No wcale nie tak, nie tak to miało być. To w sumie trwa za długo, by mogło mieć sens:)
Miał być wpis ambitny, piękny, długi, oszałamiający i z oklaskami na końcu. Ale nie będzie, bo nie, o kategorycznie NIE bedziemy ślęczeć przed komputerem w TAKI dzień.
Chiński Nowy Rok, poniedziałek, koniec wizy, nów, urodziny – czy to nie perfekcyjny dzień na rozpoczęcie czegoś nowego?
A jeśli dodać do tego 2 złamane żebra, oparzenie 2 stopnia i to, że nie mamy już plecaków, to co nam pozostaje?
Chyba tylko wracać do domu:)))))))))))
Koniec tej gejówy. Panie i panowie… (więcej…)
Styczeń 23, 2012
Się kręci:)
Styczeń 22, 2012
Przepisy
Szczerze mówiąc, nie powinno być „przepisy”, ale „skandal”. Chyba. Chyba – bo to nie do pomyślenia w Europie. No ale tylko w Europie. Hmm, znów – chyba. Nieważne. Jest tak: (więcej…)
Styczeń 18, 2012
Droga przez mądrości

KLIKNIJ TU, ŻEBY OBEJRZEĆ ZDJĘCIA
Na porannym spacerze po jednej z tajskich świątyń w Puket znaleźliśmy alejkę.
Alejka w drzewach, drzewa w mądrościach.
Może to i nie żadne eureki i tajemnice, ale kiedy się idzie o poranku,
zamyślają w uśmiechu. (więcej…)
Styczeń 17, 2012
Gong

KLIKNIJ TU, ŻEBY OBEJRZEĆ ZDJĘCIA
Modlitwa. Błogosławieństwo. Prośba. Podziękowanie.
Bez słów rozedrgana melodia.
Dzień jeszcze nie wstał na dobre, siedzący na wzgórzu Budda spogląda na resztki mgieł snujących się po zmarszczkach morza Andamańskiego. Słońce różowi mu szatę przerzuconą przez ramię, budzi ptaki, myśli, ściera resztki snu z na wpół przymkniętych powiek. (więcej…)
Styczeń 2, 2012
Szósta wystawa Rozmów Kontrolowanych!

KLIKNIJ TU, ŻEBY OBEJRZEĆ ZDJĘCIA
KLIKNIJ TU, ŻEBY OBEJRZEĆ ROZMOWY KONTROLOWANE
Iha! Ależ się rok pięknie skończył! Rozmowy Kontrolowane zawisły po raz szósty! I to w samym Royal Phuket Marina, na Pierwszym Festiwalu Sztuki na Phuket. A jak wesoło było, i koncerty i warsztaty i pokazy. Szczęśliwi jesteśmy niezmiernie i szczęściem się dzielimy:) (więcej…)
Grudzień 31, 2011
Zamknięte
Hmmm, jak by to powiedzieć… No bo niech to już sobie w tym starym roku zostanie…
Jakiś czas temu dostaliśmy takiego mejla:
„Dzień dobry,
Chciałam Państwa powiadomić, że na chwilę obecną zdecydowaliśmy się zawiesić wydawanie serii „Otwarte na świat.” W związku z tym nie wydamy Państwa książki w roku 2012 jak było to planowane. Niestety nie mogę w tej chwili się zadeklarować czy i kiedy wydamy książkę (…)” (więcej…)
Grudzień 29, 2011
Z samą sobą rozmowa na dachu

KLIKNIJ TU, ŻEBY OBEJRZEĆ ZDJĘCIA
- Lubisz koniec roku?
- Nie bardzo.
- Czemu?
- Przez jakiś taki nawyk podsumowań, nie mogę go w sobie zwalczyć. Takie wpojone: coś się kończy, coś się zaczyna. To może być dobre, optymistyczne, zazwyczaj takie właśnie jest – nowe, nowe, lubię nowe – ale w tych ostatnich dniach roku akcent pada zawsze na to „kończy”, i na bezwiedne rachunki, co zrobiłam, co mogłam zrobić, wyłazi ze mnie ten mój nieznośny wieczny niedosyt, to, że ciągle mi mało. Z końcem roku ciągnie w dół, jest pesymistyczne.
- Malkontent jesteś? (więcej…)
Grudzień 23, 2011
Wesoła Nowina!
Uśmiechajcie się! CUDA SIĘ ZDARZAJĄ!
Niech Wam święta szczęśliwie miną, a nowy rok pogodnych niespodzianek naprzynosi!
Całujemy i ściskamy z całych sił!
Post powstał na arcyklawym notebooku Acer Aspire TimelineX
Grudzień 16, 2011
Street of Harmony
Spytasz mnie: a Georgetown? Pewnie uśmiechnę się tylko i długo nic nie powiem. Bo jak mam to opowiedzieć? Jeśli uważnie się przyjrzysz, z mojej twarzy wyczytasz, że to niezwykłe miejsce. Być może, zupełnie znienacka wpadnie mi do głowy filuterna myśl. Powiem Ci: wiesz co? wymień jakiś miesiąc, a znajdę Ci o nim historię. Powiesz wtedy: grudzień. Grudzień? No to posłuchaj… (więcej…)
Grudzień 12, 2011
O etyce podróżnej
Jakiś czas temu, przy okazji opowieści o Dżakarcie pojawiło się wśród komentarzy zastanowienie – Pani Krystyno, pięknie dziękujemy, bo sprowokowało nas ono do jeszcze głębszego przemyślenia tematu i ubrania przemyśleń w słowa – „… czy publikowanie takich zdjęć jest etyczne? Spróbujcie wyobrazić sobie siebie na miejscu tych mężczyzn zanurzonych w śmieciach, a potem pomyślcie, że wasze zdjęcia to atrakcja do oglądania dla każdego…” (więcej…)
Grudzień 2, 2011
Karnawał w Banyuwangi

KLIKNIJ TU, ŻEBY OBEJRZEĆ ZDJĘCIA
Boże! Jak ja im współczułam! Nie dość, że ktoś wymyślił, że mają iść w samo południe, w tropikach – niemal tortura, to jeszcze nikt nie zadbał o choćby pozory ładu i organizacji. Nie wiemy jak doszli do końca wyznaczonej trasy. My nie daliśmy rady, nie umieliśmy spokojnie patrzeć na ten bajzel, na tą bezmyślną masę; nerwy nam puściły i w połowie imprezy zwyczajnie uciekliśmy. (więcej…)
Listopad 22, 2011
Kawah Ijen. Ciężka sprawa.

KLIKNIJ TU, ŻEBY OBEJRZEĆ ZDJĘCIA
Wschodni skraj wschodniej Jawy, słońce dopiero co wzeszło, ale praca już wre. Wre też żółte zbocze. Co i raz, regularnie, wybucha kłębami dymu. Z miejsca w którym stoimy ciężko jest zobaczyć, co się pod nimi kryje. Przed nami, po bokach, za nami, nierzeczywista surowość miesza się z bujną zielenią. Stoimy na brzegu krateru, niemal na samym szczycie. I nie możemy się ruszyć, bo widok zapiera dech w piersiach. Na razie tylko widok. Jest jeszcze dosyć wcześnie i wiatr nie zaczął wiać. Jednak kiedy zacznie… (więcej…)
Listopad 15, 2011
Where you go transport okej?

KLIKNIJ TU, ŻEBY OBEJRZEĆ INNE RYSUNKI Z PODRÓŻY
- Hello, where you go? You need transport? – razy trzy, cztery, siedem, zależy ilu ich akurat stoi przy wyjściu z Gang 1, małej uliczki obsianej hotelami. No cóż, takie miejsce, taka praca… (więcej…)
Listopad 11, 2011
Szufladki

KLIKNIJ TU, ŻEBY OBEJRZEĆ ZDJĘCIA
O tym już kiedyś było, ale chyba za mało skoro nawet nas samych niespodziewanie dopadło. Zakutołbizm powszechny, czyli szufladkowanie. Tym razem na afiszu wystawa psów w Yogyakarcie i nasza na nią reakcja. (więcej…)
Listopad 8, 2011
Tu zaszła zmiana
Obudzeni pieśnią muzułmańskiego muezina, po śniadaniu od hindusa, poszliśmy do chińskiej świątyni poprosić buddyjską Kuan Yin, Boginię Miłosierdzia o wróżbę na rok najbliższy. Co nam powiedziała do końca nie wiadomo, bo powiedziała po chińsku. Tutejsze plotki niosą, że podobno radzi, abyśmy wracali do domu. To znakomicie się składa, bowiem od Ushuaia nic innego nie robimy. Planowaliśmy nawet pojawienie się w Polsce na najbliższe święta. Lecz jak to z planami bywa, jedyne co przyniosły, to rozbawienie bogów. Których? Już się gubimy. Może to Pachamama, może to Świętowid, a może zwykły Los postanowił zamieszać w kotle przeznaczenia i… posłał nas do pracy. (więcej…)
Listopad 3, 2011
„My way”

KLIKNIJ TU, ŻEBY OBEJRZEĆ ZDJĘCIA
Fakty:
Gunung Merapi (Góra Ognia) leży w centralnej części Jawy. To stratowulkan i jak każdy stratowulkan jest dość stromym stożkiem. Jego zbocza powstają z warstw szybko stygnącej lawy i pozostałości lawin piroklastycznych. Lawina piroklastyczna to pędzące z prędkością nawet 150 kilometrów na godzinę, osiągające do 1000 stopni Celsjusza gazy zmieszane z popiołem, pyłem i okruchami skalnymi („okruch” definiuje tu wszystko od 2 milimetrów do kilku metrów średnicy). Dość przerażające. Ostatnie takie lawiny, w październiku i listopadzie 2010 roku, mimo ewakuacji wszystkich, położonych w promieniu 20 km miasteczek i wiosek, pozbawiły życia 353 osoby. Merapi wybucha co 1-5 lat i wypluwa z siebie najwięcej materiału piroklastycznego ze wszystkich wulkanów na świecie. Ten, pokrywa jego zbocza grząską, osuwającą się warstwą pyłu i żwiru. Kiedy go zobaczyliśmy, od 10 miesięcy drzemał.
Darłam się. Nie, źle. Nie darłam się. Słyszałam jak bezwolnie wyrzucam z siebie słowa. Piskliwe i niewyraźne. Ciskane w nicość. Łzy ciekły mi po policzkach, a szarpane nerwowym dygotem mięśnie zaczynały mięknąć ze zmęczenia. Siedziałam zakleszczona. Jakikolwiek ruch, obsuwający się po stromym zboczu kamyk, zmiana jego pozycji o centymetr, milimetr, mikron eksplodowały nowymi, bełkotliwymi potokami przerażenia. Siostra Panika mrużyła oczy w słońcu i zadowolona pogwizdywała pod nosem. Miała mnie. (więcej…)
Październik 19, 2011
„Miraż” i „Gorączka”. „Gorączka” i „Miraż”.

KLIKNIJ TU, ŻEBY OBEJRZEĆ INNE NASZE OKŁADKI
Ha! Dzień to dla nas szczególny. Arcyniespodziewanym zbiegiem okoliczności nie jedna, ale dwie książki z naszymi okładkami trafiły dziś do księgarń. (więcej…)
Październik 15, 2011
Jogja malowana

KLIKNIJ TU, ŻEBY OBEJRZEĆ ZDJĘCIA
O gustach się nie dyskutuje. Tak mówią. Jeszcze kiedy łaciny na targach używali – aby oliwę i winko nabyć – tak mówili, więc nie ma co z mądrością starożytną dyskutować.
A zatem, zamiast o sztuce (w Europie chyba już nie, ale tu, w Yogyakarcie ciągle trwa dyskusja czy murale i graffiti miano sztuki mogą nosić), będzie o sztuce życia, a jeszcze precyzyjniej – o sztukmistrzu życia – władcy przedziwnych przypadków. (więcej…)
Tu byłem…
Ok. Być może jesteśmy stetryczałymi ględami, nie kumającymi co jest cool oraz trendy. I ch.., mamy to gdzieś. Zapewne dokładnie tam, gdzie autor tego dziełka (i jak sądzę właściciel bloga: www. tulipanesku.ownlog.com) miał szacunek do czyjejś pracy i własności. Zwyczajnie szlag nas trafił jak to zobaczyliśmy. (więcej…)
Październik 12, 2011
Zamyślenia jaskiniowe

KLIKNIJ TU, ŻEBY OBEJRZEĆ ZDJĘCIA
Największą chyba bolączką jeżdżenia (ale też życia?) jest uodpornienie, zobojętnienie. Powolna albo i nie powolna utrata spontanicznej ciekawości, umiejętności zachwycania, łapczywego czerpania garściami każdej mijającej chwili. I nawet ciężko mieć o to do siebie pretensję, bo taka pretensja, to trochę jak walka z naturą rzeczy. No bo kiedy raz spróbujesz lodów, już zawsze będziesz wiedzieć jak to jest, będą spróbowane, pryśnie czar pierwszego razu okraszonego odkrywaniem nieznanego. Będziesz jeszcze poznawać waniliowe, czekoladowe, truskawkowe, ale w końcu, pewnej niedzieli stwierdzisz, że karmelowe to jest to, są ulubione, lepszych nie ma. I w tym właśnie momencie skończy się Twoja z lodami przygoda, zacznie zaś codzienne, coraz zwyczajniejsze, z czasem mniej lub bardziej nudne obcowanie. Ot, spowszednieją.
Cóż, tak to już jest, nic się nie poradzi – ciśnie się na usta.
Błąd. (więcej…)
Październik 10, 2011
Małe już nie cieszy

KLIKNIJ TU, ŻEBY OBEJRZEĆ ZDJĘCIA
- Ej, a co byś chciała na setkę?
- Dwieście? … No dooobra, może być pół litra.
- A z osiągalnych?
- A to nie wiem, wszystko jedno, byle duże było. (więcej…)
Październik 4, 2011
Ich dom

KLIKNIJ TU, ŻEBY OBEJRZEĆ ZDJĘCIA
Pociągi „kelas ekonomi” – najtańszy, ale i najbarwniejszy z dżakartowych transportów – na stacjach niemal nie stają. Zazwyczaj zwalniają tylko, pozwalając pasażerom na pospieszne wskoczenie czy wyskoczenie w miejscu przeznaczenia. W godzinach szczytu robi się z tego wskakiwania i wyskakiwania niebezpieczna przepychanka, bo nie dość, że tłok, że pociąg w ruchu, że kieszonkowcy, to jeszcze wiadomo, że jeśli nie uda się wcisnąć, na następny będzie trzeba czekać czterdzieści minut, godzinę, bo „kelas ekonomi” kursują najrzadziej. Dlatego, zanim ktokolwiek zdąży wysiąść, tłum z peronu szturmuje już wagon.
W takiej właśnie przepychance przegapiamy swoją stację. „Aj tam, tylko jedna, nie ma sensu czekać, cofniemy się piechotą wzdłuż wiaduktu kolejowego”, mówimy sobie, kiedy w końcu udaje nam się wysiąść. Schodzimy na ulicę, odnajdujemy kierunek, mijamy skrzyżowanie i… (więcej…)
Wrzesień 27, 2011
Pożar

KLIKNIJ TU, ŻEBY OBEJRZEĆ ZDJĘCIA
Jedne z pierwszych kroków w Dżakarcie skierowaliśmy w stronę portowego targu. Mijana po drodze starówka straszyła wyprutymi z wnętrz i obdartymi z dachów resztkami po-holenderskich kamienic. Poza weekendami nieco martwa i zaspana jest mimo ogromnego zaniedbania naprawdę klimatyczna. Nie możemy się pozbyć wrażenia, że gdzieś było podobnie. Chyba w Montevideo. No ale targ, tam idziemy. Liczymy na to, że w odróżnieniu od starówki, niezależnie od pory dnia czy tygodnia będzie pełen życia. Że, jak to w portach bywa, będzie wrzał i kipiał.
I kipiał. Aż za bardzo. (więcej…)
Wrzesień 26, 2011
Rozmowy Kontrolowane zawisły po raz piąty!

KLIKNIJ TU, ŻEBY OBEJRZEĆ ZDJĘCIA
Z radością największą i dumą donosimy, że dołączyliśmy gościnnie do wystawy Sekarat, odbywającej się w centrum Taman Budaya (czy to bardzo nieładnie pochwalić się, że to największe centum kultury w Yogyakarcie – artystycznej stolicy Indonezji?).
Ogromnie dziękujemy za wsparcie ze strony indonezyjskich środowisk twórczych. Pomogły nam szczególnie Nisaul Aulia i Kaja Dutka (tak, tak, to Polka). Gdyby nie one, najpewniej nie byłoby to możliwe:)
Post powstał na zajebistym notebooku Acer Aspire TimelineX
Wrzesień 24, 2011
Dżakarta

KLIKNIJ TU, ŻEBY OBEJRZEĆ ZDJĘCIA
Pierwsze, co mi przyszło do głowy na widok Dżakarty oglądanej zza szyby jadącego z lotniska klimatyzowanego autobusu to sękacz – jego niekończące się nawarstwienie. To miasto zdaje się przeczyć prawom fizyki. Tam, gdzie na zdrowy rozum, nie sposób upchnąć już niczego, szpilki się nie wściubi, tutejsza rzeczywistość, nie wiem jakim cudem, wtrynia jeszcze uliczkę, jeszcze dom, jeszcze ścianę, stragan, sznury z praniem, doniczkę, motor, człowieka. Jednego, trzech, całą rodzinę. Gdybyśmy nigdy nie wysiedli z tego autobusu, napisałabym, że ul, że mrowisko – mrowi kolos o ponad 20 milionach twarzy zapełniających centrum, obrzeża i przedmieścia. Ale wysiedliśmy. (więcej…)
Wrzesień 22, 2011
Wiosna, ach to ty!

KLIKNIJ TU, ŻEBY OBEJRZEĆ ZDJĘCIA
Tym razem postanowiliśmy się nie certolić z jakimiś rzecznymi zakolami i zgarnęliśmy delikwentkę bezpośrednio do centrali. Niniejszym, ogłaszamy: K… (oleżanka) Zima A.D.2011 nieubłagalnymi prądami Oceanu Indyjskiego zmierza ku Europie. Jedyna wasza nadzieja w… przylądku Dobrej Nadziei? Ponoć lubi wciągać. Nawet pory roku.
A tymczasem my wpadamy w słodkie objęcia wiosny!
No dobra, dobra, mamy też dobrą wiadomość. Wiosna to tu początek pory deszczowej. No ale w takiej na przykład Boliwii…
Nic to, ściskamy z 7 stopnia szerokości geograficznej południowej
Post powstał na zajebistym notebooku Acer Aspire TimelineX
Wrzesień 13, 2011
Terminal

KLIKNIJ TU, ŻEBY OBEJRZEĆ ZDJĘCIA
Powód dla którego znaleźliśmy się na lotnisku w Banda Aceh w samym środku „muzułmańskiej gwiazdki” był prosty – promocja świąteczna. Trzy godziny samolotem do Jakarty w cenie autobusu jadącego cztery dni było prawdziwą okazją. Wszystkie agencje turystyczne i biura linii lotniczych były zamknięte. Na kupno biletu przez internet było za późno. Pozostało jechać i liczyć na to, że na lotnisku w ostateczności kupimy bilety od pilota. (więcej…)
Wrzesień 9, 2011
„Korrida”

KLIKNIJ TUTAJ, ŻEBY OBEJRZEĆ INNE OKŁADKI
I znów! W księgarniach pojawiła się właśnie piąta już książka o świecie, z okładką zaprojektowaną przez nas gdzieś między jednym a drugim bezdrożem. Tym razem o walkach byków. Kontrowersyjnie i krwawo.
Post i okładka powstały na zajebistym notebooku Acer Aspire TimelineX
Wrzesień 8, 2011
Plotka?

KLIKNIJ TU, ŻEBY OBEJRZEĆ ZDJĘCIA
Panie na prawo, panowie na lewo. Taki jest podział. Zgodnie z tym podziałem panie przesiadują w podcieniach przy sklepach, panowie zaś w betonowej niby-altance tuż przy plaży. I jedni i drudzy zajmują się tym samym. Siedzą, patrzą na rozdzielającą ich drogę, ziewają, gadają. W oczekiwaniu na transport do portu trafiliśmy do panów. Okryłam się ciut szczelniej i dołączyliśmy do siedzenia, patrzenia, ziewania i gadania. Usłyszeliśmy tam taką oto historię: (więcej…)
Czarno-białe, czarno-białe, bęc!

Zdjecie pochodzi ze strony www.petaduniauni.blogspot.com
Pływamy w wodzie, jak co dzień, mijamy rozszeleszczoną od kolorowo-rybkowych podgryzań pobliską rafę, schodzimy trochę niżej nad piaszczystą łachę a tam zspłłpssss, zza skałki czarno-biały wąż się zgrabnie wysnuwa, zerka na nas z ukosa i krętym zawijasem odpływa w błękitną głębinę. Oddychamy z ulgą, bo to nie wiadomo, kto on taki, skoro nawet się nie przedstawił. Tego samego dnia pytamy miejscowych nurasów:
- Takiego węża czarno-białego widzieliśmy, bać się, czy nie? (więcej…)
Wrzesień 7, 2011
Popołudnie

KLIKNIJ TU, ŻEBY OBEJRZEĆ ZDJĘCIA
Kota Sabang, popołudnie, a właściwie późne popołudnie, bowiem całe wcześniejsze jest zawieszone w trybie drzemiąco-przetrwaniowym. Trochę nie ma innego wyjścia, bo niewiele da się zdziałać, kiedy kiszki marsza grają, a tu grają Ramadanowo, (na) czczo/czczy/czci/czczą, przepraszam, zamyśliłam się, no tak czy siak, wiara bardziej duszom hartu przydaje niż ciałom, ciała trzeba porządnie nakarmić, żeby duszy szyków nie psuły. Ach, pokręciłam? Wybacz. Też głodna jestem, a człowiek głodny, kiedy przestanie już być zły, robi się lekko głupi.
Jak się nazywają te wszystkie cuda – roladki, placuszki, krokieciki, babeczki – trzeba by się tu urodzić, by pojąć. Choć… i to być może nie wystarczy? Bo co komu po nazwie, skoro ta sama panierowana mini potrawka potrafi skryć w sobie a to kapustę, a to marchewkę, a to makaron. Przepisów, recept, pomysłów na nie tyle, ile przekupek uwijających się radośnie za szklanymi gablotami. Trzeba tu żyć, na tym a tym dokładnie skrzyżowaniu, żeby się w tych różnorodnościach smaków połapać.
Ot na przykład:
Jest sobie w Indonezji taka prosta potrawa, nazywa się gado-gado. W trzech słowach i w teorii – warzywa z sosem z fistaszków. W praktyce – konia z rzędem temu, kto znajdzie dwa identyczne przepisy. Bo jedni mówią, że w sosie musi być mnóstwo chilli, inni, wręcz przeciwnie, wolą więcej cukru. Ktoś wrzuca liść lemonki, ktoś orzechy mieli na zupełną miazgę, kto inny tylko trochę. A to dopiero sos! Co należy nim polać? No jak to co? Warzywa! No ale jakie warzywa? Na rogu dają surowe i koniecznie z jajkiem. Pójdzie pomidor, sałata, ogórek, kiełki soi. Ale przecznicę dalej pani się obruszy: no jak to? same surowe? Kochana, ja ci mówię, najlepsze są gotowane, byle nie za długo i z prażoną cebulką. Kilka metrów dalej usłyszysz jeszcze o tempe, które warto dorzucić. Nie wiesz, co to tempe? O raju, nigdy nie skończę pisać tego tekstu jak zacznę tak wszystko tłumaczyć… I mrówki mi obiad wtrąbią, po całym dniu upragniony.
Post powstał na zajebistym notebooku Acer Aspire TimelineX
Sierpień 29, 2011
Marzenia

KLIKNIJ TU, ŻEBY OBEJRZEĆ ZDJĘCIA
Doszliśmy dziś rano do wniosku, że człowiek marzy statycznie.
Ot, choćby takie marzenie o morzach południowych i ich tropikalnych wyspach.
Zaraz do głowy przychodzi półksiężyc złotej plaży, turkusowa woda muskająca brzeg pełen wzorzystych muszli o najwymyślniejszych kształtach (czekoladowych piękności oblepionych żwirkiem jak w kalendarzach Pirelli?), palmy pochylone nisko nad jasnym piaskiem – ich łuki aż się proszą, by je zgrabnie wpleść w krwistoczerwony kadr z zachodzącym słońcem.
A kawałek dalej, tam gdzie brzeg się unosi i oblepia skałami – niewielki, uroczy domek z całkiem przyjemnym tarasem, na którym będziemy się lenić wyciągnięci w hamaku czy kołysząc się lekko na bujanym fotelu zagłębiać w jakąś niezbyt angażującą lekturę. Domek stoi na palach, powyżej tafli wody, tak, by w czasie przypływu siedząc na skraju tarasu i spoglądając w dół można było podziwiać feerie kolorowych, egzotycznych ławic baraszkujących wesoło między zdobionymi mozaiką skorupiaków fantazyjnymi skałami. Ładnie? No ba! Jak na zdjęciach!
No właśnie – jak na zdjęciach. Statycznie i marzeniowo.
Słuchajcie, mamy to wszystko (no może bez Pirelli i plaża nie aż tak bardzo półksiężycowo wygięta, ale reszta jest). Mamy i… od trzech dni zwyczajnie szlag nas trafia. Bowiem ten wymarzony, arcybłogi constans – z miłą temperaturą niecałych trzydziestu stopni, czystym, błękitnym niebem i barwnym kalejdoskopem podwodnego życia statyczny wcale nie jest. Czyli… dajmy na to, całkiem dynamicznie może się zmienić pogoda, a na naszym morzu, jak to na morzach bywa może zerwać się sztorm. A wtedy…
Dmie, wyje, buczy. Fale jak furiatki walą o skały pod domkiem, hucząc przy tym tak, jak by je coś opętało. Deszcz skotłowany z bryzą zacina prosto w okna, zostawiając na wszystkim lepko-słony kożuch. Wiatr fruwa po całym domku tarmosząc każdą rzeczą, jaka mu stanie na drodze, temperatura spada do smutnych siedemnastu, co w tych warunkach jest mrozem, wilgotność za to wzrasta chyba do tysiąca, co w tych warunkach jest piekłem. Żeby porozmawiać, trzeba się wydzierać, o spaniu można zapomnieć, a…
No dobra, kończyć zaczynam, bo już, już słyszę te głosy: Ale o co wam chodzi? Przecież w tym roku w Europie lato całe takie. O jezu, jezu, akurat.
Od trzech dni, cholera nie śpimy, poględzić nam się chciało. No i może przestrzec przed tą statycznością marzeń. To niebezpieczna przypadłość obarczona pewnym ryzykiem rozczarowań. Nam tam wszystko jedno, możemy zostać miesiąc, poczekać na pogodę, ale jak ma się tylko tydzień czy dwa urlopu…
Post powstał na zajebistym notebooku Acer Aspire TimelineX
Sierpień 19, 2011
Turystycznie

KLIKNIJ TU, ŻEBY OBEJRZEĆ ZDJĘCIA
Nie wiem, co o tym myśleć.
No pewnie, że chcieliśmy zobaczyć orangutany!
Zwłaszcza, że okazji raczej nie ma zbyt wielu. Bukit Lawang to jedno z dwóch ostatnich miejsc (drugim jest wschodnie Borneo), w których można jeszcze oglądać tych naszych krewnych w ich naturalnym świecie. Ale…
Może nie powinniśmy? Przecież wiadomo, że tabuny turystów zadeptujących dżunglę wcale dobrze nie wpływają na proces adaptacji tych rudzielców do właściwego im środowiska. Utrudniają prowadzoną przez pobliskie Centrum Rehabilitacji Orangutanów walkę o przetrwanie gatunku. Rozleniwiają przyzwyczajone do codziennych karmień zwierzęta – te, zamiast samodzielnie szukać pożywienia krążą w pobliżu turystycznych ścieżek w nadziei na łatwy kąsek. Wielu przewodników, choć oficjalnie jest to zabronione, chowa jednak w zanadrzu banany, ananasy i ogórki, by skuszone przysmakami orangutany, ku uciesze turystycznej gawiedzi, ześlizgnęły się z wysokich konarów na ziemię. A tak bliski kontakt nie jest dobry – poza niweczeniem pracy włożonej w przystosowanie zwierząt do życia na wolności, grozi przenoszeniem naszych ludzkich chorób.
A może nie jest tak źle?
Lim’a poznaliśmy w autobusie z Medan do Bukit Lawang. Przegadałam z nim całą drogę. O powodzi z 2003 roku, która niespodziewaną, wielką falą zmyła przycupnięte u brzegów rzeki wioski i zabrała setki żyć. O wycinaniu dżungli pod plantacje zarządzane przez angielskich inwestorów i lokalne, nie dbające o środowisko, skorumpowane władze. O ramadanie, który właśnie się zaczął. I o orangutanach.
Lim jest przewodnikiem. Miło nas zaskoczył, bo nie miał w sobie niczego z tych uparcie namolnych, na siłę wciskających swoje usługi natrętów. Ale co ważniejsze, z naprawdę szczerym lubieniem, szacunkiem i rzeczowością opowiadał o dżungli. No to z nim poszliśmy. Nas troje i jeszcze czwórka przypadkowych turystów.
Nie wiem, co o tym myśleć.
O Lim’ie i jego ludziach ciężko złe słowo powiedzieć. Już na samym początku kazał nam zamknąć buzie, żeby nie płoszyć zwierząt. Nie wiem, którym zmysłem wynajdował w gęstwinach kolejnych mieszkańców dżungli, przystawał nagle na moment, przykładał dłoń do ust i przedziwnym okrzykiem nawoływał małpy. Kiedy przebiegały, pokazywał palcem na korony drzew. Jego twarz i oczy w czasie tych krótkich chwil zaczynały lśnić chłopięcą radością i szczęściem. Gdy mijaliśmy po drodze jakieś śmieci na ścieżce, naturalnym odruchem chował je do kieszeni. Nasze obozowisko, w którym nocowaliśmy pozostawił tak czyste, że trudno było uwierzyć, że jeszcze godzinę temu tętniło ludzkim gwarem. Ale…
Ta dżungla jest jak deptak. Mimo, że Lim się starał wybierać boczne drogi, i tak przez większość czasu byliśmy zmuszeni się trzymać jednego z głównych szlaków. A tam… pożal się boże. Flesze aparatów błyskają niczym na jakiejś hollywoodzkiej premierze. Jasnowłosa dziewczyna z pełnym radości zapałem opowiada jak jedna z mam-orangutanów zakosiła im lunch. Ktoś upuszcza banana, inny orangutan siedzący dotąd na drzewie, zeskakuje nagle i sunie w stronę owocu. Tłum się rozbiega na boki krzycząc i popiskując. Znów błyskają flesze. Ale…
Wiele z mijanych samic tuli wczepione w ich sierść małe orangutany. Urodzone już w dżungli. Rozumne, czarne oczka spoglądają z drzew z zainteresowaniem. Czasem łapią kontakt, przekrzywiają główkę, zdają się jakby bawić całą tą sytuacją. Obserwują tłum z nie mniejszą ciekawością niż tłum obserwuje je. Czyżby więc turyści nie przeszkadzali aż tak? A może paradoksalnie, tutejsze orangutany i wszystkie inne stworzenia maja jeszcze gdzie żyć właśnie dzięki turystom, którzy przyjeżdżając nakręcają rozwój tego rezerwatu? Bo gdyby ich nie było, kto wie czy angielskie spółki (indonezyjskie, chińskie, to tak naprawdę nieważne) nie namówiłyby władz na wycięcie dżungli i stworzenie plantacji? Ale z drugiej strony, jak dużą liczbę turystów jest w stanie znieść ta dżungla? Stu dziennie? Dwustu? Tysiąc?
No bo przecież nawet nasi przewodnicy karmili mniejsze małpy. Przecież kąpiąc się w rzecze używaliśmy mydła. Zostawiliśmy gdzieniegdzie papier toaletowy. Wieczorem przy kolacji jednak wybuchały radosne salwy śmiechu i nie tłumione okrzyki, paliło się ognisko, toczyły się dyskusje …
Strasznie ciężko ocenić, dobrze to wszystko, czy źle. Nie wiem. Nie umiem powiedzieć.
Post powstał na zajebistym notebooku Acer Aspire TimelineX
Edith

KLIKNIJ TU, ŻEBY OBEJRZEĆ ZDJĘCIA
Przyjechała, pogadała, pojechała. Tak w skrócie. Ale chyba prawdziwie. Bo to gadanie, to największy prezent, jaki mogliśmy sobie wymarzyć. Większość czasu spędziliśmy na ciągnących się w noc rozmowach. To jest jak bajka, móc mówić i rozumieć się w pół słowa, nie musieć wszystkiego tłumaczyć, łapać w mig grę słów, skojarzenia, żarty. Od wielu już miesięcy nie tęsknimy za chlebem ani za żółtym serem czy za śledziem w śmietanie. Da się bez tego żyć. Ale nie bez gadania, innego punktu widzenia, lecz innego po polsku, jak trzeba, po naszemu, a nie takiego, że Chińczyk rozumuje po Chińsku, bo miał Konfucjusza w zestawie historyczno-ludowym.
Eh, no i wódkę przywiozła pachnącą polską miętą. Tomek się prawie rozpłakał.
Post powstał na zajebistym notebooku Acer Aspire TimelineX
Ramadan

KLIKNIJ TU, ŻEBY OBEJRZEĆ ZDJĘCIA
Przez miesiąc, od brzasku do zmierzchu, od pierwszego do ostatniego śpiewu muezina nie wolno: jeść, pić, palić, spółkować.
Georgetown. Sklep z antykami, rok wcześniej.
Siedzimy, popijamy kawę, na małym stoliku kilka kilogramowych paczek daktyli. Daktyle w czasie Ramadanu są wszędzie. (Hm, to śmieszne, właśnie sobie uświadomiłam, że nigdy nikogo nie spytaliśmy dlaczego.)
– No dobrze, a kobiety w ciąży? – drążę temat, bo sklepikarz, emerytowany nauczyciel chętnie odkrywa przed nami zawiłości swojej wiary – Albo na przykład chorzy…
– Jeśli to groźne dla zdrowia, nie muszą przestrzegać nakazu. Ale w ciągu roku, jeszcze zanim nadejdzie kolejny Ramadan, powinni „nadrobić” ten post, odbyć go w innym czasie, kiedy już będą mogli. To ważne, bo Ramadan jest czasem zastanowienia, modlitwy i kontemplacji. Pozwala nam docenić łaskawość Allaha, który w swej dobroci sprawił, że na co dzień możemy być syci.
Georgetown. Lebuh Queen. Ulica Królowej. Dzień przed rozpoczęciem Ramadanu.
To tutaj rozstawiają się stoiska Ramadanowego targu. Te targi są nieodłączną częścią nadchodzącego miesiąca. Kiedy nastaje zmierzch, gęsto się zapełniają wyposzczonymi po całym dniu ludźmi. Ale to nie tylko barwne miejsca posiłku. Być może nawet ważniejsza od ukojenia głodu jest możność dania jałmużny. Istnieje w Islamie jakaś dziwna algebra czynów. Nie do końca ją pojmuję, mimo kilku prób, nie udało mi się spamiętać jej zawiłych prawideł. To coś na kształt notowań różnych dobrych uczynków. Każdy ma swoją wartość. W czasie Ramadanu ta wartość się podwaja. Dlatego ceny na targu są o połowę niższe – część posiłku sprzedają a część oddają w jałmużnie. Każda sprzedana porcja to kroczek bliżej do raju, bo będzie warta tyle ile w zwykłe dni byłaby warta danina.
Lecz to dopiero jutro. Nas już niestety nie będzie. Będziemy w Medan. Z Edytą.
Medan. Dziwaczny niby-pokój na dachu hotelu. Tuż przy Wielkim Meczecie.
Zły pomysł. Modlitwy trwające zazwyczaj kilka-kilkanaście minut ciągną się godzinami. Ledwie, ledwie ucichły w gęstwinie ciemnej nocy a już się zaczynają w szarówce bladego świtu. Bogobojnie zawodzą głośnikiem zawieszonym dokładnie na wysokości naszego niby-pokoju.
Droga z Medan do Bukit Lawang.
Niespodzianka. Autobus nie tonie w papierosowym dymie. Eureka! Błogosławimy Ramadan zakazujący palenia.
Bukit Lawang. W dżungli.
Idziemy już kilka godzin. Prowadzący nas przewodnik jest muzułmaninem. To szaleństwo, ale mimo fizycznego wysiłku próbuje wytrwać w poście. Kto był kiedyś w dżungli wie jak ona zamęcza, jak bardzo wyciska pot i odwadnia organizm. Patrzymy na Lim’a z podziwem. A potem z zaskoczeniem. Bo kiedy w końcu się łamie, zamiast wziąć łyk wody zapala papierosa. Są nieprawdopodobni z tym swoim ciągłym paleniem.
Aceh, wyspa Weh.
W Aceh obowiązuje prawo Koraniczne. Ale sama wyspa jest bardzo turystyczna, liczymy więc po cichu na to, że restrykcje będą nieco mniejsze. I chyba trochę są. Choć wszystko jest zamknięte, trzeba wypatrywać uchylonych drzwi w tutejszych jadłodajniach. Kiedy się takie znajdzie, można zapukać i spytać, czy dadzą coś do jedzenia. Choć nigdy nie ma pewności, zazwyczaj jednak dają. Je się wtedy w środku, tak żeby przechodzący nie zauważyli. Ale te drzwi uchylone rzadko się zdarzają.
Po „nielegalny” obiad.
Okazuje się, że nie będzie. Właściciel jadłodajni patrzy trochę zmieszany i przepraszając mówi, że nie może pomóc. Byli wczoraj u niego szef tutejszej wioski i szariacka policja. Miał nieprzyjemności. Jakie? Nie chce powiedzieć, spuszcza tylko wzrok i mówi, że to dlatego, że jest nietutejszy. Ktoś z pobliskich guesthouse’ów musiał go podkablować. Ich właściciele liczą na to, że każdy z gości będzie jadł tam, gdzie mieszka. Smutno.
Na „nielegalnym” śniadaniu.
Mocno zawadiacka, energetyczna staruszka wchodzi do pokoju, w którym jemy posiłek. Nie zważając na nas zapala papierosa. Okropnie łamanym angielskim, psioczy na rzeczywistość, że musi palić tutaj, zamiast normalnie – na zewnątrz, siedząc na tarasie.
– Ale gdyby ktoś szedł i zobaczył, że palę, mogłaby przyjść policja i dostałabym mandat. – pokiwuje głową i wypuszcza kłąb dymu.
– A ile tego mandatu? – pytam zaciekawiona.
– Milion.
– Milion?! Fjuuu! – gwiżdżę zaskoczona.
Potakuje zgodnie. To ponad 100 dolarów. Naprawdę kupa forsy.
Post powstał na zajebistym notebooku Acer Aspire TimelineX
Lipiec 25, 2011
rzecz o rzeczach malych i duzych
noc byla burzowa.
poranek sloneczny.
a po poludniu w sklepie ze starociami
kupilismy okazyjnie 12 szykownych kieliszkow do wodki.
tym samym podjelismy decyzje, ze zamieszkamy kiedys razem.
ostatnich kilka miesiecy uplynelo pod znakiem
„konca nie widac, oj konca nie widac”
ale praca poplaca i wczorajszy dzien zakonczyl sie hucznym
„koniec juz widac!”
tak, tekst ksiazki juz prawie gotowy.
o grafice na razie nie myslimy
/nie myslimy, nie znaczy nie robimy
jestesmy jacy jestesmy, trudno/
bo nie wiadomo czy tekst sie spodoba.
a za tydzień (slownie: tydzien!)
eksmitujemy z plecaków pajaki, kurzokoty i jaszczurki i…
wracamy do domu!
ktoredy? los pokaze.
na razie wbili nam w paszporty dwumiesieczne wizy do indonezji.
tak, blog to przegapil
znow w georgetown, w malezji jestesmy
w aceh /na sumatrze, sumatra w indonezji/
obowiazuje prawo koraniczne.
2 sierpnia zaczyna sie ramadan.
to dobry zbieg okolicznosci.
grzech nie skorzystac.
edyta do nas przyjezdza!
edyta do nas przyjezdza!
edyta do nas przyjezdza!
29 lipca mina dwa lata
odkad zaczelismy robic rozmowy kontrolowane
to dosc dziwne uczucie uswiadomic sobie,
ze juz dwa lata robi sie cos,
co zaczelo sie robic niemal rok po wyjezdzie z polski.
juz za chwile znow przytulimy
zaniedbanego tamtarama.
bedzie juz normalnie.
no, prawie normalnie.
z okazji cudu - bo uwazamy, ze cud to niebywaly,
ze jest juz 25 lipca roku panskiego 2011
a swiat jeszcze istnieje
ten wpis jest ostatnim wpisem
bez polskich znakow i wielkich liter.
jako napisali tako uczynia
pierwszy toast nowokieliszkowy
wznieslismy „za wszystko!”
Czerwiec 20, 2011
Jedziesz na wakacje do Tajlandii?

Szkoła dla najmłodszych – Nupo 2010
Z okazji Światowego Dnia Uchodźcy – małe przypomnienie…
Dokładnie rok temu przeżyliśmy jeden z najbardziej poruszających i znaczących momentów naszej trwającej ponad dwa i pół roku podróży. Wraz z Kingiem Zero, jednym z przywódców Szafranowej Rewolucji, odwiedziliśmy Nupo, położony przy zachodniej granicy Tajlandii obóz uchodźców birmańskich.
Tu: http://www.tamtaram.pl/index.php/2010/08/31/nielegalni/ można o tym przeczytać.
Po przeprowadzonych 7 listopada ubiegłego roku „wolnych” wyborach, niewiele się w Birmie zmieniło. Niestety niewiele też się o tym mówi.
Dlatego dziś, w związku ze Światowym Dniem Uchodźcy oraz wczorajszymi urodzinami laureatki pokojowej nagrody Nobla Aung San Suu Kyi, będącej dla Birmańczyków symbolem nadziei, postanowiliśmy o tym przypomnieć.
A co mają z tym wszystkim wspólnego TWOJE wakacje w Tajlandii?
Założone i prowadzone przez Kinga Zero, wspierające birmańskich uchodźców biblioteki The Best Friend Library znajdują się właśnie tam. W Mae Sot i w Chiang Mai na północy Tajladii. Poza wsparciem finansowym, nieustannie potrzebują też książek (po angielsku, birmańsku), komputerów, leków, przyborów szkolnych…
Być może masz w domu starego nie używanego już laptopa, który leży i się kurzy, podręcznik do nauki angielskiego czy inne z potrzebnych im rzeczy. Weź je ze sobą na wakacje i przejeżdżając przez Chiang Mai lub Mae Sot zajrzyj do jednej z The Best Friend Library (znajdują się bardzo blisko centrum – i tak pewnie będziesz tamtędy spacerować) i ofiaruj je ludziom, których przyszłość zależy od takich właśnie małych gestów. To naprawdę nic nie kosztuje, a każda nawet najmniejsza pomoc jest dla tych bibliotek bardzo ważna.
Biblioteki prowadzą bezpłatne kursy dla uchodźców.
W obozach są organizowane lekcje angielskiego – zazwyczaj, tak jak w przypadku opisywanego przez nas Tony’ego nauczyciele mają do dyspozycji tylko jedną książkę na kilkunastoosobową grupę uczniów.
Kiedy byliśmy w Nupo, mnisi uczący postaw obsługi komputera mieli do dyspozycji jedynie dwa wysłużone laptopy na kilkuset uczniów.
Te przykłady można by mnożyć.

Tak wyglądają prowadzone przez samych uchodźców lekcje angielskiego.
W podobnych warunkach uczą się dorośli.
Dla ludzi mieszkających w obozach, podstawą nadziei na wyrwanie się z impasu jest znajomość angielskiego – dzięki niej mogą próbować ubiegać się o azyl (głównie w Australii). Dzięki umiejętności obsługi komputera, łatwiej jest im znaleźć pracę jeśli ten azyl dostaną.
Pomyśl… Tajlandia oferuje nie tylko rajskie plaże, ale też możliwość zrobienia czegoś dobrego. Dodatkowe 2 kilo w Twoim wakacyjnym bagażu może zmienić czyjeś życie.
Czerwiec 13, 2011
hura! hura! hura!
a bylo to tak. jakis czas temu zdalismy sobie sprawe, ze nie zaprojektujemy i nie zlozymy calej ksiazki nad ktora pracujemy na naszym malutkim dziewieciocalowym acerku. mimo sympatii do jego wytrzymalosci na wszystkie nasze glupie pomysly tak duzego projektu na nim zrobic sie po prostu nie da. i tak kupujac go prawie trzy lata temu w ameryce poludniowej nie sadzilismy, ze przetrwa z nami tyle czasu. przekalkulowalismy nasze mozliwosci, potrzeby, plany i ciezar plecakow i okazalo sie, ze nie ma rady. potrzebujemy nowy komputer do pracy. mozliwie maly i lekki ze wzgledu na nasze szwedactwo i wystarczajaco mocny i duzy, zeby dalo sie na nim pracowac. jako, ze nasz malenki acerek dobrze nam sluzyl postanowlilismy zapytac wlasnie firme acer czy nie stalaby sie naszym sponsorem i nie dala nam nowego, rownie wytrzymalego komputera w prezencie. nie spodziewalismy sie za wiele, no bo kto wezmie powaznie dwojke powsinog co od ponad 2,5 roku syrenki nadwislanskiej nie widzialy. zostalismy jednak bardzo pozytywie rozczarowani. pan piotr stepinski z firmy acer odpisal nastepnego dnia i tak oto, po wymianie kilku maili i odczekaniu chwile na dostawe nowych komputerow, w piatek mama maugoski odebrala w warszawie nowiutenkiego acera timelineX 4830 tg.po wgraniu na niego kilku potrzebnych rzeczy przyleci do nas lada dzien. coz, znow okazuje sie, ze zycie jest pelne niespodzianek. tych dobrych rowniez:) ogromnie dziekujemy!
Czerwiec 8, 2011
hello, fuck you!
chodze w worku. na poczatku chodzilam w dlugich spodnicach, koszulce z krotkim rekawkiem i narzucona na ramiona chustka. to i tak o chustke konserwatywniej niz wiele z tutejszych kobiet. ale to mnie nawet cieszylo, bo wychodze z zalozenia, ze jesli sie rusza tylek ze swojego zascianka, to nalezy szanowac tradycje i zwyczaje odwiedzanych miejsc. nie bede wsrod muzulmanow paradowac w mini i przyciasnym topiku. znam inne sposoby wyrazania swojej niezaleznosci i wiary w wolnosc jednostki.
poza tym, po ponad dwoch i pol roku w drodze, ktora nas rzucala w zakatki naprawde przerozne, udalo sie nam przywyknac do calej masy lokalnych, nie zawsze latwych folklorow. trudno nas juz ruszyc podaniem wyzszej ceny – spokojnie targujemy; informacja, ze autobus za sekunde odjezdza, podczas gdy naprawde rusza po dwoch godzinach – siedzimy i czekamy; zamknieciem przed nosem poczty, kiedy na drzwiach wypisane, ze powinna byc czynna jeszcze trzy kwadranse – przychodzimy rano; nagabywaniem – kup to, kup sio, kup tamto, pogadaj, zajrzyj, skorzystaj. ot, najzwyczajniejsze roznice kulturowe.
a jednak – chodze w worku. worek to wielka chusta, ktora sie owijam przekraczajac prog domku w ktorym zamieszkalismy. nie znosze jej, ale zakladam, bo jeszcze bardziej nie znosze pozbawionych szacunku lepkich, bezmyslnych spojrzen. bo mimo, ze ja sie staram respektowac ich swiat, oni mnie nie szanuja. biala kobieta to kurwa. jestem workiem miesa, cyckow, posladkow, dziur. i nie jest to kwestia miejsca (dlugo sie wahalam nim napisalam to zdanie, pilnie rozwazalam wszystkie za i przeciw, jednak takie, nie inne sa moje doswiadczenia), ale, niestety, religii. podobnie bylo w malezji, na polnocnym wschodzie, najbardziej konserwatywnej czesci tego kraju i na poludniu tajlandii. zaden buddysta, katolik, nawet zaden hindus, choc ci na pol swiata slyna z pokatnych obmacywanek, nie gapi sie na kobiete tak jak muzulmanin. przykro mi to pisac, ale jest w tych spojrzeniach niezasluzona pogarda, jest jakas parszywa pewnosc, swiete przeswiadczenie, ze maja pelne prawo traktowac mnie jak przedmiot. kiedy cos kupuje, ani razu nie ruszyc bezczelnego wzroku z poziomu moich piersi, kiedy sie oburze, a mam do tego prawo bedac od szyi po kostki okutana szmatami, rozesmiac sie prosto w twarz i dalej sie wpatrywac. roznica kulturowa? czy moze juz brak kultury? bo brak szacunku na pewno. czemu tak nie patrza na swoje matki i siostry? czemu tak nie patrza na tabuny chinek, wszystkie jak jeden maz, paradujacych w szortach i malych, kusych bluzeczkach?
ktoregos dnia, w bukittingi, w ciagu niecalych dwoch godzin osiem wstretnych zaczepek. spojrzen nie ma co liczyc. zaczepka – nawolywania, obsceniczne gesty, komentarze i smiech.
innym razem – spacer. z gory, poboczem drogi. trzech gnojkow na motorze przejezdza raz, drugi, trzeci. rechot, jakies okrzyki, ktorych nie rozumiem. usmiecham sie tylko w duchu i ide sobie dalej. dzieciaki jeszcze przeciez. nagle slysze z tylu nadjezdzajacy motor i zanim sie zdaze polapac, czuje dziecieca lape prosto na swoim tylku. ale zostawmy sliski grunt damsko-meskich relacji. zostawmy tez religie.
jeszcze trudniejsze bywaja relacje ludzko-ludzkie. te, w najwiekszej mierze zatruwaja szkolniaki. na kazdym kroku „hello, skad jestes, dokad idziesz?”, „hello, jak sie nazywasz?”, „hello”, komentarz i chichot, hello, hello, hello. mijamy dwadziescia osob, slyszymy dwadziescia hello, mijamy trzydziesci osob, mijamy piecdziesiat osob… nieprawdopodobna lekcja opanowania. bo choc na pozor przyjazne, kiedy przyjdzie sie zmierzac z nimi troche dluzej niz przez kilka dni zaczynaja straszyc swoim drugim dnem. zaczynamy dostrzegac, ze w ogromnej wiekszosci nie chodzi o powitanie, o zwykle pozdrowienie. te zdaja sie pochodzic jedynie od starszych ludzi. a cala reszta? jak nawyk, bezmyslnie powtarzana, oklepana formulka, niewiele majaca wspolnego z ludzka ciekawoscia, z zainteresowaniem. bo „hello, skad jestes?”, zaczynamy zdanie i nagle do nad dociera, ze nikt odpowiedzi nie slucha. „hello, jak sie nazywasz?”, mowimy swoje imiona, tylko po to by zaraz cala gromadka dzieciakow zaczela je wykrzykiwac miedzy salwami smiechu. nie trzeba rozumiec slow, zeby pojac kontekst. bialy jest jak malpa, jak klaun, jak maskotka. kiedy jedziemy na plaze, co minute podchodzi ktos z telefonem w dloni, zeby nam zrobic zdjecie i sobie zdjecie z nami. jedno nieopatrzne powiedzenie „tak”, pomyslelismy, ze przeciez tez zdjecia im robimy, wiec czemu sie nie odwdzieczyc, sciagnelo cala plaze. ciagaja nas, przestawiaja, jeszcze ja, jeszcze z siostra, bratem, tatem, dzieckiem…
zeby nie zwariowac, probujemy znalezc jakies sensowne wyjscie. walczyc sie z tym nie da, wiec moze ignorowac? isc i po prostu nie slyszec wszystkich tych zaczepek. idziemy obok szkoly, akurat zaczela sie przerwa, tlum dzieciakow pod drzewem, wszystko wedlug schematu, skierowana do nas salwa pokrzykiwan. twardo idziemy dalej. kiedy nagle nie slysza zadnej odpowiedzi, ich zaczepne hello, znienacka sie wzbogaca. zamienia sie w rozzloszczone, wrzeszczane „hello, fuck you!” kto ich tego uczy?
ale jest nadzieja. po jakichs dwoch miesiacach mieszkania w maninjau, tomek wraca z targu, na ktorym kazdego dnia kupuje nam sniadanie i juz od progu krzyczy:
- kurwa, nie uwierzysz! przeszedlem cala droge, minalem wszystkie trzy szkoly, ludzi wszedzie pelno i nic! nikt mnie nie widzial, kumasz? nic! ani slowa! ani jednego hello!
od tego dnia bylo lepiej. znudzilismy sie im.
Czerwiec 4, 2011
niedziela

KLIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC ZDJECIA
karuzela, karuzela, na bielanach, co niedziela…
samo zaczyna sie nucic kiedy spacerujemy po weekendowym nabrzezu. dookola kicz. plastikowe szczescia unosza sie w powietrzu, balony malowane, sloniki, pieski tygryski. wzrok w nich utkwiony, teskny, westchnienie, bo mala raczka trzyma juz krokodyla. smutna lekcja zycia znienacka zaliczona, nie mozna miec wszystkiego. ale dzieciece mysli szybciej ulatuja, wiec za moment znow usmiech sciera resztki soli, bo oto wata cukrowa, cala w strojnych rozach owija sie zwinnym kokonem lekkiej, lepkiej slodyczy, daj!daj!daj!, slucham? poprosze, a, to co innego, niewazne krokodyle, sloniki, pieski, tygryski, nowa radosc nastala. za rogiem karuzela. wlosy rozwiane smiechem, kuszace wiruja spojrzenia, co z tego ze farba sie luszczy, ze rdza w oparcia sie wgryza, niewazne, podlotce zalotce jeszcze starcza fantazji, zeby byc krolowa, ksiezniczka cala w koronkach, na wpol omdlala mlodoscia, usciskiem pierwszych uniesien, tak sobie wyobraza, tu, tam siam, nawet w pariaman. pariaman jest niewielkie, jeszcze nie zna molochow, ziebionych klimatyzacja wielkich centrow handlowych, zlodziei prostej radosci bycia, zycia, zabawy. tu, coniedzielne wypady na niewielki placyk, plastikowe stoliki, kilka kramikow z jedzeniem, jakas hustawka, scena, ktos gra, ktos tanczy, ktos zerka, pstrykaja aparaty, rybacy czekaja na plazy, zeby za kilka groszy wyprawic na mala wyspe uciekajace od tlumu nastoletnie pragnienia pierwszych niesmialych spojrzen, pierwszego spaceru za reke.
znikajacy swiat.
Maj 30, 2011
pomidor

KLIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC ZDJECIA
za pierwszy, kupiony w maninjau kilogram pomidorow zaplacilam 10 tysiecy. tydzien pozniej kupilam je za szesc. potem za cztery. a od jakiegos juz czasu place, jak wszyscy, trzy.
targi na calym swiecie wygladaja na pozor identycznie. w pultusku, w oruro, w santiago, w bukittingi. ale identyczne nie sa, a to, co w nich najciekawsze, to powolne odkrywanie roznic. zeby sie do nich dokopac, nie mozna byc turysta, nie mozna pojsc z aparatem, przechadzac sie jak po muzeum. trzeba na nich kupowac. i to nie raz czy dwa. trzeba kupowac dluzej.
choc ceny sa zawsze umowne, na kazdym ta umownosc jest zupelnie inna. w malezyjskim georgetown kilogram to kilogram, rowniutko, co do grama. tu sprzedaja chinczycy, wiec cena zalezy od wagi. a wysokosc ceny? odwrotnie niz w maninjau, najpierw kusili nizsza, potem, po dwoch-trzech razach nagle podwyzszali. trzeba bylo pojsc dalej, do nastepnego stoiska i znow kupowac taniej.
jeszcze inaczej w boliwii. tam bylo chyba najbarwniej, bo wszystko zalezalo od humoru przekupki. indianie nie sprzedaja, indianie daja prezenty. ona nam daje w prezencie cos kolo kilograma jablek czy pomidorow. my jej dajemy w prezencie baknot kilkupesowy. dlatego najwiekszym wyzwaniem jest wzbudzenie sympatii, bo z jakiego powodu obdarowywac kogos, kogo sie nie lubi? zdarzylo sie kilka razy, ze dostalismy po lapach (to nie przenosnia lecz fakt) za grzebanie w towarze przed powiedzeniem dzien dobry. ale z drugiej strony, nieraz tez sie zdarzylo, ze po zwazeniu warzyw i ustaleniu ceny, w przyplywie dobrego nastroju przekupka dorzucala prawie drugie tyle. albo czosnek za darmo, albo kilka limonek. a nastepnego dnia, znow sie naburmuszala i zamiast kilograma dawala ciut ponad pol i cene dwa razy wyzsza. ot taki juz ich urok. na prozno by z tym walczyc.
wrocmy do maninjau. targ jest w kazdy wtorek. po kilku zaledwie tygodniach ludzie sie z nami witaja, w kramiku z przyprawami pani odklada nam zawsze dwie wiazki cynamonu, pan sprzedajacy kawe kiedy podchodzimy pakuje trzy torebki, gdzies tam z innego stoiska dobiega znajomy glos, chodzcie, jest dobra papaja, ktos nas zagaduje, ktos cieszy sie jak dziecko, kiedy wskazujac na tomka mowie, ze on jest szefem (bo tutaj mimo islamu panuje matriarchat) albo kiwa z uznaniem i poklepuje po plecach kiedy mi sie uda zabrac rowny kilogram (rowny znaczy plus-minus dziesiec-dwadziescia deko). ale to nie tych smiechow, przyjaznej zyczliwosci i otwartosci ludzi brakowac mi bedzie najbardziej, kiedy stad wyjedziemy. najszybciej chyba zatesknie za pewnym rytualem.
pomidory kupuje zawsze w tym samym miejscu. wiem dobrze, ze kosztuja trzy, czasem cztery tysiace. a jednak za kazdym razem:
- ile za kilogram? – pytam mimo, ze obie wiemy, ze znam cene.
- siedem tysiecy – mowi, mimo, ze wie, ze znam cene.
kucam, przebieram, ogladam, udaje, ze sie namyslam.
- drogo – mowie i wstaje.
- to ile mi zaplacisz?
- nie wiem, ale nie siedem.
- cztery
ciagniemy gre. znow kucam, marudze, glowkuje. pokazuje dwa palce i mowie:
- dwa. wiecej nie dam
- nie, za dwa nie moge, cztery, ostatnia cena – patrzy i sie smieje.
ja tez sie smieje i wstaje, udajac, ze odchodze. ona chwile czeka i krzyczy za mna:
- trzy! wracaj!
wracam i kupuje. i tak tydzien w tydzien. rytual jest rytual.
a zdjecia sa z bukittinggi, z targu sobotniego. nasz domowy, wtorkowy postanowilismy zachowac – egoistycznie – w pamieci.
kokosy z nieba
kokosy spadaja nam z nieba. fantastycznie? no nie wiem.
dziwne mamy w polsce pojecie o dobrobycie, ze to z nieba kokosy. bo takie na przyklad zdarzenie: tomek zamyka drzwi, ja czekam trzy metry od domku i nagle: pierdut! tapniecie. jakies pol metra ode mnie laduje wielki orzech z sila tak ogomna, ze az mi trzewia skacza. nie chce sie zastanawiac, czym by sie skonczylo przyjecie go na glowke. a to nic niezwyklego, zaden tam wyjatek. kokosy spadaja ciagle, wystarczy, ze troche powieje i leca z nieba jak grad. w zyciu juz nie zawiesze hamaka miedzy palmami.
oceany

LIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC ZDJECIA
no dobra, zrobmy test. nie sprawdzajac w atlasie ani nie glowkujac dluzej niz krotki moment, odpowiedz na pytanie: ile jest oceanow?
i co? ile wyszlo?
postanowilismy przyznac sie bez bicia: nam… wyszly trzy. pacyfik zobaczony, atlantyk zobaczony, wiec stojac na bialej plazy u brzegow indyjskiego przybilismy piatke z okazji zobaczenia wszystkich wielkich wod oplywajacych swiat. durni jestesmy, co? dobrze, ze kontynenty jakos nam sie zgodzaja.
to co? to kto jeszcze zdobedzie sie na szczerosc?
Kwiecień 28, 2011
made in china
- tomek zepsulo sie!
- jak to zepsulo? przeciez dopiero co TO kupilismy!
- ale nie dziala.
- sprawdz jaki geniusz karpat to wyprodukowal i proooosze niech to nie beda znow ONI.
- juz sprawdzilam. oni…
onych jest na tej planecie sporo ponad miliard, a TO… to wlasciwie kazdy przedmiot z napisem „made in china”. borykamy sie z tym problemem od momentu wyladowania w azji. nomen omen samolotem chinskich linii lotniczych. tym razem sie udalo? od tego momentu, kazda wyprodukowana przez tych geniuszy rzecz, na ktora sie natykamy, rozpada sie w tempie rozwoju chinskiej gospodarki. najpierw byly to ubrania. cieszylismy sie, ze nareszcie, po poltora roku spedzonym w podrozy, odnowimy swoja znoszona juz mocno garderobe. jednak wszystko, co kupilismy rozlazilo sie, prulo, spieralo, blaklo i rwalo po dwoch, gora trzech tygodniach. potem przyszla kolej na torby, pudelka, zeszyty, plyty dvd, zasilacz do komputera, igly do szycia, pisaki, sluchawki… wszystko co posiadalo na metce napis „made in china” przestawalo dzialac zazwyczaj w momencie, w ktorym tak naprawde zaczynalo byc potrzebne.
stwierdzenie „made in china” na stale weszlo do panteonu naszych powiedzen. kiedy pogoda zaczynala sie psuc to znaczy, ze byla made in china, autobus ktory rozkraczyl sie na skrzyzowaniu, jablko, ktore zgnilo, psi nastroj ktoregos z nas, nawet polska polityka… niezmiennie – made in china. z rozrzewnieniem wspominalismy ameryke, gdzie produkty made in uruguay, urosly do rangi wyznacznika poziomu swiatowej jakosci. spodnie z ekwadoru przezyly w nienaruszonym stanie ponad dwa lata. ktoregos dnia sprawdzilismy nawet sztucce uprowadzone z jednego z argentynskich hosteli, sluzace nam jako niezbedniki, a czasem jako proste narzedzia do wszystkiego. skoro nadal dzialaja to sa… industria brasilera.
w koncu pojawilo sie w naszych glowach pytanie. po co to wszystko? po co w sklepie sa zestawy 15 niescierajacych chinskich gumek, skoro nam wystarczy jedna scierajaca. po co sa komplety 30 tepych i lamiacych sie igiel do szycia, skoro nam potrzebna jest jedna ostra. dlaczego wszedzie dostepne sa tylko tanie, uniwersalne zasilacze do komputera, skoro my naprawde mozemy kupic troche drozszy, oby tylko dzialal dluzej niz miesiac. po co male chinskie raczki z wielkich chinskich fabryk zalewaja ten swiat setkami, tysiacami, milionami bezuzytecznych przedmiotow, ktore niemalze zaraz po wyprodukowaniu trafiaja na smietniki, wysypiska, gory odpadkow made in china. pietrza sie w azji przy kazdej drodze, przy kazdym domu, powoli wypierajac dzungle i pola, a rzeki zamieniajac w sciek. czy nie mozna by bylo mniej a dobrze? kto wmowil chinczykom, ze ludziom potrzebny jest ten caly, wszechogarniajacy chlam? kto wmowil swiatu, ze potrzebne nam sa miliardy rzeczy udajacych rzeczy? utoniemy za chwile w tym smietnisku. i bedzie to tym dotkliwsze, ze…
- …margolcia, a wiesz, ze ONI w koncu wyprodukuja niesmiertelnosc?
- tak? jak?
- po prostu. sprzedadza smierci kose. made in china.
Kwiecień 26, 2011
cwiczenie humorystyczne

KLIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC ZDJECIA
wypis z wielkiej ksiegi poskramiaczy zlych nastrojow.
(naszego autorstwa oczywiscie)
kiedy dookola chandry, chmury i humory, nalezy zrobic tak:
1. zmyslasz najbardziej niawiarygodna historie, wyolbrzymiasz, klamiesz nieprawdopodobnie, ile sil w absurdzie.
2. na samym koncu pytasz: wierzysz?
3. ten kogo pytasz odpowiada: no. wierze.
nie wiadomo jak to sie dzieje, ze mimo, ze wiadomo, ze ani historia prawdziwa, ani slowa wierze nie uczciwe, to jednak cieszy to wszystko jak umazane czekolada paluchy w dziecinstwie.
a my tu, poszlismy do lasu, zupelnie przypadkiem, po pokonaniu trzech wielkich pytonow bananowych, po przejsciu wielu kilometrow w dzikiej i niedostepnej dzungli znalezlismy w koncu raflezje – najwiekszy kwiat swiata. tomek glodny szalenie, nie zastanawiajac sie dlugo, wtrabil ja bez popijania. trafilismy niniejszym do ksiegi rekordow guinessa w kategorii jedzenie bez picia.
wierzysz?
Kwiecień 23, 2011
harau valley (indonezja)

KLIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC ZDJECIA
- ale dzis goraco, niemal jak w chaco (paragwaj)
- o rany! patrz jak ta dolina wyglada! zupelnie jak la chota (ekwador)
- acha. a kolor ziemi jak w misiones (argentyna)
- no. widzisz ten klif? glowe bym dala, ze to tupiza (boliwia)
- a patrz na ten wodospad! jak w hispaw, co nie? (birma)
- i jaka przestrzen. jak w puerto ibanez (chile)
- ty! zobacz ile grzybkow! jak przed la paloma! (urugwaj)
- cholera, jakie kot!- acha. do niczego nie podobny.
Kwiecień 20, 2011
minang kabau

KLIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC ZDJECIA
bardzo dawno temu, kiedy jeszcze swiat wygladal zupelnie inaczej niz dzis, armia sasiedniego ksiestwa postanowila podbic ziemie zamieszkale przez przodkow minangkabau. rozgorzal spor o zyzne tereny zachodniej sumatry. jednak lokalnym plemionom walka nie byla na reke. po dlugiej naradzie zaproponowali wiec najezdzcy, by zamiast wojsk, konflikt rozstrzygnely zwierzeta. kazda ze stron miala wystawic do walki na smierc i zycie wodnego bawola. pewny swego ksiaze przystal na propozycje. ustalono termin starcia.
kiedy nadszedl dzien pojedynku, przodkowie minangkabau zaskoczyli swego rywala. podczas gdy najezdzcy wystawili do walki najpotezniejszego, najsilniejszego i najbardziej agresywnego bawola, ci wpuscili na ring mlode, niepozorne, ale niekarmione od kilku dni ciele.
okazaly, mocny samiec zignorowal tak banalnego przeciwnika, nawet nie ruszyl sie z miejsca w oczekiwaniu na godnego siebie rywala. ale wyglodniale ciele z desperacja pognalo w jego strone. niecierpliwie poszukujac wymion, naostrzonymi jak sztylety rogami rozprulo brzuch kolosa i wygralo pojedynek.
szanujac warunki umowy, najezdzcy wycofali sie i juz nigdy wiecej nie niepokoili tutejszych plemion. te zas, dla upamietnienia triumfu przyjely nazwe minang kabau, zwycieski bawol i od tamtej pory zaczely wienczyc swe domy strzelistymi, przypominajacymi ostre rogi dachami.
Kwiecień 7, 2011
canoe
telewizora nie ma. jest widok. widok to kilka palm, waski pasek plazy i mniej lub bardziej spokojna stalowa tafla jeziora.ten serial nie ma stalych godzin nadawania. poprzedza go nie reklama, ale glosny chrzest drewna o kamienista plaze. serial zaspokaja, jak na serial przystalo, zespol uczuc nizszych. w tym, perfidna zlosliwosc. choc jest dosc monotonny, ten sam, jeden odcinek w swoich kolejnych odslonach – nigdy nam sie nie nudzi. a wyglada to tak:na brzegu stoi canoe. canoe, to sredniej wielkosci, chybotliwa dlubanka. kazdy nowy turysta ladujac na tej plazy, tuz po zrobieniu zdjecia kot/pies/jezioro/gory, pragnie canoe poplynac. najpierw je obchodzi, z prawej, z lewej strony analizujac bacznie szanse na przezycie. niektorzy zasiegaja jezyka u wlascicieli, czy „to to” wogole plywa. inni, nie tracac czasu energicznie sprawdzaja: wiosla, wypornosc, konstrukcje oraz probuja okreslic, gdzie jest przod, a gdzie tyl. gdyby canoe mialo kola, zapewne by sie nie obylo bez paru kopniec w oponke. w koncu przychodzi decyzja: raz kozie smierc, plyniemy! moment ten mozna poznac po nerwowych wymianach: wciskaniu aparatu i wyrywaniu wiosla. jest to rzecz wielce istotna – kto dzierzy wioslo, ma wladze. kto zas dzierzy aparat… zostaje z nim na brzegu, zeby robic zdjecia wielkiemu zdobywcy jezior. zaczyna sie zabawa. piski, krzyki i wrzaski nieswiadomych swej roli turystow, probujacych wsiasc do niestabilnej dlubanki, kaza nam zajac miejsca w naszej lozy szydercow. tu sie bowiem konczy czesc wspolna przedstawienia. technik wioslowania jest tyle, ile odcinkow serialu. najbardziej klasyczny jest styl „pruj ile pary w bicepsie, nim ta cholera nie skreci”. oznacza to zazwyczaj nerwowe pacniecia z jednej, i szybko z drugiej strony. po jednej, dwoch takich seriach canoe zaczyna zataczac bezlogiczne kregi, obracac sie przodem do tylu, po chwili tylem do przodu, krecic zlosliwe baczki, kompletnie nic sobie nie robiac z desperackich wysilkow utrzymania kursu. przecietni przeplywaja tym oblakanym zygzakiem, dziesiec, pietnascie metrow. to im zazwyczaj wystarcza. inni, bardziej uparci wracaja na brzeg po partnerke (to one zazwyczaj zostaja), biora drugie wioslo i probuja miarowo wioslowac z obu stron na raz. dziala to tylko ciut lepiej niz samotna walka. bowiem po kilku minutach dama musi odpoczac, napic sie, poopalac. ale zostawmy pary.naszym ulubiencem zostal niejaki kurt. kurt jest zdziwaczalym, niemieckim kawalerem. nie bardzo go lubimy. nie wiem, moze dlatego, ze codziennie rano wita nas po rosyjsku namolnie nam wmawiajac, ze polski i rosyjski to przeciez ten sam jezyk i powinnismy rozumiec. owszem, rozumiemy, ale szlag nas trafia kiedy jeden najezdzca upiera sie do nas mowic w jezyku drugiego najezdzcy.kurt dodal dramatyzmu naszemu serialowi. po dwoch dniach analizy jak radza sobie inni, zdecydowal sie uzyc obu wiosel na raz. ale po kolei. poniewaz postanowil zdobyc canoe sucha stopa, oszczedzajac tym biale jakis czas temu skarpetki, chwile mu zajelo wykombinowanie: od frontu je brac, czy od flanki. w koncu wybral burte. nie bez trudu wsiadl, usiadl, ulozyl swoj parasol, przy parasolu torbe, i kiedy juz, juz mial wyplynac, zorientowal sie nagle, ze zamiast sie unosic, canoe wbilo sie w piach. proba druga. odsunal je troche od brzegu i w akompaniamencie dziwacznych akrobacji umoscil sie w srodku. niestety, znow stal jak wryty. za trzecim razem mial szczescie, nagly podmuch wiatru odsunal go od brzegu. tytanik ruszyl w rejs. dlubanka, jak to dlubanka, podatna na kazdy ruch wiosla, przy wioslach dwoch – oszalala. rozpoczela pokraczny taniec swietego wita. w prawo z rozmachem! w tyl zwrot! w glebiny! obrot! do brzegu! probowalismy zgadnac w ktora ze stron swiata kurt ma zamiar plynac, jednak po krotkiej chwili sledzac tor jego kursu, zgodnie doszlismy do wniosku, ze chce poplynac w s z e d z i e. poziom napiecia rosl wraz z kazdym kolejnym metrem dzielacym canoe od brzegu. jednak po pol godzinie zlosliwej obserwacji kurta walczacego z wioslami, kierunkiem, wiatrem, dlubanka oraz podstepnym, iscie antyniemieckim nieporzadkiem rzeczy, nawet nam(!) sie znudzilo. wyraziwszy nadzieje, ze coraz silniejszy wiatr wywieje go hen w jezioro, dzieki czemu rano nareszcie nie uslyszymy jego „kak zywiosz”, wrocilismy do pracy.po kolejnej godzinie uslyszelismy znajomy chrzest kamieni na plazy. wystawilismy dzioby. czerwony ze zlosci kurt, spogladajac z gory na wlasciciela hotelu wreczal mu oba wiosla i z mocnym, tyrolskim akcentem oswiadczal, ze on nie wie do czego „to cos” sluzy, ale do plywania, na pewno nie nadaje. wlasciciel podobnie jak my, z trudem zdusil smiech. tomek blyskotliwie rzucil cos o u-botach. i tak nam szczesliwie minelo kolejne popoludnie.no coz, nie jestesmy swieci. mozna by nawet powiedziec, ze jestesmy dosc wstretni. ale to chyba dobrze. jakis czas temu slyszalam, ze swieci swieca w ciemnosci. to bardzo niepraktyczne. spac ciezko przy zapalonym,
Kwiecień 2, 2011
„miejsce do zamieszkania nalezy wybierac z rozwaga”

KLIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC ZDJECIA
sa na swiecie rzeczy, ktore sie zwyczajnie wykluczaja. ot chocby nie da sie jednoczesnie siedziec na dupie i podrozowac. niestety, na dluzsza mete, nie da sie tez pisac ksiazki i nie siedziec na dupie. kazda proba zignorowania tej prostej prawdy, konczyla sie wieksza lub mniejsza katastrofa. a to kabel komputera wyrywal sie z gniazdka, a to deszcz zalewal klawiature, a to wiatr porywal zapiski, a to fala zmywala notatki z plazy… oj, dlugo by wymieniac. dlatego jakis czas temu, dolaczylismy do grona niejezdzacych. moznaby sie upierac, ze wciaz jestesmy w drodze, ale troche na przekor, lubimy sobie myslec, ze a wlasnie, ze nie.jak to kiedys szymon wcale zgrabnie ujal: „miejsce do zamieszkania nalezy wybierac z rozwaga”. po szybkim rozwazeniu kilku za i przeciw padlo na maninjau. dluga liste plusow psul tylko jeden minus.domek jest sliczny, drewniany i ze sporym tarasem, w pokoju na jednej ze scian nawet sztuka wisi – dzikie konie w galopie, jest lozko z szara:) posciela, duza, jasna lazienka, dwa stoly wlasnej roboty i dwa lustra z przydzialu. wstajemy sobie ze sloncem, pol godziny cwiczymy, potem sie myjemy, idziemy po sniadanie, sniadanie to papaja zmieszana z bananami, do tego placki z kokosem i lokalna kawa z lokalnym cynamonem. jest kawalek plazy, jest ogromne jezioro, w ktorym mozna plywac w czasie przerwy w pracy, to nawyk jeszcze z warszawy (rafal, juz nie moge ciagle o tobie sluchac), tomek rysuje, ja pisze tak mija osiem godzin i mimo malych kryzysow calkiem nam z tym dobrze. pierwszy raz od polski zauwazamy weekendy, bo musimy je miec, chocby i we srode, zeby nie zwariowac.dookola sa gory, po ktorych mozna chodzic, jest dzungla zeby sie spocic i wodospady, by umyc. we wtorki jest targ u nas, w piatki w pobliskim bajur, w soboty w bukittingi. bukittingi to miasto, rzadko tam jezdzimy, bo jest glosno i smierdzi. ale za to sa lody. u nas lodow nie ma.do oceanu bedzie z 20 kilometrow, jeszcze tam nie bylismy, bo sie nie zlozylo. jest tez kilka wulkanow, jeden z nich aktywny, jest dlubane caonoe, ktorym sobie plywamy, a zycie nas kosztuje 9 dolarow dziennie. mamy nawet psa, nazwalismy go „no name”, wszedzie z nami lazi, ostatnio sie zakochal; kilka kotow i cmy. no ale przede wszystkim, mamy swiety spokoj. no dobrze, a ten minus? niestety nasze dusze musza stawic czola niemalemu wyzwaniu. zyjemy wsrod muzulmanow, wiec jak to w islamie bywa: nie ma alkoholu. ale… nawet ta zgroza, ma w sobie pewna zalete. sprawia, ze nigdy w zyciu nie wpadniemy na pomysl, zeby tu zostac na zawsze.
Kwiecień 1, 2011
eeech…
![]()
prima aprilis nam sie… nie udal. mialo byc z krakowskiego przedniescia, z przekaski, a jest z szarego londynu, w ktorym utknelismy. No chyba ze prima aprilisowo zartuja, ze nie ma ani dwoch miejsc w ani jednym samolocie do polski. wierzcie albo nie. my idziemy na herbatke. kurwa.
a jutro, mamy nadzieje, gorzka zoladkowa pod rotunda! od trzech lat wleczemy ze soba sliczne prawdziwe 100 PLN!
Marzec 22, 2011
dzie-ku-je-my!

KLIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC ZDJECIA INEZ
KLIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC ZDJECIA KONRADA
A TU ZESMY LZY WZRUSZENIA RONILI:)
no i zima poszla z dymem!
pieknie dziekujemy, jestesmy naprawde wzruszeni, poruszeni, zaskoczeni, ze i tyle osob i pozdrowienia i tort i taka wielka dzieciakow gromadka i rodzice… no az przez chwile zawahalismy sie czy przypadkiem nie wrocic. zwlaszcza, ze tam ta wiosna a tu, nie wiadomo jak to sie stalo – jesien sie nagle zaczela. pierwszy raz od roku w polarach siedzimy.
wyglada na to, ze zestaw warszawskich wiedzm, widzminow i wiedzmiatek byl porazajaco skuteczny.
sciskamy goraco z zimnej sumatry, nawet nie wiecie jak cudownie jest was wszystkich zobaczyc:)
Marzec 10, 2011
III miedzykontynentalne palenie marianny juz tuz!
juz trzeci raz marzanna made in tamtaram, przy czym tym razem tam – to indonezyjska sumatra, bedzie przeganiac zime! goraco (a jakze!) zapraszamy w niedziele, 20 marca na godzine 13.00 (bo wiadomo, po trzynastej, to juz mozna wszystko:) pod kolumne zygmunta.
stamtad, znana juz niektorym, kaowiec inez & Co. (przepieknie dziekujemy!), poprowadzi na nadwislanski brzeg, by dopelnic prastarego obrzadku.
wodka i zakaski we wlasnym zakresie. dzieci mile widziane. za zachowania rodzicow odpowiadaja rodzice.
zapraszamy! tamtara my.
ps. podaj dalej:)
Marzec 8, 2011
„australia”

http://www.otwarte.eu/index.php/books/show/128
miedzykontynentalna (wspol)praca wrze! kolejny jej owoc juz na polkach polskich ksiegarn. tym razem, zrobiona przez nas okladka ilustruje opowiesc o australii.
polecamy!
Marzec 4, 2011
buru babi

KLIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC ZDJECIA
buru znaczy polowac. babi zas, to swinia. ale buru babi to wiecej niz zwyczajne polowanie na swinie. niezwyklosci jest kilka i sa na tyle subtelne, ze tutejsi ludzie zdaja sie ich nie wyczuwac. uznaja za oczywistosc to, co kawalek dalej, na wschod, poludnie, czy polnoc oczywiste nie jest. kluczem jest slowo „haram”- w kulturze, religii islamskiej – nieczyste, zabronione. wszedzie ten zakaz jest swiety, scisle respektowany. a jednak tu, w maninjau, tradycja wygrala z religia.
zobaczyc na tle meczetu biegajacego psa jest rzecza dosc niezwykla. poniewaz psy sa haram, wszedzie gdzie sa muzulmanie jest ich po prostu niewiele. ale zobaczyc psa, zadbanego, w obrozy, prowadzonego na smyczy przez kogos, kto za godzine wroci do tego meczetu i sie w nim pomodli, to naprawde kuriozum. a jesli dodac do tego fakt, ze pies jest kupiony za rownowartosc dwoch pensji, przez caly rok byl szkolony i jest karmiony miesem, nie ma watpliwosci: jestesmy wsrod minangkabau, ludzi od wiekow zyjacych tradycja buru babi.
mieszkancy zachodniej sumatry polowali od zawsze. utrzymujac sie z roli: ryzu, warzyw, tapioki, mieli jedno strapienie – stada dzikich swin. te w czasie nocnych uczt sialy spustoszenie na uprawianych polach. nie majac w okolicy naturalnego wroga, zaczely rosnac w sile. tym samym wroga zdobyly – uzbrojeni w psy ludzie zaczeli na nie polowac. kiedy zachodnia sumatra zostala najechana przez pochodzacych z polnocy wyznawcow mahometa, tradycja buru babi byla na tyle juz silna, ze mimo iz minangkabau przyjeli wiare proroka, starodawny obyczaj skutecznie sie jej oparl. i tak pozostalo do dzis – pobozni muzulmanie trzymaja w domu psy (haram) i dwa, trzy razy w tygodniu jada z nimi do dzungli, by zabijaly swinie (haram jak najbardziej), ktorych mieso potem, dzielone jest na kwalki i z lasu zabierane (koran wyraznie mowi, zeby swininy nie ruszac), by szkolic do polowan kolejne psie pokolenie. inshallah.
Luty 21, 2011
zima jest glupia!

KLIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC ZDJECIA
poniewaz:
1. wszyscy wrocili juz z nart
2. ci co nie wrocili zaraz wracaja
3. po tylu miesiacach mrozu, komary szlag trafil
4. i pkp i drogowcy sa juz kompletnie pozaskakiwani
5. najwyzszy czas by przynajmniej czesc balwanow zniknela
6. jak znamy zycie, wlasnie zaczynacie marudzic, ze dosyc juz tej zimy
to:
postanowilismy was wspomoc i popelnic trzecie miedzykontynentale palenie marianny. ale zanim do tego dojdzie, dojsc najpierw musi marianna. po dlugim tygodniu ciecia, giecia, dziurawienia i klejenia, nieniejszym, wlasnie ja wyslalismy, zdobywajac tym samym:
1. sprawnosc mnicha (wedlug nas)
2. sprawnosc kretyna (wedlug miejsowych),
bo przez 7 dni robilismy cos, co ma splonac w trzy minuty.
coz, widac ze w zyciu zimy nie mieli.
to co? trzymajcie kciuki, by dziewcze doszlo szczesliwie!
Luty 17, 2011
rybi pogrzeb

KLIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC ZDJECIA
jezyk natury jest prosty. im zywszy, jaskrawszy kolor, tym wiecej smierci niesie. na co dzien stalowo-brunatne jezioro maninjau olsnilo nas wscieklym turkusem. przystrojone ta barwa wygladalo jak klejnot. jednak to nie dla piekna, stojacy na brzegu ludzie wpatrywali sie w jego ton.
maninjau, tak jak wiekszosc jezior indonezji, zalewa krater wulkanu. otoczone strzelista, rowna, skalna korona tworzy wokol siebie zielony pierscien bujnosci. niezwykle zyzna ziemia wspierana klimatem rownika, przez okragly rok obdarowuje plonami. splywajaca z gor woda nawadnia pola ryzowe. bananowce, mango, kokosy, papaje, awokado – na pierwszy rzut oka – raj. ale ten wulkan nie spi. choc juz od bardzo dawna nie stanowi zagrozenia, od czasu do czasu, wystawia slony rachunek za dobrobyt.
kilkanascie lat temu, pod koniec lat dziewiecdziesiatych, brzegi tego jeziora zaczely szybko obrastac wspierajacymi rodzinne budzety rybimi farmami. dzieki nim, okoliczni mieszkancy moga zyc troche lepiej. kiedys, ograniczeni tradycyjnymi metodami polowu – siecia zarzucana z chybotliwej dlubanki – mogli zapewnic jedzenie sobie i swoim rodzinom. dzis, dzieki hodowlom, moga ryby sprzedawac. zbudowanie malej, czterobasenowej farmy kosztuje 7 milionow rupii, siedemset dolarow. do tego dochodzi koszt ryb, 150 rupii za sztuke i pokarmu. to bardzo duza inwestycja, ale sie oplaca. ryby zyjace na wolnosci potrzebuja pol roku, by osiagnac wielkosc pozwalajaca na polow. te z farm, polowe mniej – juz po trzech miesiacach mozna je wiezc na targ.
stojacy przy brzegu mezczyzni zywo dyskutuja. wyciagniete w strone turkusu mocne, umiesnione rece zataczaja szerokie kregi. nagle wskazuja punkty na blekitno-zielonej powierzchni. wtedy dwoch z nich odchodzi, wraca po chwili z motykami i zaczyna kopac doly. watpliwosci i nadzieja zniknely, ryby zaczely umierac.
kiedy wulkan sie budzi, rozsiane na dnie jeziora, zasilajace je w wode gorace zrodla wylpuwaja zgromadzona w jego wnetrzu siarke. to ona daje tafli ta niepowtarzalna barwe. ale odbiera tlen. dzikie ryby, rozproszone na ogromnej przestrzeni jakos sobie radza, jednak te hodowlane, stloczone w niewielkich kubikach farm, zaczynaja sie dusic. w przeciagu kilkunastu godzin zanurzone w wodzie sieci wypelniaja sie polyskujacym srebrem rybich brzuchow. niewiele juz mozna zrobic. rybacy mozolnie wylawiaja padline i zaczynaja segregowac. przegladaja rybe po rybie, wyszukujac te jeszcze na tyle swieze, by nadawaly sie do uwedzenia. jest ich niewiele. przytlaczajaca wiekszosc laduje w prostokatnych, przypominajacych groby dolach. straty sa ogromne, tym razem, pracujacy przy brzegu mezczyzni szacuja, ze w sumie, wszystkie farmy stracily jakies 8 ton ryb. za kazdy kilogram dostaliby na targu 17,000 rupii, prawie dwa dolary. przecietna pensja nauczyciela wynosi niecale dwiescie, wielu ludzi na wsiach zyje za 60-70.
jeszcze calkiem niedawno, wulkan budzil sie rzadko, raz, dwa razy do roku. niepewnosc zycia w kraterze zmusza do akceptacji, uczy pogodzenia z kaprysami natury. tutaj, jak nigdzie, wiadomo, ze jutro jest niepewne. nie trzeba o tym myslec, trzeba zyc dniem dzisiejszym. zyski z hodowli ryb pokrywaly straty. ale ostatnie miesiace zachwialy ta rownowaga. odkad w pazdzierniku wybuchl wielki merapi w centralnej czesci jawy, tutejszy senny maninjau nabral nagle wigoru. dzisiejsze rybie pogrzeby sa juz czwartymi z kolei w ostatnich pieciu miesiacach. kiedy przyjda nastepne? nikt nie potrafi powiedziec, natura nie zwykla sie dzielic swoimi tajemnicami.
Luty 14, 2011
walnientynki
czekalismy na to prawie trzy lata. dobra tradycja wskakiwania na golasa do fontanny (i co z tego, ze wodospad!) znow ozyla!!!
z okazji innej tradycji (i co z tego, ze nie obchodzimy) zyczymy wszystkim wszystkiego walnientego.
Luty 13, 2011
autobus

KLIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC ZDJECIA
postawilismy na luksus. wlasciwie to nie my, to zycie postawilo, bo opcje ekonomiczne byly juz zajete. ale co tam, niech bedzie, ze to nasza decyzja. pojechalismy ekspresem.
zapowiadalo sie niezle, za dumnie brzmiaca nazwa super-executive, wedlug wlascicieli owego lux-pojazdu kryla sie szybka podroz, rozkladane fotele, komfort klimatyzacji, przystanki na posilki, rozrywka w postaci muzyki oraz toaleta. nie zabraklo niczego. i to jak nie zabraklo! iscie spektakularnie!
mamy juz za soba przebyta niemal w calosci najdluzsza trase swiata, cztery dni w autobusie z boliwii do kolumbii sa nie do przebicia – tak sie nam wydawalo. skad moglismy wiedziec, ze super-executive ma wszystko naprawde super.
jak na tutejsze zwyczaje autobus sie spoznil niewiele, niecale trzy godziny. szczescia mielismy duzo, przyjechal prawie pusty, moglismy sobie wybrac gdzie chcielibysmy siedziec. dwa kwadranse komedii, zmieniania kolejnych foteli, bo te sie rozkladaly, super rozkladaly, dokladnie na kolana pasazerow z tylu, powrotu oparc do pionu standard nie przewidywal. w koncu udalo sie znalezc dwa nie do konca zepsute. gra byla warta swieczki, mielismy do przejechania 500 kilometrow, wiec wedlug rozkladu jazdy „my wiemy, ze wy wiecie, ze wiemy, ze w indonezji ow rozklad ma sie nijak do rzeczywistosci”, czekalo nas conajmniej 16 godzin podrozy.
w odroznieniu od wielu publicznych srodkow transportu, nasz autobus mial okna. super szczelne okna. w tym kraju pala wszyscy. pala jak szaleni, tak jakby ich przerazalo oddychanie tlenem. kiedy papieros sie konczy, nerwowo szukaja paczki, by siegnac po nastepnego. w ciagu kilku godzin pasazerow przybylo. w tym kraju pali sie wszedzie, wiec rowniez w autobusie super-executive z super szczelnymi oknami. choc siedzielismy z przodu, po niedlugim czasie, kierowca i jego koledzy znikneli nam z pola widzenia osnuci klebami dymu. znikajac, zdazyli jeszcze zadbac o nasz komfort. wlaczyli klimatyzacje. tak, super klimatyzacje. polar, drugi polar, chustka, kaptur na glowe, siedzace obok dzieciaki zaczely pochlipywac. ktos kiedys opowiadal, ze poszedl raz spytac kierowce, czy moglby troche mniej chlodzic. w odpowiedzi uslyszal, ze przeciez za to zaplacil, wiec nawet nie wypada. coz, zelazna logika. myslmy pozytywnie, dzieki klimatyzacji mielismy troche tlenu. tej mysli nalezy sie trzymac. zreszta nie bylo czasu zajmowac sie taka drobnostka, bo oto w ruch poszla muzyka. walnelo, zgrzytnelo, pisnelo i zadudnilo. basy zatrzesly trzewiami, z ekranu telewizora miejscowi supermeni rzucili w strone dam powloczyste spojrzenia, a zachodzace slonce powialo romantyzmem. miejscowym sie podobalo. kiedy dzien sie skonczyl, droga zaczela sie wic. i wczesniej prosta nie byla, lecz teraz zaczelo bujac, kiwac i kolysac na wszystkie mozliwe strony. trans-sumatrian highway jest waska jak niteczka, pelna kretych serpentyn i sklada sie glownie z dziur. gdy wjechalismy w gory, nasza sasiadke zemdlilo. jej ostatni obiad wyladowal w koszu. co nie trafilo do kosza, poszlo na podloge. sasiad siedzacy po skosie uraczyl ja klebem dymu. do miksu obiadowego dolaczylo sniadanie. mrozaca klimatyzacja, ogluszajaca muzyka, rozwalone fotele, szczypiace chmury dymu, gorski roller-coster. co jeszcze moze sie zdarzyc? i wtedy zdarzyl sie cud! kierowca zdecydowal, ze pora na posilek. oznajmil to glosnym akordem „ajlowju moja mila” w rytmie karaoke i szarpiac zaparkowal. nastala bloga cisza. sasiadce odeszly wymioty, spojrzala zaciekawiona, zabrala bambetle i wyszla. wystrzelilismy za nia. cokolwiek nas tu spotka, moze byc tylko lepiej. w przydroznej knajpce ryz. z czym? z muchami na pewno. po chwili pani doniosla kurczaka w kolorze wegla. zjedlismy za slodkie omlety po drugiej stronie drogi i stanelismy z boku, chlonac lapczywie krotkie, pelne tlenu chwile.
przed nami bylo jeszcze dwanascie godzin jazdy.
Luty 4, 2011
batakowie

KLIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC ZDJECIA
- a czlowieka bys zjadl?
spoglada znad szklanki tuaku, usmiecha sie szelmowsko i bez zajakniecia wypala:
- pewnie ze bym zjadl!
- a jadles kiedys? – nie wiem na ile chce sie popisac, na ile mowi powaznie.
- ja nie. ale dawniej jedlismy. – zaciaga sie, bierze gitare i zaczyna grac.
batakowie sa dumni z ludozerczej przeszlosci. zreszta nie tylko z niej. sa dumni ze wszystkiego: niezlomnych charakterow, odrebnego jezyka, smykalki do muzyki, tkactwa i rzezbiarstwa, swoich przodkow, religii, wielkiej walecznosci. niezwykle silne plemie.
jest juz dosyc pozno, siedzimy w jednej z setek malych, lokalnych knajpek. rozsiane przy kazdej drodze, jak magnes codziennie sciagaja wszystkich tutejszych mezczyzn. juz wczesnym popoludniem zaczynaja serwowac miejscowy „natur produkt” – tuak, palmowe wino. gdy w glowach troche zaszumi, do wina dolacza gitara i zaczynaja sie spiewy. spiewac potrafi tu kazdy, muzyke maja w genach, tradycyjne piosenki znaja od kolyski.
lake toba jest miejscem szczegolnym. to gigantyczne jezioro wypelnia ogromny krater jednego z superwulkanow. dzis jest juz nieaktywny, ale jego wybuch 70 tysiecy lat temu zmienil klimat na ziemi. to byla najwieksza eksplozja jaka sie zdazyla przez ostatnie 25 milionow lat. trzeba spojrzec na mape, by sobie uzmyslowic skale tego kolosa. strzeliste resztki krateru ciagna sie sto kilometrow z polnocy na poludnie. szerokie na trzydziesci otulaja lake toba – najwieksze wulkaniczne jezioro na calej ziemi.
wiele wiekow temu, przybyle z polnocy plemiona znalazly tu swoj dom. izolowane gorami stworzyly odrebna kulture, religie i mitologie. ich czescia byl kanibalizm.
do dzis w sasiedniej wiosce mozna ogladac miejsce, w ktorym jeszcze pod koniec 19 wieku zabijano, pieczono i zjadano ludzi. batakowie jedli nie tylko swoich wrogow. smiercia karano czesc zbrodni. wtedy rodzina skazanca musiala dostarczyc sol, czerwony pieprz i limonki, na znak akceptacji wyroku i odstapienia od zemsty. wedlug niektorych zrodel, zjadano takze bliskich, ktorzy ze wzgledu na wiek nie byli juz zdolni do pracy. coz, co kraj, to obyczaj.
Luty 1, 2011
pepek swiata

KLIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC ZDJECIA
gdyby nagle warszawa stala sie dzielnica buenos aires, nikt by tam pewnie nawet nie zauwazyl, ze sie cokolwiek zmienilo.
dla miliarda chinczykow jestesmy niczym wiecej, niz jakims niewielkim plemieniem, zyjacym na skraju europy.
mala dziewczynka z alausi na informacje, ze jestesmy z polski, a polska ze w europie, pyta: a gdzie jest europa? usmiechasz sie poblazliwie? a wiesz gdzie jest alausi?
bedzie o narkotykach, bo mysl ta wrocila w miejscu, gdzie na kazdym rogu, w kazdej niemal knajpie kolorowe szyldy kusza: magic mashrooms. mozna zjesc pizze z grzybkami, kanapke, ryz, makaron, mozna wypic wywar albo je zjesc na surowo. i to wszystko w kraju, gdzie za narkotyki grozi kara smierci.
jednak tak naprawde mogloby byc o czymkolwiek. prawostronnym ruchu, nakazie monogamii, normach okreslajacych sposob ubierania. bo to nie narkotyki (ruch, ubior, monogamia) graja tu glowna role, ale pewien syndrom: zakutego lba.
wiadomo: punkt widzenia zalezy od punktu siedzenia. to nawet nienajgorzej, ze sobie ukladamy swiaty, swiatopoglady, prawosci i lewosci. musimy szufladkowac, upraszczac i porzadkowac, bo bysmy zwariowali od natloku roznic. ale… no wlasnie: ale.
porzadkowanie to jedno a zakutolbizm drugie. bo nagle siadaja ten z owym i pelni srogosci i piany wszem, wobec oswiadczaja: posiadasz narkotyki? wtracimy cie do lochu, dla twojego dobra, bo to zlo straszliwe, zbrodnia i przestepstwo! i nie powiedza nikomu: tak oto polska wlasnie. chile, australia, kanada, ziemia obiecana. nie, beda w niebo krzyczeli: odwieczne prawo swiata! ba, to jest prawo prawa! swiete! niezaprzeczalne! a lud co na to? uwierzy, wszak w telewizji mowili. i nikt sie nie zastanowi, prawda to, czy nieprawda. leniwe wygodnictwo, bierna martwota myslenia nie dadza sie otworzyc, sprawdzic, jak to jest gdzie indziej. ze moze nad takim lake toba grzybki sa legalne. albo ze w ekwadorze, cale rodziny, tez dzieci, biora udzial w obrzedach, gdzie wywar z ayahuasca przynosi halucynacje, albo ze w birmie, w laosie wciaz uzywa sie opium, ze w indiach sadhu spalaja cale tony haszyszu, w boliwii zuje sie koke, w calej azji betel, ze, ze, ze… dlugo by mozna.
mozemy sie umowic, ze narkotykow nie chcemy, ale nie twierdzmy na boga (no wlasnie, ktorego boga?), ze jest to jedyne prawdziwe i sluszne rozwiazanie. pol swiata chodzi nacpana. i jakos nie choruje. i parchow tez przez to nie ma. serio. my byli, widzieli.
ściskamy z sajkołączki.
a grzybkow nie zjedlismy, bo zachorowalismy. ale co sie odwlecze…
suszone tez niezle smakuja.
tego jeszcze nie bylo!
w pewien sloneczny dzien pazdziernika, pewne otwarte na swiat wydawnictwo wyslalo do nas mejla. w tym mejlu napisalo, ze jesli bysmy chcieli, to oni by bardzo chcieli przelac na papier to, co my oczami widzimy. po przeczytaniu mejla margolcia sie rozplakala i powiedziala, ze nie oraz ze nie ma mowy, bo ona nie umie, nie chce oraz bardzo sie boi. wtedy tomek podszedl i powiedzial do niej: margolciu, idziemy na wodke. i poszli. i siedzial tomek i mowil do margolci bardzo mile rzeczy, upijal ja i upijal, az w koncu z tego upicia zupelnie zapomniala, co rano powiedziala. wtedy tomek podstepnie odpisal wydawnictwu, ze chetnie sprobujemy, po czym spakowal manatki i wywiozl margolcie na wyspe. tam cierpliwie, po kroczku, powoli jej tlumaczyl, ze jest mloda, zdolna i dobrze sie zapowiada. oplatajaca wyspe strefa wolnoclowa zostala nieugietym tomka sprzmierzencem. miesieczna praca u podstaw odniosla rezultaty. margolcia powiedziala, no dobrze, to sprobujmy. ale jako dziewczynka, co nagle stalo sie proste, musiala skomplikowac, dodala po krotkim namysle: ale pod jednym warunkiem. jakim? zapytal tomek. pod takim, powiedziala margolcia, ze zrobimy cos, czego nigdy jeszcze nie bylo. alez droga margolciu, tomkowi opadlo wszystko, toz przeciez od miesiaca dokladnie to ci tlumacze! i tak nadeszly swieta. po swietach nowy rok, uczczony, uczciwie, z werwa, skocznym pogo w kaluzach. a potem tomek powiedzial, to co, moja margolciu, bierzemy sie do roboty. i wtedy tomek z margolcia zamkneli sie w pokoju na dlugie trzy tygodnie. mowili i mowili, potem po scianach pisali, skreslali, rysowali, scierali i ukladali. nie bylo to proste zadanie, bo to nie prosto wymyslic cos czego jeszcze nie bylo oraz nie prosto zmiescic dwa lata na dwoch scianach. kiedy skonczyli konspekt, rzekli wydawnictwu: no to skonczylismy. a wtedy wydawnictwo powiedzialo: slijcie! i potem wydawnictwo czytalo i ogladalo a kiedy juz skonczylo, powiedzialo: robcie!
no to to wlasnie bylo, kiedy ich nie bylo. i tak to niespodziewanie beda pisac ksiazke. i jedno ich tylko nurtuje, za cholere nie wiedza gdzie sie ta ksiazka skonczy. no bo skad maja wiedziec, skoro ciagle sa w drodze?
Styczeń 16, 2011
tajemnica
no jestesmy. zyjemy. malo tego, jest naprawde fantastycznie i ten rok od pierwszej minuty wciaz zaskakuje jakas niespodzianka, ale… to nie kokieteria ani fanaberia, no naprawde nie mozemy powiedziec co. no jest tajemnica, no.
ale jest nadzieja. jutro ladujemy w indonezji. i juz chyba bedzie normalnie. znow w drodze. a dzis zegnamy georgetown – nasze ulubione miejsce na tym kontynencie. usmiech slemy, calujemy, zeby nie bylo, ze zapomnielismy:)
Styczeń 2, 2011
aby aby

KLIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC ZDJECIA
i co z tego, ze nie ma lisci koki. i tluszczu lamy i tabliczek z cukru i mleka i ziol i tego wszystkiego, co bylo tu.
i tak sie udalo obrzadek pachamamowy obrzadzic tak, ze kazda boliwijska bruja kiwnelaby z uznaniem.
to…
juz my wiemy co, aby, niech sie wiec spelni.
i wam tez.
Grudzień 31, 2010
mrowki

KLIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC ZDJECIA
koniec roku nastraja do podsumowan. nie chce juz nam sie liczyc przebytych kilometrow, odwiedzonych miejsc, ilosci jezykow w ktorych potrafimy powiedziec dziekuje lamane na daj mi spokoj, zdartych spodni, startych klapek ani humanitarnie ukatrupionych sardynek. jednak by uniknac opinii ignorantow i wpisac sie w ogolnoswiatowa tendencje podsumowan, postanowilismy przeprowadzic ranking najbardziej upierdliwych stworzen tego swiata. kandydatow bylo wielu, nie ma sensu ich tu wszystkich opisywac, skupmy sie na czolowce. po wylaczeniu czesci homo sapiensow z serii „hello maj frjend, ju łont … (tu wstaw dowolna fraze, poczynajac od tuk-tuk* a konczac na bum-bum**), wyeliminowaniu, mimo wszystko, wiecznie nienapasionych komarzyc (te zajely szacowne drugie miejsce), piekne panie, szanowni panowie, wybor padl na… /tu werble, famfary, fajerwerki, armata/ m r o w k i !
gdy male, wcisna sie wszedzie, gdy urosly na tyle, ze wcisnac sie nie moga, bez skrepowania przegryza ulubiony namiot. tycie faraonki, potezne, dzunglowe calowki, srednie, czarne, zolte, brazowe – sa wszedzie. w lesie, na lace, w hotelu, autobusie, na lodzi, kilka trafilo nawet z nami do samolotu. a zostaw drobinke jedzenia, niedomkniete okno, niedomyty kubek, znikad sie wytrzasnie wielka zarloczna chmara i chocbys jeszcze dychal zatarga do mrowiska ciebie i twoj dobytek. wlezie w ostatnia kanapke, wyniesie w nocy pol cukru, a zamiast sie zachowac, no chociaz podziekowac, na do widzenia pogryzie. albo rozwies pranie, czysciutkie, pachnace, zaraz stadko odnajdzie linke miedzy drzewami i skroci sobie droge, zostawiajac na wszystkim szarobura smuzke, bo nog przeciez nie myje. ksiazke by mozna napisac o naszych z mrowkami przygodach. jednak najgorsza perfidia, ktora je wysunela na pierwsze miejsce w rankingu jest fakt, ze gdy juz je dorwiesz, juz, juz chcesz urwac ta glowke, ta patrzy nagle na ciebie, wzrokiem budzacym sumienie, a w oczach bezczelne pytanie: ty, nie uczyli cie w szkole, ze jestem pozyteczna?
* tuk-tuk – pojazd trzykolowy, zadaszony, ktorego wlasciciel po roztoczeniu apokaliptycznej wizji dotyczacej odleglosci i utrudnien w ruchu, za niebotyczna kwote probuje cie zawezc tam, dokad spokojnie moglbys dojsc piechota. za darmo.
** bum-bum /w niektorych, mniej edukowanych kregach rowniez: ju łonna fak?/ – zaczepka sugerujaca, ze za niewielka oplata mozesz skorzystac z wdziekow pani (jesli masz szczescie), poniopana lub pana.
to dobrze, dobrze rok skonczyc:)
trzeciego stycznia pisalismy: to dobrze, dobrze rok zaczac. zaczal sie wystawa rozmow kontrolowanych. co bylo w miedzyczasie, mozna przeczytac tu: www.tamtaram.pl
dzis ku wielkiej radosci osob naszych skromnych, mozemy napisac: to dobrze, dobrze rok skonczyc. ostatnie dni przyniosly dwie niespodzianki.
niespodzianka pierwsza:
zrobiona przez nas okladka „samsary” znalazla sie na 6 miejscu zastawienia miesiecznika „modny krakow” na okladke roku. cieszymy sie ogromnie!
tu mozna kliknac, zeby o tym przeczytac
niespodzianka druga:
zupelnie bez naszej wiedzy i naszego w tym udzialu znalezlismy sie w finalowej dziesiatce konkursu na podrozniczego bloga roku organizowanego przez portal fly4free.pl
konkurs jeszcze sie nie skonczyl, trwa do 2 stycznia. do tego czasu, tu mozna kliknac, zeby na nas zaglosowac. bedziemy wdzieczni, bo oni w nagrode oferuja przelecenie samolotem ultralekkim, co kusi nas bardzo niezmiernie:)
Grudzień 30, 2010
tasik chini

KLIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC ZDJECIA
jak mowia: zyc jest dobrze, dobrze zyc – jeszcze lepiej. w tasik chini bylismy szczesliwi. codziennymi malymi szczesciami. a tym, ze zaby w lazience gapia sie ze sciany, ze potem my na jeziorze gapimy sie na ryby, ze deszcz tylko w nocy pada, roj wedrownych pszczol ulepil zywe gniazdo, krople sie mienia na lisciach, zagnalo nas na bagniska, przedzieramy sie rzeka, cala w chaszczach, jak z filmu, dnie spedzamy na lodce, zasypiajac w zaroslach, plywamy w ciszy, sami… i co tu jeszcze pisac. nuda. ale jaka! nuda doskonala!
rajan
dlugo szukalismy takiego miejsca. chcielismy zeby bylo choc troche ladnie, z dala od miast i… cicho. przede wszystkim cicho. wreszcie sie udalo. w tasik chini cisza. i rajan, u niego spimy. i z rajanem rozmowa. tych rozmow po drodze bardzo duzo, bo rajan duzo mysli, duzo wie i duzo czuje, a nie ma chyba z kim porozmawiac, bo – troche sie zali – z turystami, ktorych prowadzi do dzungli to gluche monologi; teraz rajanowi popsul sie samochod, we wsi obok nie dadza rady, poza tym cos kreca, wiec musi jechac do miasta, od dwoch dni jest caly chory na to jechanie.
- nie lubie miast, wiecie, ja ich nie rozumiem. kiedy ide do dzungli nie potrzebuje niczego, zadnych pieniedzy, zapasow. biore maczete i ide. i w dzungli znajduje wszystko, co jest mi potrzebne, do zycia. owoce, zwierzeta, wode. tam jest jakas sprawiedliwosc, rownosc, koegzystencja. a miasta, w miastach sie gubie. miasta nie maja zasad.
- a wiesz rajan, to paradoks, bo nas z kolei zycie nauczylo zyc w miescie. tak jak ciebie w dzungli. nawet nie majac pieniedzy potrafimy wymyslic gdzie sie przespac, co zrobic, skad wykonbinowac jedzenie. dzungla by nas zabila, dla nas, widzisz, to ona jest niezrozumiala, wroga, bo jej nie znamy.
i siedzimy tak, pijemy kawe i dyskutujemy o sposobach przetrwania. i tu i tu. powoli dochodzi poludnie i juz zaczynamy sie zgadzac, ze kazdy ma swoje miejsce, w ktorym jest mu dobrze i moze taka to uroda i swiata i zycia, ta roznorodnosc. a wtedy nagle rajan patrzy zza tych swoich gruboszklistych okularow, rozmarza sie i mowi:
- najbardziej cenie to, ze kiedy przekraczam prog lasu, choc wiem, ze bedzie trudno, goraco, niewygodnie, zaczynam sie czuc jak dziecko – szczesliwy, beztroski, spokojny. nie majac niczego, mam wszystko.
i tu sie rozmowa skonczyla. nic nie moglismy powiedziec. bo w miescie, nie majac niczego, ma sie bardzo niewiele.
Grudzień 23, 2010
wesolych swiat!
z marzeniami trzeba ostroznie, bo czesto sie spelniaja…
dla kazdego, kto choc przez chwile sobie pomyslal, ze chcialby nas juz zobaczyc – niezsynchronizowani, nieuczesani, nie do konca zrownowazeni, z usciskami, calusami, swiatecznymi zyczeniami – my w walcu.
kochani kochani! wesolych swiat i szczesliwego nowego roku!
Grudzień 21, 2010
pian

KLIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC ZDJECIA
jak na swoj wiek, pian jest bardzo dojrzaly. chyba musi tak byc. jest najstarszy z pieciorga rodzenstwa, a kiedy mial 10 lat zmarl jego ojciec. zostal wiec glowa rodziny. ale jego dojrzalosc jest pogodna, spokojna. mimo mlodego wieku, ma 26 lat, sporo juz przezyl i zrozumial. wie, ze przepychanki z pragnieniami niczego dobrego nie przynosza, lepiej uszanowac, polubic to, co dusza podpowiada. zgodnie z ta filozofia, po kilku latach studiow porzucil nauki scisle i postawil na szali dotychczasowe zycie. zwrocil sie w strone sztuki. pojechal do kelantanu i rozpoczal nauke tradycyjnych, malajskich rzemiosl. wygral. dzis robi to, co kocha. maluje batiki.
poznalismy go, jak wiekszosc spotkanych w tym kraju osob, lapiac stopa. zgarnal nas ze spalonego sloncem pobocza i nadrabiajac kilometrow dowiozl do celu. a w miedzyczasie zaprosil do siebie, do pracowni. batik byl ostatnim po lodziach, latwcach i teatrze cieni kolorem malezji, ktorego chcielismy dotknac. to zaproszenie bylo jak prezent.
pian pracuje sam. mial kiedys pomocnika, ale wiekszosc czasu tracil na pilnowanie, sprawdzanie, poprawianie, wiec gdy ktoregos dnia tamten po prostu nie przyszedl, nie szukal juz nikogo by zajal jego miejsce. teraz znow zalezy od samego siebie. i dobrze, tak mu lepiej. ta praca wymaga skupienia, precyzji i cierpliwosci. stare, jawajskie techniki farbowania batikow tolerowaly bledy, zmienialy je w zalete. wspolczesne, malajskie barwienie wymaga dokladnosci, bo zamiast zamaczania w kolejnych kolorach farby, tkanine sie maluje. kazde skapniecie wosku, kazde dotkniecie pedzla zostawia po sobie slad trudny do wywabienia. a tkaniny sa drogie, najbardziej ceniony jest jedwab, wiec trzeba bardzo uwazac. kiedy patrzy sie z boku, wszystko wydaje sie proste. pian rozciaga material na drewnianym stelazu. nabija go na gesto wbite na krancach gwozdzie i przy pomocy haczykow polaczonych z gumkami napina i wygladza. nastepnie szkicuje wzor, ktory za moment pokryje goracym, plynnym woskiem. wosk wyznacza kontury, te, pozostana biale, pelni tez druga funkcje – gdy kontur jest zamkniety, zamyka w sobie farbe, stanowi granice koloru. barwy sie naklada od najjasniejszych do ciemnych. kiedy cala tkanina jest juz pokryta kolorem, trzeba poczekac az wyschnie, a nastepnie utrwalic. potem gotowanie, zeby wosk sie rozpuscil, pranie, suszenie, banal, kiedy patrzy sie z boku na wprawne, doswiadczone rece rzemieslnika, to jak dziecinna zabawa. pian dobrze o tym wiedzial. dlatego postanowil, ze mamy sprobowac sami. krzywe, koslawe kontury, narozlewany wosk, nakapana farba, tragedie i katastrofy. i juz, juz mialam sie zloscic, kiedy nagle spojrzal, usmiechnal sie i powiedzial: niczego sie nie nauczysz, gdy jestes smiertelnie powazna. zacznij sie tym bawic.
malpka

KLIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC ZDJECIA
tak, wiem, to nieladnie. ale w malpce sie zakochalam. w jej rozumnym spojrzeniu, delikatnych raczkach, niespozytej energii, chwytajacej za serce mimice. kiedy po chwili strachu, podchodow i niepewnosci zaczelam sie z nia bawic, natychmiast zrozumialam co takiego sprawia, ze tak czesto w malezji te rozbrykane stworzenia koncza na lancuchach, w klatkach, na uwiezi. zyja jako maskotki na tarasach, podworkach. kiedy je mijalismy, wlasciwie za kazdym razem wstepowalo w nas wielkie, swiete oburzenie, ze to okrutnie, nieludzko, przeciez tak nie mozna. i nagle niespodzianka, kiedy malpki dotknelam, kiedy sie przytulila, zajrzala gleoko w oczy, poczulam nagle jak trudno pokonac dzieciecy egoizm, nie zwazajacy na nic, krzyczacy „ja chce malpke!” szkoda mi tych stworzen. chociaz, z drugiej strony, czy inne zycie maja wszystkie nasze psy, koty, chomiki, kanarki?
Grudzień 20, 2010
gorka

KLIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC ZDJECIA
gor na tioman jest wiele. jedna, ta najslynniejsza, wylaniajacymi sie z dzungli skalnymi iglicami sciaga hordy turystow pod pobliski wodospad. druga, zablocona, wiodaca przez przelecz droga laczy brzeg wschodni z zachodnim. jeszcze inna, waska, grzaska dzunglowa sciezka prowadzi na polnoc, do wiosek. gory te sa rozne. wieksze, po tysiac metrow, mniejsze, zupelnie male, dostepne, niedostepne, strome, oble, skaliste. dlugo by wymieniac.
jest tez na tioman gorka. pozornie niepozorna, ot, metrow kilkanascie. gdyby stanela gdzie indziej, nikt by jej nawet nie spostrzegl. ale stanela tam wlasnie. dokladnie na drodze drogi laczacej dwie glowne wioski. i tu sie zaczyna historia pewnego paradoksu.
w azji sie nie chodzi, nogi sa przezytkiem uzywanym jedynie w drodze z pokoju do kuchni. do sasiada, do sklepu, do pracy czy na poczte po drugiej stronie ulicy jezdzi sie motorem. albo samochodem. na tioman jest tak samo. lenistwo sie rozplenilo i usadzilo na tylkach starych, mlodych, wszystkich. nie chodza nawet dzieci.
jednak nasza gorka z lenistwa sobie zadrwila. mimo ze tak niewielka, swoja wysokoscia zmusila mieszkancow wyspy do zbudowania schodow. po kilkadziesiat stopni z jednej i z drugiej strony. lenistwo sie przerazilo – po schodach trzeba chodzic. malo tego, skoro po schodach motorem sie nie da, to jak pojechac dalej gdy ten pozostal na dole? ale z lenistwem nie wygrasz. lenistwo zmusilo wiec ludzi do… dwa razy ciezszej pracy. teraz kazda rodzina musi miec dwa motory. musi na nie zarobic, musi je zatankowac, naprawiac, utrzymywac. by jeden stal po jednej, a drugi po drugiej stronie.
Grudzień 6, 2010
holidajs

KLIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC ZDJECIA
miasta trzeszczą, wrzeszczą
chmurzą, międlą tumultem
zgiełkliwe dududuchoty w metrze pełnościsku
wagon ssss kszsz bue, i…
z sz żżż tr-bzzz-tiiii, wrrr
klaps!
się na światłach rozkwasił piorunem głupi monsun.
to pomyśleliśmy
to skoro ma już padać
to lepiej niech już pada
na wakacjach.
popłynęliśmy na tioman.
przez te wiatrodeszcze mniejsze wyspy nieczynne.
i dobrze nam tam było. bardzo.
mimo słońca.
Listopad 30, 2010
mamonizm
zadne z ponizszych zdan prawdopodobnie nie bedzie ani oryginalne, ani tym bardziej odkrywcze. nie maja takiej szansy, bo tez i to, czego dotycza jest starsze od najstarszego zawodu. a jednak singapurowi udaje sie przesunac granice przyzwoitosci. choc znamy kult konsumpcji z innych czesci globu, widzielismy wiele jego barw i odcieni, nigdzie nie spotkalismy go w tak jednoznaczniej, wszechwladnie panujacej, ortodoksyjnej formie. singapur jest watykanem, mekka, jerozolima. tu, pieniadz jest religia, zielonym monoteizmem obnazajacym malosc calej reszty bogow. bo kiedy gdzie indziej na swiecie allah z jezusem i budda drocza sie o wplywy, podkladaja bomby, zawiazuja spiski, tu grzecznie koegzystuja pod czujnym okiem mamony. nie maja innego wyjscia, ludzie poznali komfort, wysokie zarobki, wygode. juz nawet narzekac przestaja na brak wolnosci slowa. bo po co gadaniem zagluszac pomruki astonow martinow, ferrari, jaguarow. kto by chcial sie sprzeciwiac czystym ulicom, koncertom, festiwalom, languscie i krabom na kolacje? nikt o zdrowych zmyslach nie odda torebki chanel czy wina rocznik ę-ą za bycie w opozycji. zreszta kontra czemu? temu ze wielki brat patrzy zrenica tysiaca kamer z kazdego skrzyzowania? bezpiecznie jest dzieki temu. ze gumy zuc nie mozna? wyobraz sobie chodniki, stoly i ulice nieoblepione syfem. ze nie ma demokracji? a po co demokracja, skoro nie gwarantuje calego tego komfortu jaki daja dolary?
mozna sie zgadzac lub nie, lubic lub nie lubic, podziwiac, krytykowac, ale conajmniej jednego nie mozna im zarzucic: nie udaja swietych, otwarcie i jasno mowia, ze to czego pragna, to pieniadz. ze zrobia co w ich mocy, by miec go jak najwiecej.
no i… wierza w boga, ktory bezsprzecznie istnieje.
Listopad 28, 2010
geylang

KLIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC ZDJECIA
geylang road ma kilkadziesiat przecznic. ciagnie sie i ciagnie od obrzezy centrum az po podmiejski katong, muzulmanska dzielnice sypialniana. singapurskie ministerstwo turystyki wolaloby zebysmy tam nie lazili. nie opisuje geylangu w rozdawanych na kazdym kroku kolorowych broszurach, ani nie wspomina o nim na stronach promujacych miasto. podobnie przewodniki. ot, wspominaja cos o ciekawej, tradycyjnej architekturze czy przebakuja o czerwonych latarniach, ale i jedno i drugie niemrawo i bez przekonania. dokladnie odwrotnie niz tamten spotkany nad ranem chinczyk o mocno wybaluszonych oczach i dziwnie przyspieszonym, oksfordzkim slowotoku. geylang? nie byliscie na geylang? to gdzie byliscie, w centrum? w tej plastikowo szklanej makietce dla turystow? i pewnie myslicie, ze wiecie cokolwiek o tym miescie? powiem wam, chcecie wiedziec, to jedzcie sobie na geylang, tam jest prawdziwe zycie, prawdziwy, stary singapur, macie jakas mape? wyrywa i chwiejnym gestem stawia wielka krope. oooo-tu!
geylang prowadzi dwa zycia. odrebne, niezalezne i mimo laczacych je miejsc, zupelnie niezazebione. wraz z nadchodzacym zmrokiem gladko i plynnie przechodzi z jednego swiata w drugi. z poprawnej, czystej jasnosci w gesta, szemrana ciemnosc. za dnia jest zwykla ulica, zdobna w klimatyczne, lokalne „domosklepy”, szczegolnie tutaj udany mariaz chinskiej tradycji i wplywow kolonialnej, klasycznej estetyki. mienia sie stylami, forma, kolorami. na parterach handel, uslugi, jadlodajnie, na pietrach, pod dachem przestrzenie dzielone na klitki-mieszkania. zycie, sprawy, codziennosc. mijaja anonimowo, nikna w miejskim tlumie. ulica jakich wiele. gdy ja opuscisz przed zmrokiem, szybko o niej zapomnisz. ale jesli zostaniesz…
geylang to meski swiat. kobiety w nim istnieja o tyle o ile moga przyniesc przyjemnosc mezczyznom. dlatego jest ich tu wiele. zjawiaja sie wraz z ciemnoscia, rytnicznym stukotem obcasow. usmiechy, powitania, przypalany papieros. dokladnie w tym samym czasie, bliskosc i dalekosc wypelnia loskot rolet konczacych kolejny dzien pracy. wlasciciele sklepow, warsztatow i restauracji ustepuja miejsca budzacej sie nocnej zmianie. rozblyskuja neony. dziewczyny rozgniataja filtry znaczone czerwienia i bez pospiechu zmierzaja w strone plastikowych, tanioknajpianych stolikow. zjedza tam kolacje. a moze to obiad? sniadanie?
siedzimy w jednej z tych knajpek, w glebi, w bocznej uliczce. po drugiej stronie budynek, przez otwarte okna widac klatke schodowa. przy wejsciu szyld: bar ten i ten, na gorze, na trzecim pietrze. dziwi dlaczego na trzecim, chwile rozmawiamy, moze nizej tez bary, tylko szyldow nie maja… przerywa nam glosny smiech, kolejne kuse wdzianka, torebka, zapalniczka. zajely ostatnie miejsca. zupa, herbata i ryz. mezczyzn na razie nie ma, pojawia sie za godzine, zastawia obficie stoly jedzeniem, piwem i wzrokiem wpatrzonym w telewizor. i beda jak posagi siedziec tak az do znudzenia. a kiedy nuda nadejdzie, wyjasnia nam tajemnice baru na trzecim pietrze.
geylang zaskakuje. spodziewalismy sie zgielku, muzyki, lubieznosci. a tutaj, prawie cisza, powolnosc, niemal znuzenie. nikt nie nagabuje, nie kusi, nie zacheca. owszem, cala ulica wraz z ciemnosciami przecznic sklada nieme oferty. tutaj salon masazu, tam klub, bar, sklep dla doroslych, choc mlodym wstep wzboniony, zapraszamy serdecznie, przed knajpa kilka dziewczyn w „szkolnych mini mundurkach”, czerwone chinskie lampiony kolysza sie na wietrze, cenniki hotelowe kusza promocjami, godzina dziesiec dolarow, taniej nigdzie nie znajdziesz. a jednak czegos brakuje, jakiejs energii, charyzmy. mijamy kolejne uliczki, nagle przychodzi olsnienie. tu nie ma zadnych bialych, oni tu sa po swojemu. to miejsce stworzone jest dla nich i im nie brakuje niczego. to my jestesmy jak sroki, przyzwyczajeni do blyskow, do wrzaskow, alkoholu. zeby bylo zabawnie, musi byc glosno, z famfara. dla nas powstaly patpong i nana plaza w bangkoku, tam sie odnajdujemy, tam wiemy jak fetowac.
roznica kulturowa.
i wtedy sie geylang otwiera. nabrzmiewa, wypelnia lepkoscia. zaczyna pokazywac male subtelnosi. wzrok, gest, tajemnica, mrocznosc, za rogiem rozmowa, ten bar na trzecim pietrze, naprawde nie jest barem, ale kolejnym hotelem, w ktorym gdy wchodzisz po schodach wybierasz sobie dziewczyne na ulubionym polpietrze. spokojnie, po cichu, bez wrzawy. bo oni nie przyszli tu wrzeszczec. oni tu chca sie odprezyc.
Listopad 17, 2010
marina bay
za kazdym razem, przechodzac tedy, zastanawialismy sie, jakie to uczucie, kiedy przychodzisz rano do pracy, szef wola cie do siebie i mowi: sluchaj, jest w singapurze zatoka, malo zagospodarowana, na razie jest kilka hoteli, koncza wlasnie budowac opere, jest jeszcze kilka inwestycji, ale w gruncie rzeczy nic tam nie ma. rzad natomiast chcialby stworzyc cos wyjatkowego, zagospodarowac caly ten obszar. pieniadze sa niewazne, bo to ma byc wizytowka kraju, a singapur jest bogaty. na dzien dzisiejszy, zalozenie jest jedno: wszystko jest mozliwe. wymyslaj!
no i myslelismy o tym uczuciu, tym momencie zanim sie zacznie mozolna, zmudna praca, tych chwilach, kiedy w wannie, w czasie snu, w metrze, samochodzie, lesie, sklepie pojawiaja sie natchnione, niesforne rozblyski i zagluszajac caly swiat krzycza wnieboglosy: niech to miejsce bedzie jak morze! niech bedzie ogromna fala, zbudujmy wiezowce tak, by linia horyzontu tworzyla wzburzone morze i, i jeszcze niech na koncu bedzie wielki hotel, niech bedzie z trzech wiezowcow-filarow, jak… jak cyrkle, a na nim, a na nim niech bedzie zawieszony wielki frachtowiec, tak! a budynki za nim beda wzburzona przez niego woda. a… a na dachu zrobmy basen, ogromny, i taki, zeby swoja krawedzia dotykal do krawedzi budynku, pod niebem! jezu! jaki to bedzie widok! a jego elewacja niech faluje na wietrze jak ocean! a tam… tam zrobmy stadion, a boisko bedzie… na wodzie! i bedzie polaczone z hotelem mostem, mostem… jak.. jak spirala dna i bedzie mial trzy tarasy! wiszace nad woda! a obok wielki kwiat, tak, budynek jak kwiat, i, i jeszcze, zeby ludziom dobrze bylo to zamontujmy takie wiatraki czerpiace energie z baterii slonecznych, jak czlowiek bedzie pod nimi stawal, to fotokomorka uruchomi turbine. i… i nawilzacze powietrza, ozezwiajacy labirynt nad chodnikiem, a w parku, w parku zrobmy wielkie palmy, parasole, ktore w nocy oswietla cala okolice, a w glownym centrum handlowym niech bedzie rzeka i niech plywaja po niej gondole, a wiezowce niech maja takie wneki i niech w nich rosna drzewa, zielone miniparki i… i… i…a…
i siedzisz tak, siedzisz? skaczesz! machasz lapami, tlumaczysz, wymyslasz zadyszasz sie tlumaczac, potem przelewasz to na papier, zamieniasz w zerojedynki projektow i pelen wiary i uniesienia, ale tez obaw i strachu prezentujesz. panstwo siedza, sluchaja, patrza, potakuja, ale miny kamienne, profesjonalisci, spotkanie sie konczy i… czekasz.
az w koncu nadchodzi ten dzien. przychodzisz rano do pracy, szef zgrania cie do siebie, chwile jeszcze czeka az w koncu sie usmiecha. robimy!
rany boskie, jak oni musieli sie cieszyc…
bo marina bay, to nie jedna, nie dziesiec, ale kilkadziesiat jesli nie kilkaset inwestycji skladajacych sie na calosc. futurystyczna, niezwykla koncepcje, ktora zrodzila sie w ich glowach. bajka!
a my, chodzac tam i patrzac na zaczatek tego co ma powstac, nie moglismy oderwac oczu i po raz pierwszy w zyciu bylismy naprawde dumni z… tak, z homo sapiensa, ze jest w stanie wymyslic, zaprojektowac i stworzyc cos tak niesamowitego.
singapur

KLIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC ZDJECIA
juz druga wizyta w tym miescie uczy podstawowego: doswiadczenia z pierwszej na nic sie nie przydadza. to miasto wciaz sie zmienia w tak szalonym tempie, ze znikaja ulice, cale duze kwartaly szarej podstarzalosci sa wymieniane na smukla, blyszczaca nowoczesnosc. co w innym miescie by stalo, murszalo zaciekami, tu, musi ustapic miejsca kolejnej wizytowce, dumie, komfortowi. trzy dni szukalam hotelu w ktorym kiedys mieszkalam, dzis sladu po nim nie ma, gubilam sie na ulicach, nieustannie dziwilam, tu byla restauracja, tu wielki biurowiec, tu plac…
to miasto imponuje swoja perfekcyjnoscia, ladem, estetyka, dbaloscia o detale. nieprzyzwoicie bogate, niewiarygodnie ambitne, nie pozostawia przestrzeni najmniejszej nijakosci. jesli podziemne przejscie, to bedzie doswietlone swiatlem naturalnym, jesli niewielki skwerek, to tak zaaranzowany, by mozna bylo przysiasc, odpoczac od zgielku miasta. ulice centrum bez korkow, jakos dali rade namowic wiekszosc mieszkancow by korzystali z metra, metro nowoczesne, wciaz rozbudowywane, na stacjach zamiast loskotu nadjezdzajacych pociagow, cieply, kobiecy glos zalotnie nuci piosenke: train is comming, train is comming. w centrach handlowych jazz zastapil dudnienia pop’u. czysta(!!!) little india, poukladane china town, dzielnica kolonialna jak prosto spod igielki, wysokie, szklane centrum blyszczy blekitna czystoscia. dziesiatki festiwali dostepnych dla kazdego, projektow, instalacji, wydarzen, przegladow, pokazow, niespotykane gdzie indziej poczucie bezpieczenstwa, zycie na ulicach, w parkach, na tarasach…
i jedna w tym wszystkim zagadka. przeogromna wiekszosc spotkanych po drodze ludzi spedza w tym miescie niewiele ponad jedna, dwie noce, traktuje jako tranzyt, kwituje je: e! nie warto, przeciez to jak europa! i jedzie w dalsza podroz. nadziwic sie nie moge, szukam i szperam w pamieci: londyn, paryz, budapeszt, wieden, berlin, amsterdam, sztokholm, wilno, warszawa… i nijak nie znajduje zadnych takosamosci.


























