Film drogi. Mijania.

komiks-film-drogi-mijania.jpg
KLIKNIJ TU, ŻEBY OBEJRZEĆ ZDJĘCIA

Przeczytałem niedawno  u znajomej X, że film drogi jest zawsze drogą do poznania własnego ja przez głównego bohatera. Nasza droga na rowerach z Siem Reap do Wietnamu jest jak film drogi. Z tą tylko różnicą, że my niczego nie poznajemy. Nie. Nie dlatego, że jesteśmy tu po raz pierwszy. Nie poznajemy niczego po drodze. Mijamy tylko miejsca. Takie patrzenie na świat jest jak udoskonalona forma telewizji.
W filmach drogi wystarczy noc spędzona w przydrożnym barze, żeby rano spojrzeć z nad butelki whisky na spotkanego dzień wcześniej człowieka jak na przyjaciela z dzieciństwa, o którym wie się wszystko. A spoglądając tak wypowiedzieć przecudną i głęboką myśl, którą reżyser wkłada nam w usta przemilczając fakt, że zmitrężył pół żywota zanim do niej doszedł.
Rzeczywistość wygląda jednak inaczej. Jadąc o własnych siłach przez niezmierzoną przestrzeń Kambodży mamy wrażenie, że wszystko nas omija, mija, nie dotyka, muska, ledwo zahacza.  Przez czyhający w paszporcie stempelek z niechybnie zbliżającą się datą wygaśnięcia wizy, pędzimy nie przeżywamy. Mimo, że rowery to nie wyścigówki, obrazy przelatują jak porwany teledysk. Nie wyobrażam sobie, jak można opisać to w sposób ciekawy.

Choć zaczęło się nawet tajemniczo. Środek Kambodżańskiej równiny. Dwie godziny od Siem Reap. UFO. Ni to Igloo, ni to stacja kosmiczna. Może to jakaś organizacja NGO postanowiła odmienić życie wieśniakom każąc mieszkać im w Niezidentyfikowanych Chatkach Stojących. Robi się jeszcze tajemniczej, kiedy Margot zeskakuje z roweru żeby zrobić dziwu zdjęcie. Jej pot i siodełko odbijają z tyłu spódnicy podobiznę obcego. Ot, całun kamodżański. Albo może holly-tyłek?

Dalej dni zaczynają się podobnie. Pędzimy bo wiza. Wstajemy o zmroku. Wsiadamy na rowery około 6.00, żeby przed upałem przejechać jak najwięcej. 11.00 jest granicą wytrzymałości. Dzień za dniem coraz większe dystanse. Jaja w zarodku nigdzie niema. Obiecałem przecież, że zjem. Pojawiają się inne przysmaki. Ryż z kokosem pieczony w bambusie, czy pająki w miejscowości o miło brzmiącej nazwie Skun. Codzienne ucieczka przed upałem. Okazuje się, że półcień drzewa to za mało, żeby odpocząć. Kończy się prawie udarem. Codzienna ucieczki przed dziećmi. Nie da się. Każdego dnia wykrzykujemy po kilkadziesiąt razy „hello”, odpowiadając wybiegającym z chatynek i zagród dzieciom. Coraz więcej wiosek. Coraz więcej „hello”. Potrzeby fizjologiczne. Kibel w wiejskiej szkole. Dziesiątki hello obsiadają nas jak wrony. Dzieci zadeptują nas swoimi uśmiechami. Chwila zabawy i pozostajemy dla nich wspomnieniem. One naszym nieprzeżyciem. Hello! Bye, bye! Zbliżamy się do Phnom Phen. 10 km przed miastem hotel. Jak z Dzikości serca. I ta nazwa. Decydujemy się zanocować w 666 Hotel. Przed drzwiami do pokoju zużyte prezerwatywy mieszają się z suchymi liśćmi. W środku światło do wyboru. Jarzeniówka albo różowa lampka. Przy łóżku wielkie lustro. Na ścianach alegoria ludzkich marzeń. Na jednej ścianie, tej z lustrem, na którą teoretycznie patrzy mężczyzna, zdjęcia kochającej się pary. Na przeciwległej, odpustowy chiński fotomontaż. Bajkowy pałac na wodzie. Każdy czego innego oczekuje od tej miłości? Podczas podróży najlepiej śpi nam się w burdelach.
Phnom Phen jest prawdopodobnie fascynujące. Kiedyś Margot powiedziała, że lubi wyjeżdżać z miejsc dopiero kiedy się nim nasyci. Wyjeżdżamy nienasyceni. Mijają kolejne kilometry. Mijamy kolejne miejsca. Na pewną noc przygarnia nas stary wieśniak. Kombinowaliśmy, żeby przespać się w Wacie. Przyszedł i zaproponował nocleg u siebie. Pod domem. Kambodżańskie domy budowane są na wysokich palach. Pod domami w cieniu toczy się życie. Pozwolił rozłożyć się nam na wielkiej ławie, która służy jako stół i miejsce do odpoczynku. Obok na ziemi leżały krowy. Przyjechali jego dwaj synowie. Podzieliliśmy się z nimi naszymi owocami. Za ich skromną kolację podziękowaliśmy. Nie nalegali ani nie poczuli się urażeni. Nie mieli wiele. Najmłodszy syn przyniósł lokalny alkohol z trzciny cukrowej. Był smaczny. Wszyscy pili z jednej podawanej z rąk do rąk miski. Nasz gospodarz mówił trochę po francusku.  Trochę rozmawialiśmy. Trochę wspólne pomilczeliśmy. Mężczyźni rozłożyli się wokół nas w hamakach. Żona z córką poszły spać na górę. Czuliśmy się bezpiecznie. Wstaliśmy o 4.00 i o 5.00 pożegnaliśmy się dziękując naszym gospodarzom. Zniknęliśmy w mroku przed nadchodzącym porankiem.
Na granicy z Witenamem patrzyli na nas jak na zjawy. Granicę otworzyli kilka lat temu. Autobusy tędy nie jeżdżą. Nieliczni biali przemierzają ją, wykupując wycieczki Mekongiem z Phnom Phen do Chau Doc – przygranicznego miasta po Wietnamskiej stronie. Poza niewielką trudnością z odnalezieniem w wiosce przy granicy punktu gdzie stemplują paszporty nie wydarzyło się nic szczególnego. Pogranicznicy byli mili. Kambodżański mówił piękną angielszczyzną, a wietnamski kichał.
Otworzył się przed nami nowy kraj. Żyzna dolina Mekongu miodem i mlekiem płynąca. Ale to już zupełnie inna opowieść.
W Kambodży przejechaliśmy prawie 1000 km. Ale niewiele możemy powiedzieć o miejscach, które mijaliśmy. Jeszcze mniej o ludziach. O paniach, które sprzedawały nam po drodze kokosy – najlepszy napój izotoniczny w tej szerokości geograficznej. O dzieciach niezmordowanych w swoim „Hello”. O najgorszych kierowcach świata, którzy wywoływali u nas instynkty mordercze. O pani, co mango poczęstowała. O panu, co po plecach poklepał, że tak dzielnie dziś pedałujemy.
Okazuje się, że nawet rowerem bywa za szybko. Dobrze nam było jechać. Tak, to lubimy. Ale nie w ten sposób. Nie kiedy goni nas wiza,  a mijane miejscowości zbijają się w nierozpoznawalną papkę zdarzeń. Taka droga mija się z celem.
Kiedyś Margot powiedziała, że kiedy zamknie oczy i pomyśli – Georgetown, czuje zapach ulicy po monsunowym deszczu, w oka mgnieniu potrafi przypomnieć sobie jak śpiewał muezin o poranku, jaki głos miał sprzedawca roti w hinduskiej dzielnicy, jak smakuje najlepsza masala dosa na świecie i samosa na rogu…
To samo możemy powiedzieć o wielu miejscach, których dotknęliśmy i o wielu ludziach, których spotkaliśmy.

Wróćmy na koniec jeszcze raz do filmu drogi. Bo jednak udało się nam dowiedzieć czegoś o nas samych. Po trzech i pół roku w drodze, w końcu wiemy jak chcemy podróżować. Wciąż tylko nie wiemy jeszcze, jak to zrobić.

Post powstał na arcyklawym notebooku Acer Aspire TimelineX

11 myśli do „Film drogi. Mijania.”

  1. Kochani dziekujemy bardzo. Drogi caramba ja pisze tylko dlatego eby wszystko nie bylo na maugoskowej glowie i zeby miala choc nikle szanse podlubac w nosie kiedy ja zajmuje komputer piszac 🙂

    Kochani zwlaszcza podrozojacy!
    Dostalismy sygnaly, ze ten tekst zostal odebrany jako smutny i , ze wynika z niego iz nie podoba nam sie podrozowanie na rowerach. Zatem sprostowac chcialem. Podoba nam sie jak cholera. Na rowerach tym bardziej. Musimy tylko dokonac azjatyckiej rewolucji i zniesc wszystkie wizy na tym kontynencie oraz sprzedac mieszkania zeby niesleczec dniami przy komputerze zamiast podrozowac. To sa dwa powody przez ktore czasmem bywa nam mentalnie bardzo niewygodnie i z niczym sie niewyrabiamy.
    Problem zaczal sie w momencie kiedy powiedzilismy sobie ze zaczynamy wracac. Od tego czasu mamy ciagle potyczki z tym czasem.
    Jest cudnie tylko musimy rozwiazac ten maly szkopul albo przestac wracac :))))

Dodaj komentarz