„My way”

stromo...
KLIKNIJ TU, ŻEBY OBEJRZEĆ ZDJĘCIA

Fakty:
Gunung Merapi (Góra Ognia) leży w centralnej części Jawy. To stratowulkan i jak każdy stratowulkan jest dość stromym stożkiem. Jego zbocza powstają z warstw szybko stygnącej lawy i pozostałości lawin piroklastycznych. Lawina piroklastyczna to pędzące z prędkością nawet 150 kilometrów na godzinę, osiągające do 1000 stopni Celsjusza gazy zmieszane z popiołem, pyłem i okruchami skalnymi („okruch” definiuje tu wszystko od 2 milimetrów do kilku metrów średnicy). Dość przerażające. Ostatnie takie lawiny, w październiku i listopadzie 2010 roku, mimo ewakuacji wszystkich, położonych w promieniu 20 km miasteczek i wiosek, pozbawiły życia 353 osoby. Merapi wybucha co 1-5 lat i wypluwa z siebie najwięcej materiału piroklastycznego ze wszystkich wulkanów na świecie. Ten, pokrywa jego zbocza grząską, osuwającą się warstwą pyłu i żwiru. Kiedy go zobaczyliśmy, od 10 miesięcy drzemał.

Darłam się. Nie, źle. Nie darłam się. Słyszałam jak bezwolnie wyrzucam z siebie słowa. Piskliwe i niewyraźne. Ciskane w nicość. Łzy ciekły mi po policzkach, a szarpane nerwowym dygotem mięśnie zaczynały mięknąć ze zmęczenia. Siedziałam zakleszczona. Jakikolwiek ruch, obsuwający się po stromym zboczu kamyk, zmiana jego pozycji o centymetr, milimetr, mikron eksplodowały nowymi, bełkotliwymi potokami przerażenia. Siostra Panika mrużyła oczy w słońcu i zadowolona pogwizdywała pod nosem. Miała mnie.
Miejsce akcji – ostatnie podejście pod szczytem, plus-minus 2800 metrów nad poziomem morza. Wczesny poranek.

W pewnym sensie ta historia zaczęła się w Ekwadorze. To tam, w zielonych Andach okazało się, że wyjście w góry bladym świtem nawet nie graniczy z cudem, jest po prostu niewykonalne. Jak byśmy się nie starali, kiedy ruszaliśmy na szlak, sklejone ze sobą wskazówki niezmiennie wskazywały południe. Po kilkunastu porażkach w walce z własną naturą, pogodziliśmy się z tą słabostką i całą naszą energię, zamiast we wczesne pobudki zaczęliśmy wkładać w wykombinowanie jak na lenistwie wygrać. Tak było i tym razem.
Merapi drzemiąc – kusił. Zobaczyć wnętrze wulkanu, spojrzeć prosto w oczy nieokiełznanej sile – ta myśl nie dawała spokoju. Zazwyczaj robi się tak: o 22.00 wyjeżdża się z Yogyakarty, dociera do wioski Selo położonej na zboczu i o 1.00 w nocy rozpoczyna podejście, tak by o wschodzie słońca znaleźć się na szczycie. Pięknie. Pięknie? No nie. Kręciliśmy nosami. Może i byśmy znieśli obecność przewodnika, ale podchodzić nocą, kiedy nic nie widać, męczyć się i nie spać? Lenistwo wzięło górę, podszepnęło zaczepnie: po co zarywać noc, kiedy można wejść w dzień, przespać się pod szczytem i rano być już na miejscu? A do tego jeszcze poza wschodem słońca obejrzeć też i zachód?
Tradycyjnie, w południe, zgarnęliśmy śpiwory, wszystkie ciepłe rzeczy, wodę, trochę jedzenia i naiwną pewność, że przecież „jakoś to będzie”. I było. I nie „jakoś”. Magia tego wieczoru, intymność, cisza, ogrom, oniemienie bursztynem zachodzącego słońca, migotaniem gwiazd, wieczorny śpiew muezina dochodzący hen z dołu, maleńka wnęka w skałach, która nas schroniła przed zimnym powiewem nocy, sen pod samym szczytem. Jeden z tych rzadkich momentów, kiedy proza życia staje się nagle poezją.

– Goś, pomyśl jak było pięknie, zamknij na chwilę oczy i przypomnij sobie jak słońce zachodziło. Pomyśl, widziałaś wulkany wynurzające się z chmur… – Tomek z całych sił starał się jakoś okiełznać moje przerażenie.
Zgubił nas brak przewodnika. Zgubiliśmy ścieżkę. Zamiast skalnym żlebem poszliśmy osuwiskiem,  oglądane z dołu zdawało się być łagodne. Jednak z miarę wspinania podłoże coraz bardziej traciło swoją stabilność. Moja wyobraźnia zaczęła nagle szaleć. Każde nasze stąpnięcie osuwało w dół szarą stróżkę żwiru, pyłu i kamieni. Lekko podskakując turlały się po zboczu. Zaczęłam się bać lawiny, tego, że za moment potrącimy TEN kamień, ten jeden, niefortunny, że on potrąci następny, następny i następny i że runie to wszystko grzebiąc nas w miałkim popiele. Nie wiem w którym momencie straciłam panowanie. Siedziałam zesztywniała, łkałam histerycznie i nie chciałam słyszeć, o najmniejszym ruchu. Nie wiem ile to trwało, pięć, piećdziesiąt minut? Słońce już dobrze grzało kiedy pomału, z trudem zaczęły do mnie docierać drobiny racjonalności. Tomek tłumaczył spokojnie, że nie jest niebezpiecznie, wygłupiał się, zmieniał temat, w końcu zapytał niepewnie:
– To co? Tak powolutku, kroczek po kroczku, schodzimy?
Schodzimy? Co?! Jestem tak blisko i teraz mam się poddać? Nie umiem zrozumieć prawideł rządzących ludzkimi myślami. Usłyszałam jak mówię:
– Nie.
– Chcesz jeszcze chwilę odpocząć?
– Nie chcę odpocząć. Chcę WCHODZIĆ. Żebym miała i nie wejść, wlezę na tą górę.

P.S. Mimo wszystko, jeśli ktoś nie ma górskiego doświadczenia nie radzimy pchać się na szczyt samemu. Bo jest naprawdę trudno i stromo a skały które wyglądają na „pewniaki” potrafią skruszyć się w dłoni czy pod stopą.

Post powstał na arcyklawym notebooku Acer Aspire TimelineX

11 myśli do „„My way””

  1. Andrzej Meller opowiadał w TVN o swoich podróżach po Azji
    i jak powstała książka Miraż a przy okazji powiedział jak
    spotkał fajną parę z Polski z którą spędził święta a autor
    okładki którego podał z imienia i nazwiska zaprzyjaźnił się
    z nim. Usłyszeć to w TVN – bezcenne!!!

  2. Szymek… ponczoszki rzadza. jakos trzeba sobie urozmaicac trudy podrozowania 🙂 wiesz ponczoszki, bamboszki…
    jareG – na pocieszenie powiem ze to juz przeszlosc bo wlasnie spadla nam na glowy monsun
    Ola – no bo lenistwo czasem poplaca 🙂 i cyba tyczy sie to wieszkosci miejsc z popularnymi wschodami. W Birmie w baganie tez tak zrobilismy i bylo klawo. Do zobaczenia!

Dodaj komentarz