIWIA — maugoska @ 11:13 pm

zeszyty strony 79.jpg
http://picasaweb.google.pl/maugoska/Potosi#

trudno dzis sobie wyobrazic, jak wygladala ta gora 450 lat temu. czy porastaly ja ostre trawy? czy ptaki wily na niej swoje gniazda? czy pokrywaly ja kopczyki ofiarne? slady ognisk? a moze tajemniczo lsnila, poblyskiwala w sloncu?
cerro rico. rico znaczy bogaty. w tym jednak przypadku, owo bogactwo bylo wyjatkowe. owego bogactwa mial dotknac caly swiat.
legenda mowi, ze gdy huayna capac, jedenasty monarcha peru, ujrzal gorujacy nad okolica stozek, oczarowany jego dostojnym pieknem stwierdzil: bez watpienia, musi on kryc w swym sercu ogromne ilosci srebra! zaraz potem, nakazal poddanym, by ruszyli na podboj niezwyklego skarbu. gdy uzbrojeni w narzedzia ludzie dotarli na szczyt, niespodziewany, zrodzony w huku piorunow glos, zagrzmial: nie zabierzecie ukrytych tu darow! sa one przeznaczone komu innemu! ani krol, ani poddani nie odwazyli sie sprzeciwic woli bogow.
niemal sto lat pozniej, inkaski posterz, diego huallpa, szukal zagubionej u stop wzgorza lamy. zmeczony dniem, zatrzymal sie, by odpoczac. rozpalil ogien, usiadl i sie zamyslil. nagle zar ogniska zaczal topic ziemie, a z jej szczelin poplynela leniwa, lsniaca struzka. srebro! tak poszukiwane przez niedawno przybylych tu hiszpanow!
ten dzien potoczyl lawine. zalozone 10 kwietnia 1545 roku przez juana de villarroel, niewielkie gornicze miasteczko, niecale trzydziesci lat pozniej, stalo sie siedziba pierwszej w ameryce poludniowej mennicy i w czasie kolejnych 100 lat przeistoczylo w najbogatsza na swiecie, dwustutysieczna mertopolie, wieksza od owczesnego paryza czy londynu. tutejsze srebro przetapiane na reale zalalo wszystkie kontynenty, potosi kwitlo niezmierzonym bogactwem cerro rico. ku niebu piely sie misternie zdobione wieze kosciolow, zbocza gor pokryla serpentyna ulic, placow i targow, a dookola wyrastaly pelne przepychu wille i kamienice. ze starego kontynentu naplywaly luksusowe artykuly, wymieniane na kolejne tony drogocennego kruszcu. zycie tetnilo.
niestety, nawet najwieksze bogactwo ktoregos dnia zaczyna topniec. po ponad 250 latach nieustannego eksploatowania, po wydaniu na swiatlo dzienne ponad 45 tysiecy ton czystego srebra i 70 procent bedacych owczesnie w uzyciu monet, cerro rico stracilo swoja hojnosc. drzemiace we wnetrzu gory zloza stawaly sie coraz bardziej niedostepne, kruszconosne zyly, coraz mniej czyste, a warunki pracy nieznosnie niebezpieczne. potega potosi zaczela sie chwiac. spadajace ceny srebra, nadchodzaca fala walk o niepodleglosc i wycofywanie sie hiszpanow na stary kontynent sprawily, ze dziewietnasty wiek obalil rzady wielkich fortun. potosi upadlo.
a cerro rico? kiedys piekne i dumne, dzis cale porozdzierane, pokaleczone bliznami drog, oszpecone szarymi haldami, naznaczone setkami niemych dziur i wnek dzwiga na sobie ciezar minionej szczodrosci. kiedys najbogatsza gora swiata, dzis zludnie poblyskuje kiczem promieni zachodu odbitym od blaszanych dachow domow biednych dzielnic. niestety, przychylna fortuna zapomniala o tym miejscu.

* valer un potosí – warte potosi – warte fortune, utrwalone przez cervantes’a, uzywane do dzis powiedzenie pochodzace ze zlotych, choc moze trafniej by bylo powiedziec, srebrnych czasow potosi.

Luty 14, 2010

oczywistosci nieoczywiste…

Filed under: NIEMANAS — maugoska @ 6:47 pm

oczywistosci dziela sie na oczywiste i nieoczywiste.

oczywiste, to takie jak:
czlowiek nie moze wiecej niz moze, albo
kazdy kwadrat jest prostokatem, ale nie kazdy prostokat jest kwadratem, albo
nikt sie jeszcze z glodu nie zesral…

nieoczywiste zas trafiaja znienacka i podstepnie. a jakie? a takie na przyklad, ze tak, tak, to nie film historyczny ani muzeum techniki, to rzeczywistosc w czystej prozie, wyszukiwarka google laduje sie uwaga… dziesiec do pietnastu minut, poczta, dwa razy tyle, strona tamtaram – nie wiadomo, bo z czystym sumieniem moge powiedziec, ze nikt jeszcze nigdy tego nie sprawdzil.
no i w tych warunkach, jedyne co mozna zrobic, to pojsc na spacer.

juz za chwileczke, o spacerach.
obiecujemy. oczywiscie.

oraz. bardzo pieknie dziekujemy za wpisy. oraz. jeszcze raz, o technikaliach, bo wpis kazdej nowej osoby musimy zaakceptowac i dopiero kiedy to zrobimy, taki wpis sie pojawia. potem juz hulaj dusza:) to nie kontrola, ale walka ze spamami.

oraz. wszystkim walnientynkom i walnietym, wszystkiego calusnego.
houk.

Luty 8, 2010

tamtaram w gildii komiksu!

Filed under: JESTESMY — tomek @ 2:10 am

!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

wlasnie trafilismy do najwiekszego polskiego portalu komiksowego :)
http://www.komiks.gildia.pl/tworcy/tomasz-larek/tamtaram

Styczeń 28, 2010

nowy odcinek komiksu juz jest…

Filed under: JESTESMY — tomek @ 6:26 pm

5-zycie-jest-piekne-baner.jpg
http://www.koniecswiata.net/galeria/tamtaram-na-koncu-swiata/

… zapraszamy

Styczeń 25, 2010

aby

Filed under: BOLIWIA — tomek @ 1:02 am

komiks-aby.jpg
http://picasaweb.google.com/maugoska/Aby#

aby zlorzeczenia o skaly sie rozbily
aby tamtaram szczesliwie zawsze bylo
aby los podrozny usmiechal sie przychylnie
a matka natura przydrozna opiekowala sie nami
prosimy

zabobony

Filed under: BOLIWIA — tomek @ 1:01 am

DSC_6436.jpg
http://picasaweb.google.com/maugoska/Tarabuco#

ile zlowrogich spluniec mozna zignorowac w jedno popoludnie? z ilu przeklenstw mozna sie zasmiac? ile nieprzyjaznych slow i spojrzen da sie obrocic w zart? trzy? trzynascie? trzydziesci? mimo sporej dawki zdrowego rozsadku, nawet nierozumiane, w koncu zaczynaja niepokoic, zaczynaja uwierac.
najbardziej zlosci aparat, obiektyw skierowany w ich strone, ale nietrudno tez wyczuc, ze woleliby, zeby nas, bialych wogole tu nie bylo. oni maja swoj targ, maja swoje sprawy, swoje zycie. jestesmy intruzami, niewazne, ze ktos kupi czapke, ktos torbe czy narzute, radzili sobie bez nas przez cale dlugie wieki, nie jestesmy im potrzebni, tylko denerwujemy.
zdenerwowani klna, rzucaja pod nosem uroki. czaruja? a potrafia? juz nie umiemy powiedziec. dorosli, dzieci, starcy, wszyscy jednakowo, nie odpowiedza na usmiech, nie wdadza sie w pogawedke. czesciej sykna, cos gburna, zachna sie i odgryza. ich prawo. ale przeklenstwa? tak zewszad? z kazdej strony? no coz, na wszelki wypadek idziemy kupic ofiare, zlozymy pachamamie, by od urokow chronila. po calym dniu w tarabuco, chyba nie mamy wyjscia.

wakacje

Filed under: BOLIWIA — tomek @ 1:01 am

wakacje argentynczyka.jpg

przychodzi swiety piotr do boga i zadziwiony pyta: panie boze, jak to tak, tyle jest krajow w ameryce poludniowej, ktore moznaby obdarowac, a ty wszystko co najpiekniejsze, gory, lodowce, wodospady dales argentynie. nie mozna bylo jakos rowniej wszystkich obdzielic?bog patrzy na piotra, usmiecha sie i mowi: spokojnie piotrze, poczekaj az spotkasz argentynczykow.
trafilismy nieznosnie. z pustej, odcietej od swiata i ludzi polnocy paragwaju, prosto w rozgdakany kociol klonow wielkiego che. argentynskie wakacje. kogo nie stac na wyladowanie w urugwajskim punta del este, przywdziewa bojowki, beret z gwiazda, tepawo wszechwiedzacy wyraz twarzy, ukreca dready, zgarnia gitare i zmierza sladami wielkiego wodza na polnoc, do boliwii. tu, tuz po przekroczeniu granicy, niezaleznie od kierunku studiow, wyksztalcenia czy profesji, zamienia sie w zaangazowanego spolecznie eksploratora klasowych nierownosci i niesprawiedliwosci. a robi to tak: by byc blizej ludu siada na podlodze w centralnej czesci hostelu, na patio, na korytarzu, bron boze w pokoju, zamkniety. no wiec siada i niezaleznie od godziny zaczyna grac na gitarze. na zakladach dotyczacych repertuaru mozna by zbic fortune. na 99 procent poleci cos z zoltej lodzi podwodnej, the beatles, grane na rozne sposoby: nie mam pojecia jaka to melodia, slyszalem kiedys, ale nie pamietam jak to idzie, jestem gwiazda, wiec nie musze grac rowno, wystarczy, ze bede gral glosno. dzwiek pierwszych akordow natychmiast przywoluje mu podobnych, z gitarami, harmonijkami, zapalem i zarem. nastepnie nadciagaja ich kobiety i klaszczac, piszczac i wrzeszczac zlewaja sie w rozkiwany zlepek pasiastych spodni i wzorzystych swetrow, zwienczony mopem dreadow przewiazanych szmata. kiedy repertuar sie skonczy, czytaj, kiedy nie da sie juz zagrac tego samego numeru po raz kolejny i kolejny, panstwo odklada instrumenta i rozpoczyna sie DUSKUSJA. o czym? ha! kolejna fortuna do zdobycia. tym razem na 100% bedzie o zwiazanych z rozprzestrzenieniem sie ohydnego kapitalizmu problemach swiata. przy czym swiat to ameryka poludniowa. inne kontynenty nie istnieja. a przepraszam, ameryka polnocna istnieje, bo estados unidos istnieja, sa przeciez czarna przyczyna wszelkiego zla na ziemi. no ale jakie to zlo? no ze jest kapitalizm. no i co z tego? no jest zly. a dlaczego? bo stany chca wszystko kontrolowac. wszyscy powinni miec po rowno, rowne szanse, rowne dobra, rowne wszystko. oj nie, nie, zadawanie kolejnych pytan zwyczajnie nie ma sensu. pozwolmy trwac dyskusji. bez podzialu na role, znow wszyscy na raz, przekrzykujac sie, beda sie dzielic swiatlymi sposobami uratowania swiata. trzeba wprowadzic socjalizm i liberalizm! trzeba odebrac wladze stanom! nie moze tak byc! nie! tak! tak, tak! nie, nie! ja wiem! trzeba wprowadzic socjalizm i liberalizm! i tak w kolko, dzien w dzien, przyjezdzaja, odjezdzaja, przyjezdzaja kolejni, wiecej i wiecej, kazdy z uniesiona glowa, wzrokiem wpatrzonym w dal i identyczna jak kazdy przed nim i kazdy po nim, swoja niepowtarzalna wizja uratowania ludzkosci.
pogadaliby o dupach i samochodach. na wakacjach sa…

a. tak nas zastanowilo… dlaczego w samej argentynie nigdy nie spotkalismy nikogo, kto by pasowal do tej wakacyjnej kalki…

i co ja robie tu?

Filed under: BOLIWIA — tomek @ 12:57 am

DSC_6489.jpg
http://picasaweb.google.com/maugoska/SantaCruz#
http://picasaweb.google.com/maugoska/Sucre#

santa cruz jest nudne i troche ladne, sucre zas ladne i troche nudne. oba tetnia podobnie. w obu zadbanie przeplata sie z uroczym zaniedbaniem, stare z nowym, zamoznosc z ubostwem. indianka z dzieckiem na plecach mija eleganckiego, starszego pana, przechyla glowe, wyciaga reke, dostaje dwa boliviany. mali chlopcy ze skrzynkami w rekach zaczepiaja turystow, wyczyscic buty, senor? nie? a skad jestes, senor? a masz monete ze swojego kraju? a euro? nie? to moze chociaz boliviana? wszystkie zarobione drobniaki przepuszcza potem na automaty i lody. na kazdym rogu wyciskany z pomaranczy sok, na glownym placu lawki, na lawkach ludzie, siedza, rozmawiaja, miedzy nimi leniwie ciagna swoje wozki sprzedawcy kawy, obok stoliki, ktos rozstawia szachy, na drugim koncu placu pojawia sie przeciwnik, zauwazaja sie, lekkie kiwniecie glow, powitanie, zaproszenie, pucybuci sprzedaja male torebki kaszy i kukurydzy, dwie prosze, matka z dzieckiem, chlopczyk wyciaga rece, nie moze sie doczekac, torebka peka, ziarna uderzaja o chodnik, trzepot golebich skrzydel, oblatuja, obsiaduja malca, ten szczesliwy, popiskuje z radosci, pstryk, zdjecie, pstryk, jak ptaki wzlatuja, pstryk, golab je mu z reki, pstryk, bedzie do albumu. santa cruz i sucre sa niemal nie do odroznienia, lagodne, spokojne, ciche, miejsca jakich wiele. e, chyba to nie dla nas…

wrrr…

Filed under: BOLIWIA — tomek @ 12:56 am

wrrr.jpg

a czasem tak czlowieka nachodzi, zeby sobie policzyc, przemnozyc, podzielic… podsumowac. a jeszcze mocniej nachodzi, kiedy zewszad dociera, eee, wy to na wakacjach, lenicie sie tam sobie, czasu macie a macie… mamy?
no zobaczmy…
przez 443 dni niebycia, bylismy w 122 miejscach. 122 razy trzeba bylo wymyslic dokad jedziemy, spakowac sie, znalezc dworzec/wyjsc na wylotowke, znalezc autobus/pociag/collectivo, zlapac stopa, dojechac do kolejnego miejsca, czasem dwie godziny, czasem dwa dni, w tym nowym miejscu uwolnic sie od taksowkarzy, naganiaczy, podsuwaczy hoteli, ciastek, wycieczek, teczek, znalezc mape, poznac topografie miasta/wioski, przejsc do centrum, znalezc nocleg, albo w polu, miejsce na namiot, rozbic namiot, nazbierac drewna/rozstawic kuchenke, przygotowac jedzenie, a w miescie/wiosce, znalezc bazar albo sklep, kupic cos, ugotowac, zjesc, zorientowac sie o ktorej otwieraja, o ktorej zamykaja, jak to tu ze sjesta, co dziala, co nie dziala, a jeszcze do tego wszystkiego, w kazdym nowym kraju, nauczyc sie pieniedzy, nauczyc obyczajow, nauczyc nazw, zasad, zachowan…
no to od poczatku…
przez 443 dni niebycia, bylismy w 122 miejscach. to trzy i pol dnia na kazde, powiedzmy 86 godzin. minus trzy sny po 8, zostaje 62, mniej srednio 8 na dojazd, daje 54, godzina na pakowanie, godzina na dojscie na dworzec, godzina na dojscie z dworca, godzina szukania noclegu, i juz sie robi 50, mycie, pranie, gotowanie, jedzenie, paznokcie, przeszycia, codzienne te nudnosci, to dwie godziny na dobe, trzy dni – 6, od 50, zostaje 40 i 4 i prawie dwie doby zniknely, a my wciaz nie moglismy wysciubic nosa i zwachac, czym nowe miejsce zachwyca. wiec w miasto/w gory/na pola, ulica/plac/miejsce/muzeum, lazimy, ogladamy, 6 godzin dziennie, mniej wiecej, by poznac, zobaczyc, zrozumiec, to daje 18 i nagle z 44 – 26 sie robi. dzielone na trzy i pol doby to 7 godzin niecale, czyli dokladnie tyle, ile by bylo po pracy, gdyby pracowac non-stop. coz zrobic, sami chcielismy, my tu weekendow nie mamy. a czasu? mniej wiecej tyle, ile ma kazdy w warszawie.
a w tym czasie…
pomysly, listy, kartki, tego policzyc nie sposob… ale sa policzalne: 25 odcinkow rozmow kontrolowanych, 41 tomkowych rysunkow, 2 zrobione wystawy, pelny koncept komiksu i 5 gotowych czesci, 136 stron dziennika codziennego, 50 stron spisanych zamyslen i spostrzezen, 80 stron wklejek z roznosci zebranych po drodze, marzanny dwie wydumane, zrobione i utopione, gra planszowa od zera zmyslona i zmalowana, juz prawie trzy tysiace zdjec opublikowanych oraz 100 wpisow, tutaj, na tamtaram.
to co? to kto da wiecej?

…bylismy tam

Filed under: JESTESMY — tomek @ 12:54 am

a kto to chcial zobaczyc ktoredy, skad dokad jedziemy?
praszu. follow the black stroke…
DSC_6696.jpg

Styczeń 23, 2010

ech…

Filed under: JESTESMY — tomek @ 11:01 pm

miaflores.jpg

…am

Styczeń 4, 2010

druga wystawa rozmow kontrolowanych!

Filed under: JESTESMY — maugoska @ 7:07 am

zapraszamy na www.rozmowykontrolowane.net
DSC_6275.jpg

Styczeń 3, 2010

feliz ano 2010

Filed under: BOLIWIA — tomek @ 10:16 pm

P1020892.jpg
http://picasaweb.google.com/maugoska/FelizAno2010#

no. to aby nie marudzil, nie fjukal i sie nie migal. aby niespodziankowal i ciekawskosci nakarmial, aby na ksiuty umiarkowanie znikal i z lasu kwiatek przyniosl.
wam.
bo my to jakos jeszcze wytrzymamy:)

psps… przepieknie wszystkim za zyczenia dziekujemy:)

wspomnienie trans chaco

Filed under: BOLIWIA,PARAGWAJ — tomek @ 9:59 pm

DSC_6204.jpg
http://picasaweb.google.com/maugoska/TransChaco#

choc oficjalne informacje mowily o 30 godzinach podrozy, sprzedawcy biletow sugerowali, zeby jedzenia i wody przygotowac na trzy dni. bo roznie to tam bywa. nie ma asfaltu, wszystko pokrywa nie chlonaca wody glina, wystarczy niewielki deszcz, by bylo nieprzejezdnie. a wtedy… stoi sie, stoi i czeka az woda splynie do rzek.
laczaca paragwaj i boliwie ruta trans chaco to tutejsza legenda. trudna, nieprzewidywalna, bezlitosnie blotnista albo nieznosnie otumaniona kurzem i pylem. wiedzie niezamieszkalymi, bagnistymi bezdrozami najbardziej nieprzyjaznych na tym kontynencie terenow. ostatnia paragwajska ostoja cywilizacji, punkt kontrolny w mariscal estigarribia, ulokowany jest ponad 200 km przed faktyczna granica. pierwsza boliwijska wioska – boyuibe – szescdziesiat kilometrow za linia dzielaca oba kraje. pomiedzy nimi, rozciaga sie 250 kilomertowy pas bezkrolewia. relacje ludzi, ktorzy go pokonali kusza… „ile razy mozna zlapac gume na niecalych 100 kilometrach? osiem.”, „…i stalismy i czekalismy, bo krokodyl rozlozyl sie na drodze i nie chcial ruszyc”, „…a gdy przejechalismy juz na strone boliwijska, autobus zostal zatrzymany przez uzbrojonych w noze, mlodych chlopakow. po dlugich negocjacjach stanelo na 5 dolarach od osoby za mozliwosc przejechania”
to co tomek, jedziemy, nie?
pojechalismy. do mariscal dotarlismy po polnocy. choc troche niepokoil asfalt niknacy w czerni nocy, miejsce wygladalo jak trzeba. wielkie zapuszczone nic w samym srodku niczego. obudzony pukaniem celnik, wyszedl z brudnej strozowki, podrapal sie po tylku, potem po glowie i rzucil, jesli wszystko bedzie w porzadku, wasz autobus powinien tedy przejezdzac za jakies trzy godziny. a czy moglibys… dobranoc. a. dobranoc. tyle go bylo. zostalismy z dwoma psami, chmara komarow, niewiarygodna iloscia lazacych po wszystkim zukow i tym cudownym laskotaniem emocji, poprzedzajacym przezycie  c z e g o s  w y j a t k o w e g o.
autobus zjawil sie o trzeciej. niemilo punktualnie. i nie wygladal na styranego, zbitego z blachy trupa, mial rozkladane fotele, mial dzialajace okna, mial nawet toalete… cos nas tknelo. z zywa jeszcze nadzieja zapytalismy kierowce, jak mysli, o ktorej bedziemy w santa cruz. ten spojrzal na zegarek i pewnym siebie glosem rzucil: o siedemnastej. wszystko, co stalo sie pozniej bylo rozczarowaniem.
autobus gladko plynac po swiezo wylanym asfalcie, kwadrans przed siedemnatsa dowiozl nas do celu.
coz… bardzo niedawno temu, nie bylo sobie drogi…
coz… trzeba bardzo sie spieszyc, bo swiat bardzo szybko sie zmienia…

Grudzień 29, 2009

wehikul ewangelizacji

Filed under: PARAGWAJ — maugoska @ 10:11 pm

rower.jpg
http://picasaweb.google.pl/maugoska/WehikulEwangelizacji#

dokad lodz nie doplywa, autobus nie dojezdza, gdzie nawet jeep nie moze, ten rower dojedzie. prowincja chaco jest trudna, rozlegla i nieprzyjazna. w porze suchej, palace slonce wzbija w powietrze tumany kurzu. pora deszczowa zamienia kazdy skrawek ziemii w gliniaste grzezawisko. a do ludzi dotrzec trzeba. padre carlos smieje sie, ze jego roweru nie powstydzilby sie nawet agent 007. moglbym byc konstruktorem samego jamesa bonda, zartuje. ale zartowac nie musi. ten rower to naprawde konstruktorski majstersztyk. ma folie przeciwdeszczowa i sznurek na wszelki wypadek, parasol chroniacy przed sloncem, siedzisko, by odpoczac, schowany w kierownicy bat na dzika zwierzyne, ma guampe na terere, zbiornik na wode z lodem, lusterka, migacze, kompas i klakson i telefon… a wszystko tak przemyslane, tak sprytnie uczepione, ze chyba i sam diabel lepiej by nie wymyslil.

dokad lodz nie doplywa, autobus nie dojezdza, gdzie nawet jeep nie moze, ten rower dojedzie. prowincja chaco jest trudna, rozlegla i nieprzyjazna. w porze suchej, palace slonce wzbija w powietrze tumany kurzu. pora deszczowa zamienia kazdy skrawek ziemii w gliniaste grzezawisko. a do ludzi dotrzec trzeba. padre carlos smieje sie, ze jego roweru nie powstydzilby sie nawet agent 007. moglbym byc konstruktorem samego jamesa bonda, zartuje. ale zartowac nie musi. ten rower to naprawde konstruktorski majstersztyk. ma folie przeciwdeszczowa i sznurek na wszelki wypadek, parasol chroniacy przed sloncem, siedzisko, by odpoczac, schowany w kierownicy bat na dzika zwierzyne, ma guampe na terere, zbiornik na wode z lodem, lusterka, migacze, kompas i klakson i telefon… a wszystko tak przemyslane, tak sprytnie uczepione, ze chyba i sam diabel lepiej by nie wymyslil.

prezent

Filed under: PARAGWAJ — maugoska @ 10:05 pm

DSC_6141.jpg
http://picasaweb.google.pl/maugoska/Swieta#

czasami los chce miec pewnosc, ze marzenie sie spelni.
najpierw przyniosl sjeste. dorwala nas w muzeum, informacja od pracownikow, ze musimy juz wyjsc. kiedy wrocilismy po poludniu obejrzec nieobejrzane, zaskoczeni naszym powrotem, zaczeli wypytywac. a co, a jak, a skad. z polski? a to niespodzianka, bo tutaj polka pracuje! i tak nas pani krystyna przytulila rozmowa, opowiesciami, cieplem i… informacja, ze owszem, ze jest tu ksiadz, salezjanin, dokladnie na naszej drodze. dostalismy numer telefonu.
potem na targu warzywnym targnal intuicja. chodz tomek wczesniej na barke, ja wiem, ze tu wszystko sie spoznia, najwyzej poczekamy… weszlismy jako ostatni, bo odplynela szybciej. dwie prawie godziny przed czasem.
na lodzi, gdy zawiodl telefon i nie chcial sie dodzwonic, podsunal zakonnice. naprawde? do padre zislao? a przeciez ja tam plyne! mozecie wysiasc ze mna, zadzwonie tylko, zapytam, czy miejsce jest na parafii.
a kiedy zadzwonila, nagle sie okazalo, ze gdyby jednak to wszystko, wciaz jednak bylo zbyt malo, dorzucil kolejna podpore, ksiadz mial wsiasc na ten statek.
i tak bysmy sie spotkali…

przepieknie dziekujemy.
za wzruszajaca wigilie, lamana po polsku, oplatkiem, za dni spedzone, czas, madrosc, za nocny rajd bezdrozami, uwage, usmiech, rozmowe, za jedna z tych chwil przeslicznych, w ktorych ma sie wrazenie, ze sie zlapalo za nogi samego pana boga.

aquidaban

Filed under: PARAGWAJ — maugoska @ 9:38 pm

DSC_5999.jpg
http://picasaweb.google.pl/maugoska/Aquidaban#

no, no, no, czesto sie to nie zdarza…
kiedy stanelismy twarza w twarz z plynaca na polnoc barka aquidaban, uslyszelismy go. pierwszy raz od nie pamietam kiedy, glos rozsadku rzucil zza plecow: macie wlasnie ostatnia szanse, zeby tu nie wsiadac. i nie chodzilo mu o to, ze na barce nie ma juz miejsca, to bylo widac na pierwszy rzut oka, dla niego przejscie trapem, dzielacym lodz od ladu bylo zwyklym szalenstwem. zostal na brzegu.
los wynagradza za wysilek. kiedy po pol godzinie, pokonalismy pierwsze dziesiec metrow prawej burty, pojawila sie nadzieja. z jednej z lawek mlody chlopak sciagal zapakowane owocami kartony. po godzinie bylismy w domu. nieugieta cierpliwosc przyniosla nam miejsce do przycupniecia oraz szczeline miedzy cebula a arbuzami, w ktorej wyladowaly nasze plecaki. zamieszkalismy w sklepie.
barka aquibadan zostala stworzona do przewozenia towarow. i w wielu krajach i wielu okolicznosciach tak by wlasnie bylo, ale tu, na polnocy paragwaju, w krainie pustkowia, bagien i bezdrozy jest jedynym sensownym transportem. dlatego, kiedy zaladowane zostana paczki, przychodzi czas na pasazerow. zasada jest jedna i bardzo prosta: wcisniesz sie – plyniesz. wcisnelismy sie jako ostatni.
siedzimy w przejsciu. lodz nie jest duza, ma jakies 25 metrow. no wiec siedzimy i patrzymy na nieustajacy sznureczek przeciskajacych sie ludzi. mija godzina, potem druga. zadna twarz sie nie powtarza. patrzymy na nich i jedna mysl nie daje nam spokoju. jak ci wszyscy ludzie beda spac, jak zamierzaja sie polozyc, skoro na stojaco i siedzaco wypelniaja cala przestrzen. to ze sobie poradza, wiemy, nie mozemy sie tylko doczekac, zeby zobaczyc jak to zrobia.
wnetrze aquidabana wyglada jak mrowisko. pozornie chaotyczne, w rzeczywistosci jest jednak perfekcyjnie sprawna wspolegzystencja tlumu. nikt tu po nikim nie depcze, nikt na nikogo nie wpada, nie zlosci sie, nie zzyma, nie narzeka, nie przeszkadza. jest bar, jest toaleta, trzy sklepy na dolnym pokladzie, na dziobie i rufie sie pali, w srodku jest ciszej, bo dzieci. na barce poza ludzmi plyna dwa male kociaki. placza sie miedzy nogami, klada na srodku przejscia, igraja z kocim losem a jednak dzieki uwadze nic zlego sie im nie staje.
nasz sklep jest jednobranzowy, sprzedaje tylko jedzenie. lecz pozostale dwa maja towary na kazda okazje. gdy doplywamy do portow, arbuzy, kanapki i soki znikaja pod gora bluzek, naczyn, czapeczek, zabawek, pod sufit wedruja klapki, termosy, lalki i torby a cale przejscie wypelnia gwar kupujacych kobiet. i nie ma godzin otwarcia, niewazne czy jest poludnie, dwudziesta czy trzecia nad ranem. tu rytmem zakupow i targow rzadzi rytm przybic do portow.
mielismy plynac trzy doby, najdalej, do bahia negra. los jednak splatal nam figla, spotkana w drodze siostra zmienila nasze plany. gdy stanelismy na brzegu, twarza w twarz z nasza barka, ten tak dobrze znany glos zalu, westchnal: i znow sie skonczylo.

zapiski z asuncion

Filed under: PARAGWAJ — maugoska @ 9:26 pm

DSC_5868.jpg
http://picasaweb.google.pl/maugoska/ZapiskiZAsuncion#

wciaz chodzimy glodni. nie, nie dlatego, ze nie ma gdzie kupic jedzenia. chodzimy glodni, bo nie potrafimy zrozumiec rytmu tego miasta. wciaz zaskakuje nas sjesta, wieczorna pustka ulic. nie chcemy jesc – wszystko otwarte, ulice pelne straganow, sprzedawcow, z koszami pelnymi empanad, chipas, kusza, namawiaja… a kiedy glodniejemy – wszystko znika jak za dotknieciem czarodziejskiej rozdzki. ani duszy na ulicy. nasze zoladki nie wspolgraja z tym miastem.

pensiones. juz w montevideo krzyknely koronkami, bibelotami, plastikowymi ptaszkami w wielkich klatkach i papugami na przerdzewialych obreczach kol. pelne zamieszania, zmurszalych stuletnich historii, zapomnianych starych panien i skrzypiacych drzwi. wnetrza zawsze przepiekne, wysokie, czarujace, przeszklone, wewnetrzne patia, krete korytarze, plaskorzezby, zdobienia, bujane fotele i rozowe lampeczki. smrod i brud. karaluchy wielkie jak krowy, grzyb w lazienkach, przescieradla jak sito i zapadniete materace. ale jest tanio, pensiones sa zwsze najtansze, bo poswiecone marnej milosci pokoi na godziny. w asuncion, tu gdzie mieszkamy, troche inaczej. ktos postanowil udekorowac wnetrze. do zabytkowych mebli i stiukow dolozyl poblyskujace kiczem dyskotekowe kule i lustra. wszedzie pelno luster. ale to nic. i tak nie sa w stanie pochlonac powiewu lat minionych.

historyczne centrum asuncion jest martwe. spotkana w muzeum, pani krystyna mowi, ze zabily je centra handlowe. w nich pelno i gwarno. chodzimy po ulicach, slaniamy sie z goraca, przestajemy sie dziwic, ze ludzie uciekaja do tych molochow. tam chlodniej, tam klimatyzacja. a tu nie kazdego stac na klimatyzacje.

w tym upale czlowiek zaczyna zachowywac sie jak szczur. po zwierzecemu przemyka pod scianami, wlazi we wneki, przystaje w zakamarkach. chowa sie i przyczaja. ten upal zmusza do nieuczciwej, niesprawiedliwej walki o kazdy kawalek cienia. upal zmienia zycie. z dobrze zorganizowanego, pracowitego czlowieka robi rozmemlana gotowanke. nie da sie nic zrobic, nie da sie ruszyc, nie da sie pojsc. mozna tylko lezec i ciezko oddychac. a i to, to zbyt duzy wysilek.

kontrasty. caly paragwaj zdaje sie byc wielkim kontrastem. bogactwo zionie przesytem, rozlewa sie, krzyczy. bogactwa nie ma duzo, ale kiedy juz jest – jest skrajne. bieda wszechobecna, w wiekszosci indianska, smutna, czesto pijana. na spacerze niedaleko rzeki spotkane male dziewczynki. jedna z nich zadziera glowe i pyta: czy wy jestescie bogaci?

nareszcie!

Filed under: PARAGWAJ — maugoska @ 9:22 pm

zeszyty strony-78.jpg
http://picasaweb.google.pl/maugoska/Targi#

- pol kilo bananow ile kosztuje?
- a mammita to z ksiezyca spadla?
- ?
- ?
ha! po sekundzie dociera. zegnaj cywilizacjo… adios plastikowe warzywa wiednace na polkach marketow, adios rozklady jazdy, informacje i cenniki, hasta luego internecie w pokojach, hotelach i na placach, adios wymuskane paniusie i ciszo w kolejce na poczcie, nie zatesknimy za wami.
bo i jak, kiedy tu wrszcie znow swiat tetniacy i gwarny. hola! pokrzykiwania kierowcow, podroznych i naganiaczy. pachnie jedzenie przydrozne, bucha para z patelni, strzelaja bloki lodu w ukropie slonecznych promieni, dzieciaki rzucaja petardy, sprzedawcy ratuja w potrzebie, mam zestaw nitek, za tysiac, na pewno sie przydadza. nie chcesz? to moze plyte? zegarek? spinke? pilniczek?
- to ile bedzie za kisc?
- a szesc tysiecy, slodkie…
- tak drogo? uuuu, a u pani?
- szesc.
- eeee… chyba kupie gdzie indziej.
- e! czekaj mammita, stoj! cztery!
noooo wlaaaasnie:)

Grudzień 13, 2009

krzyk kamienia

Filed under: ARGENTYNA,PARAGWAJ — maugoska @ 10:37 pm

DSC_5703.jpg
http://picasaweb.google.pl/maugoska/Misje#

„bog dal nam ziemie i stworzyl zywioly, bysmy mogli na niej zyc. dal nam tez reguly, ktorymi mamy sie kierowac, by zyc w zgodzie z natura rzeczy.
w naszej tradycji nie uzywalismy kamieni do budowy domow. jednak nasi przodkowie zwrocili sie do ducha-straznika kamieni  z prosba o pozwolenie stworzenia misji. pozwolenie zostalo udzielone, poniewaz kamienie mialy zostac wykorzystane w dobrym celu.
dzis, guarani ktorzy budowali misje nie zamieszkuja juz tych miejsc. jednak duch opiekunczy wciaz nad nimi czuwa. te kamienie sa zywe.”
itati brizuela, wspolnota chapa’i

bezsilnosc

Filed under: ARGENTYNA — maugoska @ 10:29 pm

DSC_5451.jpg
http://picasaweb.google.pl/maugoska/Guarani#

estella eulalia wyglada na zmeczona. dzis juz tylko jej dlonie i przeszywajace, glebokie spojrzenie zdradzaja dawna sile. odkad zrozumiala, ze w swojej walce skazana jest na samotnosc, odkad pojela bezmiar swojej bezsilnosci, jej glos przycichl a sylwetka sie zgarbila. ale nie, wciaz sie nie poddaje, tylko teraz, zamiast walczyc, robi swoje. po cichu i systematycznie, z sercem i niezlomnym, pamietajacym jeszcze jej mlodosc przekonaniem, ze warto, ze jako biala jest im to winna.
pojawila sie tu w 1987 roku, tym samym, w ktorym rzad argentyny uroczyscie przekazal indianom guarani 224 hektary ziemi i w ramach zadoscuczynienia za przeszlosc, zobowiazal sie zapewnic nowo powstajacej komunie wsparcie finansowe. mloda nauczycielka, pelna zapalu i werwy, wypelniona wiara, ze dzieki jej pomocy, indianie wyjda z cienia, zdobeda swiadomosc i narzedzia, by walczyc o swoje prawa. i ze ta nowa sila pozwoli zachowac ich tozsamosc, ich kulture, wierzenia i madrosc. w nowo zbudowanej, pokrytej blekitna farba szkole uczyla hiszpanskiego, rachunkow, biologii, geografii…
wtedy jeszcze nie wiedziala, w jak zlym kierunku to zmierza, ale dzis, juz jako dyrektorka tej samej szkoly, jak nikt zdaje sobie z tego sprawe. a na czym polega problem? hmm, to zle pytanie, to nie jest jeden problem, tu, tych problemow jest wiele. milknie, rozglada sie dookola, mierzy nas wzrokiem, jakby wazyla, czy moze, czy nie moze, chce, czy nie chce mowic. w koncu postanawia sie otworzyc.
kacyk i wspolnota.
bo tu nie mowi sie wodz, ale el cacique – kacyk. kiedys, jeszcze w dzungli, wspolnoty guarani skladaly sie z pochodzacych z tego samego miejsca, czterdziestu, piecdziesieciu rodzin. na czele wpolnoty stal kacyk, rowny prawami z szamanem, pod nimi rada starszych – glow rodzin, rzadzila cala wspolnota, podejmowala decyzje, wybierala i obalala kacyka. to tworzylo naturalny system kontroli sprawowany przez wszystkie rodziny. kacyk musial liczyc sie z ich zdaniem. my tutaj, zamiast 40-50 mamy 247 rodzin. poniewaz prawo argentynskie zapewnia indianom guarani ochrone, sciagaja oni nawet z bardzo daleka, z paragwaju, z brazylii. tu dostaja ziemie, pomoc finansowa i dokumenty. dolaczaja do wspolnoty. dolaczaja? teoretycznie tak. jednak praktycznie, brak wspolnych przezyc, korzeni i pochodzenia nie pozwala stworzyc silnych wiezow. bez silnych wiezow, rodziny nie wspolpracuja, kazdy dba o swoje sprawy. bez wspolpracy nie ma jednoglosnej rady starszych. bez jednoglosnej rady starszych, nie ma jak obalic kacyka. ten staje sie wszechwladny…
kacyk i prawo.
na terenach podarowanych indianom przez rzad obowiazuje prawo guarani. argentynska policja i sady nie maja nic do powiedzenia. wladze podjely to ryzyko, by umozliwic indianom stworzenie autonomicznych, opartych na tradycyjnych zasadach wspolnot. silvino moreyra, tutejszy kacyk ma wyksztalcenie prawnicze. wie, ze na swoim terenie jest bezkarny…kacyk i pieniadze
nie prowadzi ksiag przychodow, nie placi podatkow, nie rozlicza sie z rzadowych dofinansowan ani zyskow z turystyki. nasza wspolnote odwiedza okolo 60 turystow dziennie, kazdy z nich, za mozliwosc przejscia szlakiem opowiadajacym o zyciu, kulturze i tradycjach guarani placi 50 pesos, sami policzcie. wiekszosc tych pieniedzy trafia do kacyka…
kacyk i rozrywka.
ten zas, poza kiloma mniejszymi, ma jedna ogromna slabosc. hazard. wiekszosc wieczorow spedza w kasynach puerto iguazu…

estella eulalia wie, ze z kacykiem nie wygra. swiadomie poszla na kompromis, by moc tu zostac, by moc robic to, co dla niej najwazniejsze – walczyc o indian, ktorzy z roku na rok gubia sie coraz bardziej. to dlatego przymyka oczy, przemilcza, udaje, ze wszystko jest w porzadku. jej twarz tezeje, smutnieje, mysli odbiegaja w przeszlosc.
paradoks.
kiedy tu przyjechalam uczylam hiszpanskiego, matematyki, historii…, takich „cywilizowanych” przedmiotow. dzis, sama nie moge w to uwierzyc, jestem niemal jedyna osoba, ktora moze im opowiedziec o ich wlasnej kulturze, religii, tradycjach. na lekcjach ucze jak funkcjonowaly wspolnoty, jak wygladaly wioski, kim byl szaman, jakie sa swieta, ceremonie i obrzedy guarani. to straszne, ze jesli nie dowiedza sie tego w szkole, to prawdopodobnie nie dowiedza sie nigdzie.
tozsamosc.
kiedys, tradycja przekazywana byla przez rodzine. podczas codziennych, wspolnych posilkow starsi mowili, uczyli, dzielili sie doswiadczeniem, wieczorami cala rodzina siadywala wokol ognia i sluchala legend, historii i wspomnien. dzis pozostal juz tylko ten ogien po srodku domu, reszta zostala wyparta przez telewizje. zobaczcie, czasem dom, to tylko kawal folii umocowanej na kilku tyczkach, nie ma biezacej wody, nie ma toalety, spia na golej ziemi a telewizor stoi. i moze nie byloby nic zlego w tym, ze stoi, gdyby nie to, ze mlodzi bezkrytycznie wierza we wszystko, co w nim zobacza. a potem nie chca juz sluchac starszych, przestaja ich szanowac, bo chca zycia z filmow, z reklam i seriali. a starsi… oni tez juz coraz czesciej przestaja mowic, rozleniwiaja sie, milkna zapatrzeni w mydlana banke zapomnienia. i nawet nie zauwazaja jak rok po roku, coraz bardziej traca to, co maja najcenniejszego – samych siebie.
bezsilnosc.
cala sila indian tkwi w korzeniach, we wspolnocie i jednosci. pozbawieni tych fundamentow sa slabi, staja sie nieodporni na cywilizacje, tak jak kiedys na choroby. i nie ma dobrego rozwiazania, czasu sie nie cofnie, nie wyprowadzi sie ich do dzunglii, nie odetnie od wspolczesnego swiata. a ten systematycznie ich niszczy, omamia zadza posiadania, upija, rozleniwia, odbiera zdolnosc zycia w zgodzie z natura, frustruje. przez cale wieki ich zycie oparte bylo na wspoldzialaniu, rownym dzieleniu dobr, silnych wiezach z dzungla, rzekami i wierzeniami. dzis, bezwiednie skazuja sie na zycie w pojedynke. a oni w glebi duszy sa bezbronni i naiwni jak dzieci, nie potrafia sobie z tym radzic.
szok.
te zmiany wzynaja sie w ich najglebsza swiadomosc, zmieniaja myslenie, niszcza najwieksze swietosci. jak daleko to zabrnelo? najdalej. nie wiem czy potraficie to zrozumiec, czy wiecie co dla guarani oznacza targniecie sie na wlasne zycie. tu samobojstwa nawet nie sa tabu, nigdy nie musialy byc zabronione. one w sposobie pojmowania swiata, w mentalnosci po prostu nie istnialy.
dwa lata temu, w 2007 roku, znalezlismy nad rzeka kilku chlopakow. stali po pas zanurzeni w wodzie i ostrymi kamieniami probowali roztrzaskac sobie glowy.
nadzieja?
na szkolne podworko wybiega gromadka dzieciakow. dwoch chlopcow, zwabionych nasza obecnoscia podchodzi niesmialo i zaczyna sie przygladac. jak sie nazywasz? pytam jednego. carlos, odpowiada, peszy sie po dzieciecemu, ale po chwili, jakby tkniety odrobina smialosci dodaje: kuarahy. i nagle, juz wyprostowany tlumaczy: to w guarani znaczy slonce. twarz estelli eulalia muska delikatny usmiech…

Grudzień 3, 2009

disfrutar

Filed under: ARGENTYNA — maugoska @ 11:58 pm

disfrutar.jpg

niech wszystkie drzewa, spiewa, nieba, robaczki i ptaszki blogoslawia dzien, w ktorym uslyszelismy to slowo.
disfrutar…
po polsku, slownik-kaleka, upiera sie ze: korzystac i jako drugie znaczenie, podaje uzywac, zazywac… anglicy, o zgrozo, ciut blizej w znaczeniach sie odnalezli, rzucaja czasem do siebie optymistyczne: enjoy! lub, ciesz sie, znajdz zadowolenie…
francuski, niemiecki, szwedzki…pojecia bladego nie mamy, lecz coz nas i one obchodza! my z polski, to chcemy po polsku. niniejszym postulujemy o nowe slowo w slowniku, bo chcemy disfrutarowac, ba! od jakiegos juz czasu niezlomnie disfrutarujemy. bo zamiast sie meczyc, isc pieszo, mozna disfrutarowac, i spacer i chodzenie i nawet krzaki przydrozne i nagle sie wszystko zmienia, ladnieje, rosnie, usmiecha, bo nagle codzienna codzennosc staje sie wyjatkowa, staje sie mila, przyjazna, bo… disfrutarowana i lzej na sercu sie robi i jakos swiat lagodnieje i mysli nagle mniej czarne i pan policjant mniej srogi i wszystko to dzieki temu, ze po dekadach trzech z hakiem, dane nam bylo uslyszec: porque no disfrutar, chicos?
no wlasnie. porque no?

Listopad 28, 2009

to co? wieczorkiem w kuchni?

Filed under: TESKNOTY — maugoska @ 3:03 am

P1020545.jpg
http://picasaweb.google.pl/maugoska/IzaJarson#

czasem spotyka sie ludzi. czasem cudownych. czasem wyjatkowych. czasem niesamowitych. a czasem… ize z jarkiem. kochani… TESKNIMY. kiedy wracacie? czekamy:))))))))

ps. a gdyby ktos chcial zobaczyc tych, co drapia sie tam, gdzie ich nie swedzi, to tu. bardzo bardzo : http://www.odkryte.pl

Listopad 23, 2009

ilex paraguayensis

Filed under: ARGENTYNA,URUGWAJ — maugoska @ 11:17 pm

yerba mate.jpg
http://picasaweb.google.pl/maugoska/Mate02#

no tak, ten temat nie mogl sie nie pojawic. to ziolo zdobylo nasze serca jeszcze na ziemii ognistej, w kabinie wielkiego tira jadacego z ushuaia do rio grande. to byl poczatek kwietnia. od tamtej pory cierpliwie wkradalo sie w nasza codziennosc. dzis jest jej stalym elementem.
argentyna.
mate nie da sie wypic w biegu. to swietokradztwo, obraza. spieszyc sie, to jak nie szanowac przyjaciela, bo zgodnie z tradycja, mate nie pije sie samemu, ale w gronie najblizszych. i powoli. na tym polega urok picia. argentynczycy sa ortodoksami. kto zasmakowal w pipore, bedzie gardzil rosamonte, kto docenil tarqui, nie spojrzy na nobleze… jedyny punkt wspolny gustow, to fakt, ze ma byc con palo. palo to patyczki, con palo zas oznacza, ze do zmielonych lisci dodaje sie tez galazki. efekt? wspolpracujaca bombilla, wystarczy raz ja wkrecic w swiezo parzona yerbe i bez ciaglego martwienia, zatkana-nie zatkana, zajac sie odpoczynkiem. nie to co w urugwaju…
urugwaj.
tu mate sie pije non stop. urugwajczycy sie szczyca, na kazdym kroku podkresla, ze to w ich kraju wlasnie spozycie jest najwieksze. w parkach, na ulicach, w urzedach, sklepach, wszedzie, kazdy kto tylko przechodzi taszczy ze soba termos. tu mate jest dniem powszednim i w zwiazku z tym – komercja. jest mate odchudzajace, nasenne, na pobudzenie, jest slabe, jest mocniejsze…tak jakby to nie rytual, nie smak i nie aromat, a tylko efekt sie liczyl.
wolimy argentyne.

a przy okazji…
zebrana z wielu zrodel instrukcja obslugi. nie jest ani jedyna, ani najlepsza, ale ma ogromna zalete – nam zadzialala:)
bombilla (to ta rurka z sitkiem) – dobrze, zeby sie otwierala/rozkrecala, bo dzieki temu mozna ja latwo umyc.
matero/mate (po naszemu matejka) – moze byc drewniana, moze byc z tykwy. i jedna i druga, przed uzyciem nalezy przygotowac. proces nazywa sie curado i ma na celu oczyszczenie i uszczelnienie naczynia.
matejka drewniana – wnetrze nalezy nasmarowac maslem i zostawic na dobe. w miedzyczasie mozna zajrzec i w miejscach w ktorych maslo zostalo pazernie wessane polozyc kolejna warstwe. warto, zeby maslo bylo naturalne, bo przez jakis czas moze dawac troche aromatu.
matejka z tykwy – srodek wypelnic yerba, zalac jerbe wrzatkiem (to jedyny raz, kiedy uzywa sie wrzatku), a kiedy woda wsiaknie w ziolo, zalac mocnym alkoholem (bez skapstwa ale tez bez marnotrawstwa:), nam wyszlo, ze najmilszy jest rum. zostawic na 24 godziny. po tym czasie oproznic i lyzka oczyscic wnetrze z pozostalosci tykwowych. srodek zrobi sie gladki dopiero po kilku, kilkunastu uzyciach, jednak na poczatku chodzi o to,  zeby usunac luszczace sie warstwy tykwy.
gotowe.
parzenie:
po argentynsku, czyli kiedy mamy mate con palo, z patyczkami – wsypac yerbe (miedzy 2/3 a 3/4 objetosci matejki), wkrecic bombille, tak zeby dotknela dna i zalac yerbe woda o temperaturze 70-80 stopni (70 stopni to moment kiedy woda zaczyna „gadac” i puszczac male babelki). pierwsze zalanie, zgodnie z tradycja, nalezy do swietego tomasza. kiedy woda zostanie wchlonieta, zalac drugi raz, chwile odczekac i… tu kwestia gustu, drugie zalanie daje bardzo intensywny smak, niektorzy napar wypijaja a niektorzy wypluwaja. trzecie zalanie, zdecydowanie nadaje sie do picia i jezeli nie pijemy sami, zawsze nalezy do goscia. mate mozna zalewac wiele razy. tu znow kwestia gustu, kazdy w innym momencie stwierdza, ze mate sie wyplukalo i stracilo smak.
troche savoir vivre…
kiedy czestujemy:
- najpierw pija goscie, podajemy kolejne „zalania” zgodnie z kierunkiem wskazowek zegara az do momentu, kiedy przyjdzie nasza kolej. kiedy to sie stanie, pijemy, zwracajac uwage na to, czy napar jest wystarczajaco mocny, by podolac kolejnemu okrazeniu (poczestowanie wyplukana mate jest uwazane za brak szacunku, oznacza, ze gosc jest niemile widziany)
- matejke nalezy podawac tak, by bombilla byla zwrocona w strone goscia (powod jak wyzej)
- serwujemy mate do momentu, az wszyscy podziekuja
- wyplukanego, zuzytego ziola nie wyrzuca sie do smieci, ale na ziemie, oddaje sie je pachamamie – matce naturze.
kiedy nas czestuja:
- odmawiac trzeba delikatnie, bo zaproszenie do mate jest wyrazem przyjazni
- jesli juz sie zdecydowalismy pic, wypijamy cala porcje, niezaleznie od tego jak bardzo nas skreca gorycz naparu
- jesli chcemy pic dalej, oddajemy matejke bez slowa dziekuje. podziekowanie jest znakiem, ze mamy dosc i w kolejnym okrazeniu zostaniemy pominieci.

i tak to.

Listopad 18, 2009

aua.

Filed under: ARGENTYNA — maugoska @ 9:16 pm

Bivouac Sud Bolivie.JPG
http://www.goffinets.be/kapsud/index.php/category/Transandine-2009

hmmm…
piec minut temu, otworzyly sie drzwi naszego pokoju i poznalismy leona. nie umiem tego opisac, wiec cytuje, z jego strony…

marzenie przemierzenia andow od rownika do zwrotnika koziorozca, zostalo zrealizowane 5 listopada 2009 roku okolo godziny 18.00

bilans:
-6.250 km zostalo pokonane w 100 dni, w czasie 587 godzin pedalowania
-sredni dzienny dystans: 62,5 km
- srednia predkosc: 10, 6 km/h, przy przeprawach przez 13 wzniesien powyzej 4000 metrow wysokosci, w tym przez d’apacheta, najwyzsze z nich, 4.746 metrow n.p.m.!
- liczba crevaisons (czy ktos wie co to znaczy?): 4, tylko!
- zadnych problemow technicznych, ani ze zdrowiem

leon, w tym roku skonczyl 61 lat. jechal sam. spal przy drogach, bez namiotu, owiniety tylko foliowa plachta.

zostalismy zmiazdzeni.

Listopad 17, 2009

panta rhei

Filed under: ARGENTYNA — maugoska @ 1:31 am

P1020482.jpg
http://picasaweb.google.pl/maugoska/Iguazu#

wodospad iguazu jest ogromny. abstrakcyjnie ogromny. ciezko go objac wzrokiem, ciezko wyobraznia. jest jednym z tych rzadkich zjawisk, ktore raz zobaczone, na zawsze zmieniaja znane, utarte definicje. wszystkie widziane „ogromy” kurcza sie i znikaja, kazdy slyszany „huk” staje sie ledwie szmerem, kazda spotkana „sila” potyka sie o swa slabosc, a nasze mysli i slowa zyskuja nowy wymiar.
albo… ciut powsciagiwiej:
mowia, ze gdy krolowa brytyjska ujrzala ten wodospad, westchnela tylko po cichu: oj, biedna, biedna niagara…

Listopad 9, 2009

a tak jest…

Filed under: ARGENTYNA — maugoska @ 11:59 pm

P1020422.jpg
http://picasaweb.google.pl/maugoska/RokWAmeryce#

dokladnie dzis.
no…. no moze od wczoraj:)

Listopad 8, 2009

a tak bylo…

Filed under: WARSZAWA — maugoska @ 7:10 pm

gosia i tomek going for it.jpg

dokladnie rok temu…
i tylko tomkowe spodnie zostaly w santiago, a maugoskowe w buenos aires.
365 sciskow usciskow.

inez, po ziemie uklony za zdjecie:)
iii… konrad, uklony po ziemie za pomoc przy tamtaramie:)
iiiiii…wszystkim, uklony po ziemie za wpisy, co nam serca grzeja:)

Listopad 5, 2009

vamos a la playa

Filed under: URUGWAJ — maugoska @ 2:58 am

zeszyty strony-67.jpg
http://picasaweb.google.pl/maugoska/VamosALaPlaya#

km. 0*
o bogowie! tomek skreca noge.
km. 6
punta del este ciagnie sie nieznosnie kikutami wiezowcow.
km. 7
ocean wyrzucil na brzeg kilka poplatanych linami bambusowych tyczek. zyskujemy dwoch towarzyszy. tomek przedstawia: pako. raban.
km. 13
wiatr z polnocy. piach slizga sie, wije, pelza. uderza, kluje szpilkami ziarenek, wciska sie wszedzie. cala plaza tanczy wstegami podmuchow prosto w twarz.
km. 14
jeszcze nigdy, nigdzie tego nie czulismy. zmiana pogody nadciaga zdumiewajaco namacalnie. powietrze, jak woda, poprzeplatane jest cieplymi i zimnymi pradami. klejace powiewy goraca wypierane sa coraz czesciej przenikliwym chlodem. dziesiec metrow tego, pietnascie tego, piec tego, dwadziescia tego.
km.18
pusty bar na plazy. wieje, jutro ma padac. trudno, wlamujemy sie. jesli mamy jakos przetrwac, musimy miec ochrone.
km. 18
czwarta rano nadeszla ryczacym tapnieciem. na zewnatrz, zderzenie mroznego szalenstwa patagonii i nierozumnych skwarow amazonskiej dzunglii. nieprzerwana jasnosc blyskow, nieustajacy huk grzmotow. mimo otaczajacych scian, namiot caly fruwa, mimo dachu, caly jest zalewany wodospadami nawalnicy. minuty wloka sie nieznosnie, ogluszajacy niepokoj, niepewnosc czy ten barak zdola przetrwac. mimo ze slonce wschodzi o piatej, dzien nastaje dopiero przed dziesiata. zasypiamy. przebudzenie. cisza. droga wolna.
km. 26
idziemy biegnaca tuz przy plazy droga. rozmowa, ze do samego punta del diablo nie lapiemy stopa, jednak jesli ktos sam sie zatrzyma, wsiadamy sprawdzic, co los przynosi.
km. 26
minute pozniej los przynosi silvie i santiago w bialym, troche rozklekotanym ogorku. dziesiec minut pozniej – uzupelniony zapas slodkiej wody. godzine pozniej, na pozegnanie – regalo – prezent – sprasowana kostke przydomowej samosiejki. ot tak, taka mial santiago fantazje.
km. 33
do wykapania, kompletnego, z myciem wlosow i zebow tak naprawde potrzeba niewiele ponad litr wody. az ciezko uwierzyc.
km. 35
jose ignacio jest wioska. ma mniej niz tysiac mieszkancow. jednak nie ma tu zwyklych domow. wszystkie budynki poznaczone sa szyldami: architekt, dekorator wnetrz, agencja nieruchomosci, projektowanie kuchni, meble nowoczesne, antyczne… w calej warszawie nie ma takiego wyboru jak na tych kilku ulicach. poprzednie miasteczka wygladaly tak samo. a wszystko to po to, by budowac kolejne i kolejne luksusowe wille. za dziesiec lat, cale to wybrzeze bedzie mozna przejsc betonowym deptakiem.
km. 39
urugwaj ma trzy i pol miliona mieszkancow. na kazdego mieszkanca przypadaja cztery krowy. na kazdym krowim placku wyrasta od kilku do kilkunastu grzybkow. fernando powiedzial, zeby uwazac czym ludzie po drodze czestuja, bo czasem po kanapce z dzemem, zamiast do nastepnego miejsca mozna dojsc na druga strone rozumienia.
km. 40
mijamy ostania wille. ostatni bekitny basen i ustawiona przy nim strozowke. dobrobyt. szukamy definicji. dobry byt. bycie, zycie. czyli co? mieszkanie na kredyt, samochod, telewizor, praca, supermarket, kino, restauracja, wczasy, kolejny gadzet, pozwyzka. ekomomistom to wystarcza, ekonomisci sie ciesza. a my?
km. 46
sa jeszcze na swiecie miejsca, gdzie w powietrzu unosza sie tylko ptaki. zadnych slow, zadnych mysli. ludzie docieraja w nie rzadko. tak rzadko, ze powietrze pozostaje klarowne. czyste i wolne od snow.
km. 49
mala chatka. prosimy o wode. w chatce argentynka angielskiego i brazylijczyk polskiego pochodzenia. pieciominutowa dyskusja: dlaczego w obcym kraju, na emigracji, zyje sie latwiej, ma sie wiecej energii, robi sie rzeczy, ktorych u siebie by sie nie zrobilo, mniej sie narzeka. i wniosek. ze na swoj kraj jest sie skazanym. obcy – samemu sie wybiera. a to niezrecznie narzekac na wlasne wybory.
km. 52
ostatnia wbita w ziemie tablica z numerem telefonu i napisem vende, ziemia na sprzedaz.
km. 57
miejsca idealne, to takie, w ktorych idac, mozna w kazdej chwili, bez zastanawiania i schodzenia z drogi kucnac i zrobic siku.
km. 59
na lace trzeba bardzo uwazac, zeby nie wejsc w ptasie gniazda pelne pstrokatych jajek.
km. 62
pastwiska sa ogrodzone. kiedy idziemy, wszystkie, jeszcze raz, wszystkie krowy podbiegaja do ogrodzenia i nie spuszczajac z nas oczu ida rownolegle. przy czwartym pastwisku nie wytrzymujemy. stajemy. one staja. cofamy sie. krowy sie cofaja. biegniemy. biegna. podchodzimy do ogrodzenia. poploch, uciekaja kilka metrow. za moment ciekawosc, wracaja. jak w cyrku.
km. 67
noc przy drodze. rano, jeszcze przed sniadaniem dyskusja o posagach, o miejscach na swiecie, gdzie kobiete trzeba kupic i o miejscach gdzie trzeba zaplacic – dac posag, by ja wzieli. potem o poligamii. ze w zalozeniach moze i nie taka zla, ze jest wrecz uprzywilejowaniem kobiet, bo eliminuje zdrade i nie pozwala na bezkarne pozostawienie kobiety samej z dzieckiem.
km. 67
zwierzeta tu i w miejscach, gdzie sa ludzie. pozornie nie ma roznicy. i tu i tam podchodza blisko, nie czuja strachu. jednak tu zatrzymuja sie z ciekawosci. przysiadaja i nas ogladaja. a kiedy sie znudza, odchodza do swoich spraw. w torres del paine, w tatrach zwierzeta traktuja czlowieka jak karmidlo. czlowiek oznacza jedzenie. to widac nawet w zachowaniu mrowek. tu, kompletnie zignorowaly zostawiony przy ich sciezce brudny garnek. przechodzily obok, dzwigajac kawalki listkow. na polu namiotowym, na ktorym teraz to pisze, nie mozemy sobie dac z nimi rady. ten sam garnek, po minucie pokrywa sie czarna warstwa zarlocznego rozbiegania.
km. 67
na czterech najblizszych drzewach udaje nam sie doliczyc siedemnastu gatunkow ptakow.
km. 75
od dwoch tygodni, od kazdego spotkanego urugwajczyka slyszymy, ze nie damy rady przejsc wybrzezem, bo jezioro rocha jest polaczone z oceanem. jest gleboko i niebezpiecznie. hector, straznik rezerwatu kreci glowa z niedowierzaniem: ale macie szczescie, ostatnie dwa tygodnie byly bardzo suche. trzy dni temu wylonil sie waski piaskowy przesmyk. pojutrze juz go pewnie nie bedzie, bo zapowiadaja deszcze. przechodzimy sucha stopa.
km. 80
zastanowienie, jaki jest najmniejszy dystans po ktorym jest sens odpoczac. kilometr… byc moze. ale co metr juz nie, bo czlowiek sie umeczy siadaniem i wstawaniem.
km. 82
zlosc. ogrodzenia zdaja sie ciagnac az po pacyfik. nagle wrazenie, ze cala ziemia, jak sznytami, pocieta jest bliznami ogrodzen. a wewnatrz nich ludzie podlewaja i kosza zludzenie bycia pepkiem swiata. niedlugo rzeki, drzewa, pola, wyspy bedziemy ogladac tylko na filmach. i nie dlatego, ze znikna, ale dlatego, ze zostana otoczone murem z wyrytym na nim „propriedad privada”.
km. 90
la paloma. z punta del este piec dni drogi albo… godzina jazdy samochodem. i mysl, ze jak wrocimy do polski, bedziemy chodzic na spacery… na mazury.
km. 90
cztery czterolistne koniczyny.
km. 100
pani w sklepie, do wszystkich przychodzacych zwraca sie po imieniu. jestesmy wydarzeniem dnia. z mochilleros – backpackersow, plecakowcow, awansujemy na camineros – wedrowcow.
km. 105
przyplywy sa smutne. przyplywy wyrzucaja na plaze cale gory smieci.
km. 106
pulapka. malenka, niepozorna rzeczka snuje sie miedzy drzewami. zatrzymuje nas na ponad godzine. wody w niej tyle co nic. ale kiedy postawi sie stope, ta nagle wpada po kolano, po udo. zmieszany z mulem piach zasysa wszystko, co do rzeczki wpadnie. to dlatego jest tak czysta. kombinujac, wspierajac sie na kijach, z ledwoscia przechodzimy.
km. 107
znajdujemy pilke. idziemy za nia. nie mamy pojecia jak to sie dzieje, ale kopnieta pilka zawsze znajduje najlepsza droge, wtacza sie na najtwardszy piach.
km. 113
noc zimna. bardzo zimna. juz wieczorem, kiedy zaszlo slonce bylo ciezko. jednak poranek byl bezlitosny.
km. 113
ani slodka, ani slona woda nie myje garnkow tak dobrze jak piach. najpierw wilgotny, gruby, potem coraz drobniejszy i suchszy. lsnia jak juz dawno nie. wschodzace nad oceanem slonce gladko slizga sie po denkach.
km. 114
pierwszy spotkany na plazy czlowiek. gauczo na koniu. gdyby zobaczyl ufo, bylby chyba mniej zaskoczony. czlowiek w tej okolicy to wydarzenie, ale czlowiek idacy, pieszo, nie, nie na koniu, samochodem tez nie, nie nie mamy quada, idziemy p i e c h o t a, wie pan, nogami, pieta palec, pieta palec, dajemy slowo, dziala…
km. 114
spytany o dystans do cabo polonio, najblizszej ludzkiej osady, gauczo mysli, mysli i odpowiada: ponad dwadziescia, jakies dwadziescia piec kilometrow. o-o.

/no wiec tak: idziemy na wariata, wbrew wszystkim po drodze stwierdzeniom: niemozliwe. owe stwierdzenia zazwyczaj popierane sa argumentami: demon numer jeden – laguna rocha, nie do przejscia, za laguna krocza dziarsko wiosenne, bardzo silne wiatry, wiosenna kaprysna, zmienna pogoda, upaly na spolke z zimnem, brak sklepu!!!, tak, tak i… drogi!!!, tak, tak, tuz za tym absurdem, juz truchtem, przyplywy, ujscia rzek, brak miejsc do spania, brak ludzi, dzikie zwierzeta… eh, dlugo by wyliczac. dla nas – co argument, to zacheta. ale tak czy siak, idziemy na wariata, bo kto wie, moze maja racje. poza tym, wyszlismy z zalozenia, ze idac plaza trudno sie zgubic, wiec idziemy bez porzadnej mapy. a to oznacza, raz: brak informacji, gdzie mozemy znalezc slodka wode oraz dwa: brak informacji, jakie naprawde dystanse mamy do przejscia. a poniewaz wszystko, jedzenie, wode, niesiemy na wlasnych plecach, informacje te sa dosc istotne. a teraz powrot do gauczo/

km. 114(??????)
o-o. z naszych wyliczen (orbita saturna dzielona przez polowe trajektorii marsa, mnozona razy widzimisie grafika nanoszacego wzorki na mape wydawana przez urugwajskie ministerstwo turystyki) wynikalo, ze zostalo kilometrow pietnascie. dzien drogi. mniej wiecej na tyle jestesmy przygotowani. jesli ten pan ma racje, to znaczy, ze przez ostatnie dwa dni zamiast trzydziestu kilometrow przeszlismy dwadziescia. jesli idziemy dziesiec dziennie (nie wierze, nie wierze, nie wierze), to w cabo bedziemy za trzy dni. jedzenia i wody mamy na dzien. acha.
km. 118(?????)
przynosze pecha pingwinom. wszystkie trzy, jakie w zyciu widzialam, byly martwe.
km. 120(????)
znajduje bambusowe tyczki. zyskujemy dwie towarzyszki. przedstawiam: karolina. herera.
km. 123(???)
tempo przemieszczania nie zalezy od dystansu, ale od tego, jak pieknie jest dookola.
km. 127(??)
wielorybow wciaz nie. tylko foki slodko baraszkuja w falach.
km. 133(?)
piekny jest ten swiat.
km. 137(!)
cabo polonio!
km. 137
mlody hipis, prowadzacy jeden z dwoch w cabo sklepikow o malo nie rzuca nam sie z radosci na szyje, kiedy mowimy ze w polsce juz nie ma wojny. a we wloszech? tez nie? niemozliiiiiiiwe. azja? do azji nie jedzcie, oni tam wszyscy tadadadada!
aaaa… no to jeszcze dwa jablka poprosze.
km. 138
znaleziona na plazy pilke zostawiamy dzieciakom.
km. 138
w cabo polonio nie ma pradu ani biezacej wody. nie ma i nie bedzie, bo jest zakaz doprowadzenia, bo cabo to rezerwat.
km. 138
aaaa!!!!!! aaaa!!!!!!!!! aaaaaa!!!!!!!!!!!!! aaaaa!!!! w i e l o r y b y!!!!! przy samym brzegu!
km. j.w.
aaa!!! pierwsza kapiel w atlantyku zaliczona!
km. 140
najlepiej idzie sie po drobnym piachu, po samej granicy najdalszej fali. najlepiej idzie sie w czasie odplywu. najlepiej idzie sie, kiedy brzeg nie jest stromy. najlepiej idzie sie z wiatrem w plecy. dzis zadne z czterech „najlepiej” nie wystepuje.
km. 141
psuje nam sie aparat :(
km. 142
murphy chichocze. daleki horyzont zasnuwaja stalowe chmury. swiatlo staje sie niesamowite, nie do opisania, przepiekne. promienie sloneczne przebijaja sie przez nabrzmiale kumulusy, biel cabo polonio wycina sie z szarosci nieba. nic, tylko stac i robic zdjecia.
km. 145
murphy rechocze. punta castillo grande to oble, niewiarygodne, bajkowe glazy rzucone na schodzace prosto do oceanu pustynne wydmy. to na dole. na gorze, natura szaleje. najwyzsze chmury suna na polnoc, nizsze stoja w miejscu, najnizsze pedza na poludnie. niebo zamienia sie w nieustannie rozblyskujacy, nieokreslony kociol. z ktorej strony wieje? nie sposob powiedziec, w ktora strone zmierza? nie wiadomo. a my… od godziny idziemy w stumetrowej dziurze blekitu. my mamy slonce na twarzach. na nas nie spada ani jedna kropla deszczu. przeciez nikt nam w to nie uwierzy…
km. 146
murphy peka ze smiechu. niebo podzielone na pol. na zachodzie, nieskazitelny zachod slonca. na wschodzie szalencza burza. my po srodku. piecdziesiat metrow w prawo i stoimy w deszczu. piecdziesiat metrow w lewo, ani kropli. siadamy i siedzimy bez slowa. nie mamy sily tego widziec. mozgi i dusze nie nadazaja przerabiac takich ilosci piekna. i wtedy, nad nami, nie, nie na horyzoncie, tuz tuz nad nami, wyrysowuja sie na niebie dwie ogromne tecze. ratunku!
km. 147
milton ma 65 lat. wyglada na dwadziescia mniej. weszlismy na chwile, zostalismy pol dnia. milton jest hipisem. ale nie takim jak hipisi w cabo polonio, on ma hipisowska dusze i hipisowski zyciorys. jego podzielone na 26 letnie cykle zycie przegnalo go po barwnych bezdrozach san francisco lat szescdziesiatych. wiecie, naprawde, nie ma rzeczy niemozliwych. pamietam jak tych kilka par wymyslilo sobie ruch. my na nich patrzylismy i machalismy rekami. a oni uparcie, ze oni sa hipisi… co bylo dalej, sami wiecie. po dwudziestu szesciu latach w stanach, milton wrocil do urugwaju. tu przemyslawszy wszystko, co po drodze zobaczyl, napisal ksiazke „spiritual navigation in the invisible world” (duchowa nawigacja po niewidzialnym swiecie). w zyciu chodzi o to, by okielznac przeciwnosci. oj, dlugo by opowiadac…
na droge dostalismy cztery razowe ciapaty.
km. 148
znow mamy psy. to juz chyba czwarte w tej drodze.
km.150
po raz kolejny, przyplyw przyniosl tony smieci. ziemia powinna sie zatrzymac i tubalnym glosem ryknac: nie rusze sie, dopoki tego wszystkiego nie posprzatacie.
km. 153
nie wierzymy, aparat znow dziala.
km. 154
nawet stopery w uszach nie pomogly. noc nieprzespana, bo…zaby, swierszcze, ptaki, kumkaniopluski, zawodzenia, swisty, stukoty, szelesty, wiercenia… lekcja numer xyz: never-ever-przenigdy nie funduj sobie spania przy mokradlach.
km. 155
chmurzy sie, wieje, pada. spytani o pogode na najblizsze dni, ludzie odpowiadaja: mas o menos como hoy (mniej wiecej jak dzis). eh…
km. 158
mas o menos jak dzis oznacza sliczne, blekitne niebo. obok nas strumien. te strumienie sa dziwne. to jest tak: wije sie miedzy wydmami koryto rzeki. na pierwszy rzut oka jest cale wyschniete, ale kiedy pojdzie sie kawalek, okazuje sie, ze mozna znalezc wode. nie wiadomo jak, nie wiadomo skad wyplywa, ciurka sobie kilka, kilkanascie metrow i znika w piasku. dzis, te kilka metrow zatrzymuje nas na kilka godzin. pranie, mycie, picie do woli. to picie do woli jest chyba najprzyjemniejsze.
km. 160
znow dziko. znow jedyne ludzkie slady naleza do nas.
km. 163
musimy cos zmienic w naszym nudnym, monotonnym zyciu. zamieniamy sie. dzis tomek idzie pierwszy.
km. 166
kiedy wchodzimy na wydmy, ptaki zrywaja sie i zaczynaja latac nad nami jak nad drapieznikami. pikuja z dzikim wrzaskiem tuz przy naszych glowach, wzlatuja na moment, cichna i znow atakuja. wycofujemy sie. chyba nie dociera do nich, ze mamy gdzies ich jajka.
km. 170
mas o menos pogoda jak dzis to skwar nie do wytrzymania i wiatr prosto w twarz. kazdy krok zaczyna byc kraszony bezradna wsciekloscia. swiat sie rozciaga. okreslenie kilometr to bzdura. powinno byc: kilometr w sloncu, kilometr asfaltem, kilometr sniegiem, kilometr rowerem, kilometr samochodem… dopiero wtedy pojawia sie odrobina precyzji.
km. 177
dyskusja o religii… nagle: jezus? on byl mlodszy ode mnie, on mnie gowniarz uczyc nie bedzie. i zaraz potem, wiesz, to juz jestes w tym wieku, ze powinnas bez problemu po wodzie chodzic.
km. 179
o-o. zimne prady. dookola blekit nieba, wiatr prosto w nos… skads to znamy…
km. 183
w glebi, za wydmami jakies zabudowania. poniewaz nic nie wskazuje na zalamanie pogody, postanawiamy nie odchodzic od nich zbyt daleko. najblizsze dwanascie godzin pokaze, czy paranoja, czy intuicja kaze nam tu zostac i bardzo uwaznie wybrac miejsce noclegu.
km. 184
czerwony zachod slonca. cieplo, niemal bezwietrznie i jak okiem siegnac, niebo nie skalane nawet jedna chmurna smuga.
km. 184
bedzie niecenzuralnie… jebut! mimo ze namiot z kazdej strony otoczony jest gestwina krzakow, jego scianki laduja nam na twarzach. pierwsza w nocy, kompletna ciemnosc. tomek z trudem wyczolguje sie na zewnatrz. tam, wiatr, jak psychopata w napadzie szalu porywa wszystko, co stanie mu na drodze. na smolistym niebie, w oddali migocza luny blyskawic. z powrotem do namiotu. lezymy, czekamy, moze przejdzie bokiem, moze minie. pierwsza trzydziesci. czas wlecze sie nieludzko. nie mija. po drugiej, chwila ciszy, chwila nadziei i – jebut! tym razem z taka sila, ze podmuchy sprzed godziny wydaja sie dziecinna igraszka. zawieszenie. jesli zostaniemy, nie wiadomo co sie stanie, to juz nie chodzi o podarty namiot, chodzi o nas, dookola wszystko lata. jesli zaczniemy sie zwijac, nie wiadomo, czy w tym chaosie damy rade sie spakowac, znalezc droge, dojsc do ludzi, dobudzic ich, przekonac, zeby wpuscili… zawieszenie i niepewnosc. w koncu decyzja, idziemy, bo z dwojga zlego, niepewnosc czynna jest znosniejsza niz niepewnosc bierna.
km. 184
w skrajnych warunkach w czlowieka cos wstepuje, jest jak maszyna logicznie wykonujaca kolejne potrzebne ruchy. zadnych zbednych, zadnego marnotrawienia. po kwadransie stoimy z plecakami na plecach i bambusowymi tyczkami w dloniach.
km. 184
witamy w piekle. swiatlo czolowki ledwie dosiega najblizszych dwoch, trzech metrow, wiatr, coraz bardziej bezwzgledny, sprawia, ze kazdy krok jest walka, co chwile trzeba przystawac, wbijac tyczki gleboko w piach, kulic sie, zapierac i przeczekiwac najsilniejsze podmuchy. idziemy na pamiec, w ciemnosci ciezko wyczuc odleglosc, z wszechobecnego huku nie daje sie wyluskac podpowiadajacych kierunek uderzen oceanu, staramy sie isc prosto i dolem wydm. z gory natychmiast zrzuca, sypie zwirem w oczy, rani kazda odslonieta czesc ciala.
km. 183,5
znajdujemy na piachu wglebienia przypominajace slady samochodu. probujemy. rozwidlaja sie. ene-due-like-fake… w prawo. dalej. uda sie, uda sie, uda sie…
km. 183
udalo sie. jest siedlisko. troche przerazajace, surrealistyczne, bez ludzi, ale jest. zaczynamy krazyc miedzy rozpadajacymi sie szopami, jeczacymi, blaszanymi zabudowaniami, schodami prowadzacymi donikad, polamanym krzeslem z wbita w nie maczeta, pustymi butelkami, rozrzuconymi deskami, przerdzewialym samochodem, poobdzieranymi, wielkimi lodowkami na ryby… w koncu znajdujemy najbardziej osloniety od wiatru, najbardziej zadaszony kawalek zabudowan i modlac sie, zeby nie zaczelo padac idziemy spac.
km. 183
sni mi sie brad pitt. mowi po polsku i jest spod sieradza.
km. 183
trzy tygodnie szargania plecaka po plazy, piachu, trawie i nic. jedna noc w miejscu tknietym reka ludzka i jest caly uswiniony.
km. 185
dlaczego w lesie, na plazy, na lace nie ma kurzu a na polce w domu jest?
km. 187
blisko.
km. 189
coraz blizej
km. 190
iiiiiiha!!!!!! punta del diablo! doszlismy!
km. 191
dwie napotkane na plazy panie pytaja przerazone, gdzie spedzilismy ostatnia noc. wczorajszy, pomaranczowy stopien zagrozenia wiatrem jest przedostani. ostatni, czerwony zarezerwowany jest dla tornad. to oni tu maja tornada?
km. 196
nie umiemy jeszcze wrocic do cywilizacji, na noc idziemy na plaze.
km. 197
o poranku oddajemy atlantykowi naszych towarzyszy: pako, rabana, karoline i herere.
km. 197
miedzy nami i europa jest tylko ocean. od ponad pol roku nie bylismy tak blisko polski. stajemy na brzegu i sie drzemy, ja: maaa-maaa!, tomek: maa-maa! taa-taaa! piooot-rek! koooo-cham-cieeee!!!!

* to jedyny kilometr okreslony dokladnie. cala reszta, na oko. w zaleznosci od zrodla, ta droga ma od 197 (nasze zaznaczenia na mapie) do 215 (pani w informacji) kilometrow.

fasion, fasion, fasion

Filed under: URUGWAJ — maugoska @ 2:37 am

vamos a la playa.jpg
http://picasaweb.google.pl/maugoska/PuntaDelEste#

w polowie drogi miedzy brazylia i argentyna znajduje sie letnia strefa lansu. punta del este jest fenomenem, luksusowa dziwka, bez umiaru zaprzedana bogactwu i proznosci, banka mydlana, pekajaca wraz z koncem sezonu. napisze za przewodnikiem: „ok, plan jest taki: pokryj cialo czekoladowa opalenizna, napompuj na silowni, nasmaruj olejkiem i wyloz na jednej z plaz punta. a kiedy juz masz to za soba, kiedy dzien zniknie za horyzontem, wystroj w najnowsza kolekcje chanel i wytrzes w jednym z modnych, nocnych klubow. yeeeaaah.”
punta del este z kazdym rokiem pochlania kolejne kilometry wybrzeza. wysokie wiezowce, wille, dyskoteki, sklepy, kasyna rozlewaja sie wzdluz plaz luksusem na sprzedaz. tu, moralnosci pilnuje tylko jedno przykazanie: posiadam, wiec jestem. byc, rozumiec, wiedziec, zostalo zamienione na miec, wygladac, pokazac. wszystko, od promenad wzdluz brzegu oceanu, przez restauracje, hotele, butiki znanych projektantow, az po port i najblizsze wyspy, zostalo podporzadkowane wyscigowi posiadania.
niezaleznie od pory roku, punta del este jest karykatura. w sezonie, w grudniu i styczniu – napompowanym do granic nadecia jarmarkiem proznosci. przez pozostale dziesiec miesiecy – szarym, porzuconym jak zabawka trupem. ogromne, luksusowe jachty glucho szczekaja w porcie, kilkunasto, kilkudziesieciopietrowe apartamentowce strasza nocnymi, czarnymi oczodolami okien, ogromne wille, baseny, korty ziona pustka, drzwi sklepow, hoteli, restauracji zdobia tabliczki zamkniete, zamkniete, zamkniete. ulice wygladaja jak pozbawiona zycia makieta. bez dzwiekow, bez ludzi. gdzie indziej mozna by przejsc obok tego obojetnie, jednak tu, caly ten ogromny przepych zmusza do zastanowienia: czy to mozliwe, czy naprawde-naprawde, ludzie buduja te ogromne wille, kupuja apartamenty dla spedzenia w nich dwoch, moze trzech tygodni w roku? w glowie sie to nie miesci. tyle zachodu, tyle wysilku tylko po to, zeby pokazac najnowsze okulary i torebke, tlumowi, w ktorym nikt, i tak niczego poza samym soba nie widzi.

montevideo

Filed under: URUGWAJ — maugoska @ 2:31 am

zeszyty strony-66.jpg
http://picasaweb.google.pl/maugoska/Montevideo#

montevideo ma pecha.
teoretycznie ma wszystko. niecodzienne polozenie – rzezbiony wzgorzami cypel wtula sie w nurt rio de la plata, niesamowita, kolonialna zabudowe – rzesze wloskich, hiszpanskich, francuskich architektow urzeczywistnialy tu swoje najsmielsze idee, ma ciekawa historie, dlugie kilometry otaczajacych miasto plaz, mnostwo parkow, bulwarow i deptakow, przyjazny, dzielony porami roku klimat.
teoretycznie ma potencjal. usadowione na styku kultur i tradycji, jak zadne miasto na tym kontynencie, moze czerpac z temperamentu rio, z europejskosci buenos. teoretycznie mogloby byc perelka, kwintesencja tego, co je otacza, mala argentyna, mini europa i brazylia w jednym. ale nie jest. swoj potencjal zamienilo na kompleks. teoria rozmydlila sie w praktyce, mimo nieustajacych prob, montevideo pozostaje blade. nie tetni, nie ma energii, jest zaspane i… zapite. na trzezwo – nieznosne. nudne i nijakie. mimo, ze dusze by za to oddalo, nie jest wielkim buenos, nie jest goraca brazylia, nie jest europa. zamiast czerpac z wplywow, zbudowac na nich swoja wlasna, niepowtarzalna, kolorowa mozaike kultur, ono przez te wplywy zostaje wyzute, wyssane z tozsamosci, z charakteru. jest jak zmeczona poezja, duch, miasto widmo. sprawia wrazenie, jakby jego tworca nie mial sily, umiejetnosci dokonczyc dziela. tu zaczal – zostawil, tam wymyslil – zapomnial, fascynacja – zniknela, energia – gdzies prysla… jest troche jak pijak-filozof z wielka dusza poety. brukuje swoje pieklo ideami, checiami, slomianym zapalem. nie ma w nim konsekwencji, sily, spojnosci.
nie ma puenty.

Październik 28, 2009

tak. jest pieknie…

Filed under: NIEMANAS — maugoska @ 11:20 pm

…ale nam… nie chce, no po prostu nie chce sie nic pisac.
calujemy.
pozdrawiamy.
sciskamy i kochamy.

Wrzesień 30, 2009

dia del patrimonio

Filed under: URUGWAJ — maugoska @ 11:35 pm

DSC_5001.jpg
http://picasaweb.google.com/maugoska/MontevideoDiaDelPatrimonio#

i znow sie okazuje, ze glupi zawsze ma szczescie. kto by tam sprawdzal daty swiat, fiest, dni waznych i wazniejszych… dzien dziedzictwa narodowego trwa dwa dni. oficjalnie. bo nieoficjalnie rozpoczal sie juz w piatek. dla nas – stwierdzeniem prowadzacego autobus kierowcy: dalej nie jade. coz, nie to nie, pojdziemy sobie sami. urugwajskie zloto – cana 33 grzala serca, chyba musielismy juz wczesniej wyczuc swiateczne podniecenie, wieczor byl cieply, weekend dopiero sie zaczynal, pora na spacer idealna. daleko nie doszlismy. juz za pierwszym rogiem zostalismy bezlitosnie wciagnieci w wir szalenstwa. muzyka, bebny, platformy a na nich… zaraz, zaraz, ostatniego ladyboy’a widzialam chyba w tajlandii… rozgladamy sie, raj! jestesmy w samym srodku teczowej parady, panie panom moglyby nog pozazdroscic, panowie paniom chyba wszystkiego zazdroszcza, ale kto by teraz o tym myslal, lyk rozgrzewajacy i wir i szalenstwo. na plaza de cagancha – stop. nie mamy zreszta wyjscia, bo ludzi cala masa, koncerty, male grupki skupione wokol bebnow, tchnienie brazylii, afryki, tance dzikie, przedstawienia, sprzedawcy, caly plac tonie w toastach i znika w haszyszowym dymie. oj bedzie jutro glowa bolala…
boli. ale jak! ale co tam, tam znow bebnienie za oknem, przeciez sie nie poddamy, zbiorka i raz dwa trzy, na dwa juz znacznie lepiej, ulica znow pelna przygod, a te przygody, no prosze, w piora przystrojone, w cekiny, we wstazeczki i… o-o… i w nic wiecej! obcasy stukaja o chodnik, ciala rytnicznie drgaja, o boze, ameryka! dzien miga, przelatuje, znow nie wiadomo kiedy, wsrod grajkow, precli, przedstawien, juz wieczor? cisza nocna.
niedziela na szczescie deszczowa, wiatr, zimno, swiety spokoj, snujemy sie nozka za nozka, z muzeum na wystawe z wystawy do muzeum, w ten weekend wszystko za darmo, otwarte, dla kazdego, pamietaj, dzien swiety swiecic, no dobrze, do kosciola, idziemy, prosze bardzo, tam czeka na nas zwienczenie, nagroda za trudy i znoje, orkiestra symfoniczna wlewa nam w dusze dzwieki, klasyki, bebny, dudnienia, skrzypeczki, fleciki, alty, basy, talerze i dzwonki… tadammm! wrzawa, brawa, oklaski i… sen.
co za dzien…

dulce de leche

Filed under: URUGWAJ — maugoska @ 11:34 pm

DSC_5049.jpg

nie wiem jak ty, ale ja w krowkach najbardziej lubie ten rzadko spotykany, lejacy sie srodek. wiesz, to jest caly rytual. zaczyna sie juz w sklepie, kiedy ze szczelin pamieci wyluskuje sie wspomnienie pojemnikow wypelnionych tajemnica slodyczy. stoja na wysokosci moich oczu, ja sama ledwo siegam do lady, mama stoi obok, wyciaga kartki z portfela, jest poczatek miesiaca, swieto, caly kilogram, akurat rzucili a ja jestem wdzieczna mamie, ze nie wymienia moich kartek slodyczowych na cukier czy alkohol. rodzice magdy wymieniaja. smutno. kolejka jest dluga, idzie powoli, bo pani sie nie spieszy a jeszcze musi wycinac z kartek male kwadraciki i ukladac je w odpowiednich przegrodkach albo spinac spinaczami. troche sie denerwuje, czy kiedy przyjdzie nasza kolej cukierki jeszcze beda, czesto sie zdarza, ze nagle sie koncza, zazdroszcze tym wszystkim, ktorzy zadowoleni odchodza od kasy z papierowymi torbami wypelnionymi po brzegi. slinka cieknie, staje na palcach, obserwuje metalowa lopatke wprawnie nagarniajaca cukierki do torebek, probuje liczyc ile jeszcze osob przed nami i porownywac z nagarniana iloscia, dzielic, mnozyc i zgadywac czy starczy dla nas czy nie. wtedy sie nie zastanawialam jakie beda, rytual odkrywania odbywa sie pozniej, w domu, a tam, w sklepie, nie jest wazne jakie sa, grunt, zeby byly. dzis juz na dzien dobry kaprysze. staje, koncentruje sie, dokladnie ogladam, badam papierki. to wazne, bardzo wazne, bo papierki duzo zdradzaja. te z ciemnymi plamkami tluszczu z gory odpadaja, te zupelnie suche tez. z nadzieja wyszukuje takich, z ktorych wylala sie odrobina nadzienia. to niemal pewniaki. nieczesto sie zdarzaja, ale poszukac warto. krowka idealna jest z wierzchu twarda, ale nie chrupiaca, troche gumowata, nie za bardzo, bo te zazwyczaj cale sie ciagna. od ciagniecia sa tofi. w krowce idealnej, pod niezbyt gruba skorupka kryje sie nadzienie. delikatne, slodkie, lejace. rozkosz. rarytas. kiedy uporam sie z papierkami, biore cukierki do reki, delikatnie naciskam i szukam tych nieznacznie uginajacych sie pod palcami. zupelnie twarde sa stare, albo za bardzo przecukrzone, nie bedzie z nich pozytku, nie maja wnetrza. sprzedawca patrzy, czeka, w koncu nie wytrzymuje, mowi, ze moge sprobowac. nie zna sie, to nic nie da, bo kazda krowka jest inna. to, ze trafie wlasciwa kompletnie o niczym nie swiadczy, to ze niewlasciwa, oznacza jeszcze mniej. w koncu, po dlugiej debacie, po wszystkich za i przeciw podejmuje decyzje. z niepewna, ogromna nadzieja wybieram trzy czy cztery. z niepewnym, ciezkim sercem zostawiam cala reszte. ide. sprawdzanie w biegu to skandal, sprawdzac trzeba spokojnie. trzeba usiasc i w zaleznosci od nastroju, od stanu ducha przygotowac sie na najlepsze. albo na najgorsze. kiedys wygrywal lakomy optymizm, jak nie ta, to nastepna, zjem wiecej. potem filozoficzny pesymizm wiodl prym, wole byc milo zaskoczona niz sie zawiesc, na pewno sa niedobre. z czasem wymagania rosly, czlowiek zagoniony, chcial miec wszystko od razu. od razu i najlepsze. a kiedy takie nie bylo, to zloscil sie i zzymal, bo psulo caly dzien. dzis, slodko sie przekomarzam z tymi wszystkimi myslami. wyciagam cukierki, patrze. i tak mam je tylko cztery. przypomina mi sie dziadek. zjadal sniadanie, po warszawsku, zaczynajac je i konczac piecdziesiatka wodki, wypalal papierosa a potem krzyczal do babci: cipciu, daj mi landrynke! zebow nie mial, na niemcach stracil, wiec ja cierpliwie ciumkal z zadowoleniem wzdychajac: a bo ja lubie miec slodko w buzi. mi chodzi o cos wiecej. to odwijanie papierka. dzieciece rece juz tu sie packaly, nie bylo rady, jedzenie krowek zawsze oznaczalo, ze wszystko dookola bedzie klejaco ucukrzone. najlepszym sposobem byl piasek, zapiaszczone palce przestaja sie lepic. teraz ostatnie sprawdzenie, skoncentrowane spojrzenie, jak by sie krowke chcialo przeswietlic, jak by sie chcialo na wylot wszechwiedze przeszyc, przez chwile byc jasnowidzem, wrozka odgadujaca przyszlosc. ugryzc czy rozlamac… rozlamuje sie na pol, trzeba to zrobic umiejetnie, zeby nie zgniesc, ale tez jesli cukierek jest dobry, nie rozlac, nie stracic drogocennego nadzienia. kiedy sie uda, sa dwie male uczty. najpierw z jednej, potem z drugiej polowy powoli wysysam lejacy sie srodek. gryzienie jest trudniejsze. delikatnie, kawalek po kawalku trzeba usuwac dluzsza scianke, az do momentu dobrniecia do sedna. kiedy to sie stanie, chwile czekam, rozpuszczam w ustach ostatnie grudki, pozwalam smakowi troche zblednac i wzdychajac szczesciem, rozplywam sie w przyjemnosci. swiat znika i lekko wirujac przywiewa dzieciece marzenie. zeby miec… oj, ile bym chciala? ale jak bym mogla chciec az tyle ile chce? to, to ja bym caly sloik chciala, ten taki od ogorkow!
dulce de leche ma wielkosc sloika od ogorkow. slodkie nadzienie po brzegi wypelnia pollitrowy pojemnik.
wiesz, nawet w urugwaju marzenia sie spelniaja.

Wrzesień 21, 2009

wiosna!

Filed under: URUGWAJ — maugoska @ 11:59 pm

komiks-marianna2.jpg
http://picasaweb.google.com/maugoska/Marianna2#

marianna ociagajac sie leniwie splynela nurtem rio la plata. prosto do atlantyku. i grzechem by bylo chciec czegos wiecej!

bez sieci

Filed under: NIEMANAS,URUGWAJ — maugoska @ 11:59 pm

pozdrawiamy z wczasow!

http://picasaweb.google.com/maugoska/BezSieci#

ksiega skarg i zazalen wypelnila nam sie wnioskami o informacje, co z nami. i wnioskami o informacje, co bylo jak nas nie bylo. oraz co robimy… tak na codzien.
wobec powyzszych, jesli ktokolwiek ma sile to czytac, ostatnie dwa tygodnie dzien po dniu :)
http://picasaweb.google.com/maugoska/Dziennik#

Wrzesień 7, 2009

nasza pierwsza wystawa!!!

Filed under: ARGENTYNA — maugoska @ 7:07 am

DSC_4577.jpg
http://picasaweb.google.com/maugoska/WystawaBuenosAires#

z radoscia dzielimy sie radoscia:)
w sobote, piatego wrzesnia, w centrum kultury recoleta w buenos aires rozpoczela sie pierwsza wystawa rozmow kontrolowanych!
goraco dziekujemy pracownikom centrum oraz wszystkim osobom, ktore przyczynily sie do jej zorganizowania.
jestesmy najszczesliwsi:)))

Sierpień 28, 2009

zawod – demonstrator

Filed under: ARGENTYNA — maugoska @ 4:07 am

DSC_4461.jpg
http://picasaweb.google.com/maugoska/BuenosAiresDemonstracje#

juan twarzy nie pokaze. nie chce zdjec. mowi, ze ma swoje powody. zdradzi jakie? niechetnie. saczy mate i rozglada sie dookola. nie moge, dodaje i wygladza naszyta na kamizelke, bialoniebieska flage.
argentyna demonstracja stoi. stoi doslownie, bo zalozenie jest takie, ze aby demonstracja byla dobra, skuteczna, musi utrudnic ruch. wtedy zostanie zauwazona. i tak jak staje narodowa trojka, jedyna autostrada laczaca polnoc kraju z poludniem, tak tez staje avenida de mayo, ulica prowadzaca z plaza de mayo do kongresu. dwie glowne arterie demokracji.
plaza de mayo to glowny plac buenos aires. ustawiony przez policje, metalowy plot, dzieli go na dwie czesci. po jednej stronie turysci odhaczaja obowiazkowy punkt programu – zmiane warty pod casa rosada, rozowym domem, dokladnie tym, z balkonu ktorego evita lagodzila nastroje „decamisados” – ludzi bez koszul, ubogich robotnikow. druga strona placu nalezy do demonstrantow.
juan o demonstracjach wie wszystko, jest ekspertem. nie zawsze tak bylo, kiedys byl zwyklym bezdomnym, jakich wielu w tym miescie. ktoregos dnia, zdesperowany, przylaczyl sie do idacej demonstracji. nie, nawet nie byl „za”, to zima byla, zimno, siedzial zmarzniety i przylaczyl sie, zeby sie ogrzac, rozruszac. szedl tak, zaczal cos krzyczec, nie pamieta juz co, to co wszyscy i nagle cos w niego wstapilo. jakis duch, jakas sila, taka duma, ze jest obywatelem, ze ma prawo glosu. tamten dzien odmienil jego zycie.
argentynczycy demonstruja wciaz i o wszystko. za socjalizmem, przeciw rzadowi, za odmalowaniem szpitala, o szacunek dla weteranow, ku pamieci zaginionej, osmioletniej sophie… nie ma dnia bez demonstracji. to jest sposob dialogu, to mozliwosc wyrazenia swojego zdania, swojego poparcia, swojej frustracji. sposobow jest kilka. blokady autostrad – niewielkie grupki ludzi o pozaslanianych twarzach obstawiaja glowna trase i wszystkie, umozliwiajace objazd wylotowki. siedza, dyskutuja, pala opony. przejscia – od spokojnych, kilkunastoosobowych grupek, idacych z jednym transparentem, az po wielkie, ciagnace sie klika kilometrow pochody pelne petard, bebnow, megafonow, spiewow, przemowien i okrzykow. i w koncu – okupacje. poobwieszane flagami i roszczeniami namioty a w nich, kilka, kilkanascie osob. pija mate, graja w karty. dzien, tydzien, miesiac. jak wszedzie.
juan odkryl tajemnice. rosnie, wypreza sie i nabiera wigoru. niezaleznie od sposobu i od tego, czego demonstracja dotyczy, potrzebuje ona lidera, przewodnika. nie, to nie chodzi o wodza, o dyrektora, chodzi o… chwile sie zastanawia, szuka slowa, chodzi o… dyrygenta! jak w orkiestrze, dorzuca zadowolony z trafnosci porownania. bez niego, to wszystko sie rozlezie albo doprowadzi do zamieszek. i ja jestem takim dyrygentem.
ludzie sami nie wiedza jak sie zorganizowac, trzeba nimi pokierowac. powiedziec kto ma niesc transparent, pokazac w ktorym rzedzie flagi, gdzie megafon, ile odstepu zachowac od wybuchajacych petard, zeby sie nic nikomu nie stalo, zatrzymac, kiedy ida zbyt ciasno, pospieszyc, kiedy marudza, podac rytm bebniarzom, wzniesc zawolanie, uciszyc, jak lider przemawia, uspokoic nerwusow, ulagodzic policje, przepuscic telewizje… to kupa roboty, zeby sie wszystko sprawnie odbylo, tlum potrafi w sekunde wymknac sie spod kontroli… i dlatego ja jestem. a jestem tu zawsze, mieszkam w tym namiocie. rzady, ludzie, flagi, hasla sie zmieniaja, a ja niezmiennie jestem. do uslug.
a gdyby sie demonstracje skonczyly, to co? szeroki usmiech. nigdy sie nie skoncza. pewnosc siebie. bo wtedy ja bede demonstrowal przeciw brakowi demonstracji. a demonstrowac potrafie jak nikt.

Sierpień 19, 2009

siedem grzechow glownych – recoleta

Filed under: ARGENTYNA — maugoska @ 12:36 am

DSC_2860.jpg
http://picasaweb.google.com/maugoska/BuenosAiresCmentarzRecoleta#

… planete zamieszkiwal prozny.
- ach! ach! oto odwiedziny wielbiciela! – krzyknal, gdy tylko zauwazyl malego ksiecia. albowiem wedlug proznych kazdy spotkany czlowiek jest ich wielbicielem.
- dzien dobry – powiedzial maly ksiaze. – pan ma zabawny kapelusz.
- po to, aby sie klaniac – odpowiedzial prozny. – aby sie klaniac, gdy mnie oklaskuja. niestety nikt tedy nie przejezdza.
- ach tak? – powiedzial maly ksiaze, nic nie rozumiejac.
- uderzaj dlonia w dlon – poradzil prozny.
maly ksiaze uderzyl dlonia w dlon. prozny uklonil sie skromnie, uchylajac kapelusza.
„to jest jednak bardziej zajmujace niz odwiedziny u krola” – powiedzial sobie maly ksiaze. i znow zaczal klaskac. prozny znow klanial sie, uchylajac kapelusza. po pieciu minutach zabawy maly ksiaze zmeczyl sie jednostajnoscia gry.
- a co trzeba zrobic – spytal – aby kapelusz spadl?
lecz prozny nie uslyszal. prozni slysza tylko pochwaly.
- czy ty mnie naprawde bardzo uwielbiasz? – spytal malego ksiecia.
- co to znaczy uwielbiac?
- uwielbiac to znaczy uznac mnie za czlowieka najpiekniejszego, najlepiej ubranego, najbogatszego i najmadrzejszego na planecie.
- alez poza toba nikogo na planecie nie ma!
- zrob mi te przyjemnosc: uwielbiaj mnie mimo wszystko.
- uwielbiam cie – powiedzial maly ksiaze, lekko wzruszajac ramionami – ale co ci to daje?
i ruszyl w dalsza droge.

Sierpień 13, 2009

buenos malowane

Filed under: ARGENTYNA — maugoska @ 5:24 pm

DSC_3716.jpg
http://picasaweb.google.com/maugoska/BuenosAiresGraffiti#

- e! amigos! que pasa?!
slowo amigos, w tym wydaniu nie wrozy niczego dobrego, wynurzamy glowy z plecaka, w ktorym zanurkowalismy szukajac aparatu…
z chmury marichuany wynurzylo sie dwoch podrostkow, niemal zywcem wyjetych w warszawskich blokowisk, dresik, zloty lancuch, wyraz twarzy, mina numer trzynascie, masz pecha, to nasz rewir…
- que, que pasa?
- chcecie to zamalowac?
- co? nieeeee…. – uf, rozluznilo sie troche – zdjecie chcielismy zrobic, zajebiste graffiti, to wasze?
- nie… ale wiemy czyje! to nasz kumpel! – duma wypiera zadziornosc.
przygladamy sie olbrzymiej, wlochatej dzdzownicy przeszywajacej na wylot ludzka postac. podchodzimy blizej. czerometrowa dlugosc i idealna powtarzalnosc segmentow, dzdzownica zawdziecza perfekcyjnie wykonanemu szablonowi. przewiercona postac malowana jest tradycyjnie, pedzlem i farba, ktora splynela po scianie efektownymi zaciekami. calosc podpisana imieniem i nazwiskiem. po prostu. jak prawie wszystkie tutejsze malowidla.
sloneczne popoludnie w palermo, kolejny raz zaskoczylo nas ich iloscia i roznorodnoscia. prawie kazde skrzyzowanie, kazda brama i mur, maja swoje opowiesci. dzis, tak jak w poprzednie dni w san telmo, recolecie, la boca czy centrum, znow jestesmy zaczarowni tym, co sie dzieje na scianach buenos aires. nowoczesne graffiti przeplataja sie z tradycyjnymi malowidlami, pokazujacymi historie i kulture stolicy, kolorowe murale sasiaduja z ogromnymi obrazami z kafli, tworzonymi przez znanych artystow. mieszaja sie style i techniki, tematy i kolory, przekazy i inspiracje.
jednak najbardziej budujace jest to, ze nikt ich nie zamalowuje, nikt nie niszczy. wrecz przeciwnie, samo miasto czesto  zamawia u tworcow te scienne dziela sztuki. zdobi nimi pasaze, przejscia podziemne, sciany budynkow. a kiedy zaczynaja sie starzec, kiedy zaczyna odpadac tynk, natychmiast je odnawia, odmalowuje. a ludzie? nikt nie pilnuje, zeby ktos sciany nie zamalowal. tu ludzie pilnuja, zeby nikt nie zamalowal zamalowan.
- a wy z jakiejs gazety?
- nie, nie. po swiecie jezdzimy i jak widzimy cos pieknego, to utrwalamy to na zdjeciach. w patagonii gory i lodowce a tutaj, w buenos te sciany.
- aaa. wiecie, to my tu jeszcze postoimy chwilke, wiecie, zeby wam sie ten aparat przypadkiem nie zapodzial.

ha! w warszawie tez sie dzieje!
http://miasta.gazeta.pl/warszawa/51,98239,6888654.html?i=4
wielkie gratulacje!

Older Posts »

Powered by WordPress

ZTZiM