tamtaram
zamiast marka twaina:
moze bys od czasu do czasu nabral troche dystansu do siebie i do twojej wiekopomnej roli, jaka odgrywasz w dziejach swiata

Luty 2, 2012

Rok Smoka i szczęścia

Filed under: TAJLANDIA — maugoska @ 09:34

komiks-rok-smoka.jpg
KLIKNIJ TU, ŻEBY OBEJRZEĆ ZDJĘCIA

Obchody chińskiego nowego roku to proces długi, pełen zawiłości, zabobonów i prawideł regulujących niemal każdy krok, każdą minutę, każdą czynność. Od koloru ubrania po rodzaj spożywanego posiłku, od kolejności odwiedzin po moment, w którym należy uprzątnąć mieszkanie, od chwili modlitwy po rodzaj podarków. A wszystko w jednym celu: (więcej…)

Styczeń 29, 2012

Się kręci bez kręcenia

Filed under: JESTESMY,TAJLANDIA — tomek @ 16:00

rowerem-z-Azji-do-Polski.jpg
KLIKNIJ TU, ŻEBY OBEJRZEĆ AWANGARDOWY FILM Z PRZYGOTOWAŃ :)

Możecie mówić, że coś kręcę, ale powiem wam prawdę. To wszystko zaczęło się daaawno temu. Ponad trzy lata już minęło. Kilka dni przed wylotem do Peru kumpel mnie spytał:
- Ej! A dlaczego, skoro ty prawie nie złazisz z tego roweru, to wy tymi rowerami w ten świat nie pojedziecie?
- Hm… nie wiem stary – odpowiedziałem szczerze.
I nie wiedziałem. No niech mnie pokręci gdybym kłamał. Od samego początku o tych rowerach gadaliśmy. Jeszcze w Ameryce Południowej. Pamiętam jak dziś. To była Patagonia. (więcej…)

Styczeń 23, 2012

Się kręci:)

Filed under: JESTESMY,TAJLANDIA — maugoska @ 15:51

23-stycznia.jpg

No wcale nie tak, nie tak to miało być. To w sumie trwa za długo, by mogło mieć sens:)
Miał być wpis ambitny, piękny, długi, oszałamiający i z oklaskami na końcu. Ale nie będzie, bo nie, o kategorycznie NIE bedziemy ślęczeć przed komputerem w TAKI dzień.
Chiński Nowy Rok, poniedziałek, koniec wizy, nów, urodziny – czy to nie perfekcyjny dzień na rozpoczęcie czegoś nowego?
A jeśli dodać do tego 2 złamane żebra, oparzenie 2 stopnia i to, że nie mamy już plecaków, to co nam pozostaje?
Chyba tylko wracać do domu:)))))))))))
Koniec tej gejówy. Panie i panowie… (więcej…)

Styczeń 22, 2012

Przepisy

Filed under: INDONEZJA,TAJLANDIA — maugoska @ 13:56

my-way.jpg

Szczerze mówiąc, nie powinno być „przepisy”, ale „skandal”. Chyba. Chyba – bo to nie do pomyślenia w Europie. No ale tylko w Europie. Hmm, znów – chyba. Nieważne. Jest tak: (więcej…)

Styczeń 18, 2012

Droga przez mądrości

Filed under: TAJLANDIA — maugoska @ 07:21

zlote-mysli.jpg
KLIKNIJ TU, ŻEBY OBEJRZEĆ ZDJĘCIA

Na porannym spacerze po jednej z tajskich świątyń w Puket znaleźliśmy alejkę.
Alejka w drzewach, drzewa w mądrościach.
Może to i nie żadne eureki i tajemnice, ale kiedy się idzie o poranku,
zamyślają w uśmiechu. (więcej…)

Styczeń 17, 2012

Gong

Filed under: TAJLANDIA — maugoska @ 11:19

1-phuket-modlitwy.jpg
KLIKNIJ TU, ŻEBY OBEJRZEĆ ZDJĘCIA

Modlitwa. Błogosławieństwo. Prośba. Podziękowanie.
Bez słów rozedrgana melodia.

Dzień jeszcze nie wstał na dobre, siedzący na wzgórzu Budda spogląda na resztki mgieł snujących się po zmarszczkach morza Andamańskiego. Słońce różowi mu szatę przerzuconą przez ramię, budzi ptaki, myśli, ściera resztki snu z na wpół przymkniętych powiek. (więcej…)

Grudzień 29, 2011

Z samą sobą rozmowa na dachu

Filed under: INDONEZJA,MALEZJA,TAJLANDIA — maugoska @ 15:03

komiks-rozmowa-ze-soba.jpg
KLIKNIJ TU, ŻEBY OBEJRZEĆ ZDJĘCIA

- Lubisz koniec roku?
- Nie bardzo.
- Czemu?
- Przez jakiś taki nawyk podsumowań, nie mogę go w sobie zwalczyć. Takie wpojone: coś się kończy, coś się zaczyna. To może być dobre, optymistyczne, zazwyczaj takie właśnie jest – nowe, nowe, lubię nowe – ale w tych ostatnich dniach roku akcent pada zawsze na to „kończy”, i na bezwiedne rachunki, co zrobiłam, co mogłam zrobić, wyłazi ze mnie ten mój nieznośny wieczny niedosyt, to, że ciągle mi mało. Z końcem roku ciągnie w dół, jest pesymistyczne.
- Malkontent jesteś? (więcej…)

Czerwiec 20, 2011

Jedziesz na wakacje do Tajlandii?

Filed under: BIRMA,JESTESMY,TAJLANDIA — maugoska @ 06:09

DSC_1514.jpg
Szkoła dla najmłodszych – Nupo 2010

Z okazji Światowego Dnia Uchodźcy – małe przypomnienie…
Dokładnie rok temu przeżyliśmy jeden z najbardziej poruszających i znaczących momentów naszej trwającej ponad dwa i pół roku podróży. Wraz z Kingiem Zero, jednym z przywódców Szafranowej Rewolucji, odwiedziliśmy Nupo, położony przy zachodniej granicy Tajlandii obóz uchodźców birmańskich.
Tu: http://www.tamtaram.pl/index.php/2010/08/31/nielegalni/ można o tym przeczytać.

DSC_1477.jpg
Dzieci – Nupo 2010

Po przeprowadzonych 7 listopada ubiegłego roku „wolnych” wyborach, niewiele się w Birmie zmieniło. Niestety niewiele też się o tym mówi.
Dlatego dziś, w związku ze Światowym Dniem Uchodźcy oraz wczorajszymi urodzinami laureatki pokojowej nagrody Nobla Aung San Suu Kyi, będącej dla Birmańczyków symbolem nadziei, postanowiliśmy o tym przypomnieć.

A co mają z tym wszystkim wspólnego TWOJE wakacje w Tajlandii?

Założone i prowadzone przez Kinga Zero, wspierające birmańskich uchodźców biblioteki The Best Friend Library znajdują się właśnie tam. W Mae Sot i w Chiang Mai na północy Tajladii. Poza wsparciem finansowym, nieustannie potrzebują też książek (po angielsku, birmańsku), komputerów, leków, przyborów szkolnych…
Być może masz w domu starego nie używanego już laptopa, który leży i się kurzy, podręcznik do nauki angielskiego czy inne z potrzebnych im rzeczy. Weź je ze sobą na wakacje i przejeżdżając przez Chiang Mai lub Mae Sot zajrzyj do jednej z The Best Friend Library (znajdują się bardzo blisko centrum – i tak pewnie będziesz tamtędy spacerować) i ofiaruj je ludziom, których przyszłość zależy od takich właśnie małych gestów. To naprawdę nic nie kosztuje, a każda  nawet najmniejsza pomoc jest dla tych bibliotek bardzo ważna.

Biblioteki prowadzą bezpłatne kursy dla uchodźców.
W obozach są organizowane lekcje angielskiego –  zazwyczaj, tak jak w przypadku opisywanego przez nas Tony’ego nauczyciele mają do dyspozycji tylko jedną książkę na kilkunastoosobową grupę uczniów.
Kiedy byliśmy w Nupo, mnisi uczący postaw obsługi komputera mieli do dyspozycji jedynie dwa wysłużone laptopy na kilkuset uczniów.
Te przykłady można by mnożyć.

DSC_1768.jpg
Tak wyglądają prowadzone przez samych uchodźców lekcje angielskiego.
W podobnych warunkach uczą się dorośli.

Dla ludzi mieszkających w obozach, podstawą nadziei na wyrwanie się z impasu jest znajomość angielskiego – dzięki niej mogą próbować ubiegać się o azyl (głównie w Australii). Dzięki umiejętności obsługi komputera, łatwiej jest im znaleźć pracę  jeśli ten azyl dostaną.

Pomyśl… Tajlandia oferuje nie tylko rajskie plaże, ale też możliwość zrobienia czegoś dobrego. Dodatkowe 2 kilo w Twoim wakacyjnym bagażu może zmienić czyjeś życie.

Sierpień 31, 2010

nielegalni

Filed under: BIRMA,TAJLANDIA — maugoska @ 12:31

DSC_1384.jpg
KLIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC ZDJECIA

/wszystko, co zostalo tu opisane, mialo miejsce dwa miesiace temu. niestety, z tygodnia na tydzien, staje sie coraz bardziej aktualne./

Oficjalnie ich tam nie ma. 15 tysięcy Birmańczyków, żyjących w obozie Nu Po. Nie ma też, pozostałych 133 tysięcy, mieszkających w kolejnych ośmiu obozach, ani około miliona, przebywających nielegalnie w strefie przygranicznej. Ponieważ Tajlandia nie podpisała Konwencji Genewskich, nie obowiązują jej międzynarodowe przepisy o ofiarach reżimow. Te, nie mogą więc liczyć na oficjalne przyznanie „statusu uchodźcy”, dającego im prawo do pracy, nauki, leczenia czy swobodnego poruszania się po kraju. Z potrzasku terroru junty, trafiają w pułapkę zamkniętych obozów.

Oficjalnie, nas też tam nie było, bo żeby dostać się do obozu, trzeba zdobyć przepustkę, a wspierające uchodźcow, Tajsko-Birmańskie Konsorcjum Graniczne (TBBC), wydaje je bardzo niechętnie. W drodze do ich biura w Mae Sot, trafiliśmy przypadkiem do birmańskiej biblioteki. Tam spotkaliśmy King’a Zero. Ten młody, niepozorny mnich, współzałożyciel sieci zwalczanych w Birmie bibliotek The Best Friend, okazał się też jednym z przywódców Szafranowej Rewolucji – zainicjowanych przez mnichów i krwawo stłumionych przez juntę, pokojowych marszów z września 2007 roku. Mieliśmy szczęście – wybierał się właśnie do Nu Po, na obchody 65 urodzin Aung San Suu Kyi i jako gość honorowy uroczystości, stał się naszą przepustką do zamkniętego świata obozowej codzienności.

W objęciach dżungli
Do oddalonego o niewiele ponad 200 kilometrów od Mae Sot, obozu Nu Po, w czasie pory suchej, jedzie się 4-5 godzin. Kiedy przychodzi monsun – dużo dłużej. Drogi w tym rejonie są gorsze niż w pozostałej części kraju. Sytuacja przy granicy jest wciąż niestabilna, więc nikt ich nie modernizuje. Co kilka, kilkanaście kilometrów, uzbrojeni żołnierze zatrzymują przejeżdżające samochody. Logikę tych kontroli ciężko zrozumieć. Podchodzą, mierzą wzrokiem twarze pasażerów, czasem sprawdzają dokumenty i kiwnięciem głowy wskazują: ty! Wtedy ta osoba bez słowa wstaje, zabiera bagaż, płaci kierowcy i wysiada. Samochód odjeżdża, a ona zostaje z wojskowymi. Na skraju miasteczka, w polu, po środku dżungli.
W Nu Po jest zielono. Na pierwszy rzut oka, niemal romantycznie, bajkowo. Zbudowane z bambusa, pokryte liśćmi małe chatki przycupnęły pod ogromną skalną ścianą. Spomiędzy dachowych szczelin, leniwie wypełzają smużki dymu, dzieciaki bawią się na ścieżce, oburzony kogut ucieka przed pędzącym chłopcem. Mężczyźni, popijając herbatę dyskutują w cieniu tea shop’ów, siedzące na progu kobiety szepczą coś ze śmiechem. Między domami, zieleń. Bananowce, papaje, palmy, liana, podniebne korony porastających dżunglę drzew-gigantów. Ich strzeliste pnie, oblepione ciężkimi, monsunowymi chmurami. A dookoła – mur. Mroczna, nie do przebycia, rozkrzyczana bujność dżungli. Jeszcze niedawno, poza nią, nie było tu nic.

Sekcja 16a…
… staje się naszym domem na kilka najbliższych dni. Położona na skraju obozu, jest ciaśniejsza, bardziej klaustrofobiczna niż inne. Przejścia są tu węższe, a poprzyklejane do siebie chatki mają tylko po kilka, kilkanaście metrów kwadratowych. Ostatnie zabudowania dotykają już dżungli. Mieszkający w nich ludzie, traktowani są trochę po macoszemu.
Zarowno Nu Po, jak i pozostałe obozy zostały stworzone, by nieść pomoc uciekającym z przygranicznego dystryktu Karenom. Plemię to, jedno z siedmiu zamieszkujących Birme, jako jedyne, wciąż nie zaprzestało walki zbrojnej. Dlatego ich stan, krok po kroku, metodycznie, zrównywany jest z ziemią przez wojska junty. Ogromne represje, bezprawne przesiedlenia i rzezie, od lat zmuszają mieszkających tam cywilów do ucieczki. Ci ludzie, to zazwyczaj prości, czasem wciąż niepiśmienni wieśniacy. W obozach stanowią dominującą większość. A w Sekcji 16a mieszka inteligencja. Wywodzący się z pozostałych grup etnicznych, pochodzący z większych miast, uczestnicy powstania studentów z 88 roku, byli więźniowie polityczni, działacze opozycji, zaangażowani w walkę mnisi. Karenowie im nie ufają.
M. poznajemy tuż po przyjeździe. To od niego – mimo wciąż powracającego, urywającego opowieści „ale nie mogę wam wszystkiego powiedzieć” – dowiadujemy się najwięcej. A wie on dużo, bo to jego patriotyczne zadanie – wiedzieć. W Birmie konspirował, przekazywał informacje, rozkazy, organizował spotkania, budował sieci opozycji. Mimo, że wywiad deptał mu po piętach, nigdy nie został odkryty. Władza o nim wiedziała, ale nigdy nie udało jej się połączyć jego imienia z twarzą. To, oraz wrodzony spokój i ostrożność, pozwoliły mu przetrwać. Kiedy w Rangunie zrobiło się gorąco, zniknął, by teraz stąd, z Tajlandii, móc kontynuować walkę. Oficjalnie był i jest nauczycielem, ale nigdy nic nie wiadomo, lepiej nie podawać jego imienia i nie zamieszczać zdjęć.
To takich jak on, boja sie Karenowie. Bo nawet tu, w obozie, wciąż trzeba być czujnym, nigdy nie ma pewności, kto jest kim. Nieustannie przybywający, nowi uciekinierzy, przyjmowani są na podstawie zwykłej rozmowy z zarządzajacymi obozem, tajskim komendantem i głównie kareńskimi przedstawicielami uchodźców. Czasem nie posiadają nawet dokumentów, a na poświadczenie swojej tożsamości mają jedynie własne słowa. W takiej sytuacji łatwo się prześlizgnąć. M. walczy o wolność Birmy, jest po właściwej stronie. Ale kto wie, czy przybyły właśnie ze stolicy „inteligent”, nie jest tak naprawdę wysłannikiem junty, wtyczką wywiadu. A przecież tutaj mieszkają nie tylko „zwykli” uchodźcy.

Spacer
M. prowadzi nas przez obóz. Jest piątek, jeden z trzech w tygodniu dni targowych. Kiedy przyjechaliśmy, weszliśmy boczną ścieżką, bezpośrednio do Sekcji 16a. Dziś, po raz pierwszy mijamy główną bramę. Wzdłuż prowadzącej wgłąb zabudowań, szerokiej drogi porozstawiały się prowizoryczne, liche stragany. Każdy sprzedaje, co może, każdy kupuje, na co go stać. Warzywa, owoce, ryż, mięso. Kobiety przycupnęły nad metalowymi błyskotkami, garnki, trochę ubrań… Przy jednym ze stoisk, M. zwalnia, przycisza głos i pyta: widzicie tego mężczyzne? – stoi tyłem, wysoki, koszula opięta na szerokich barkach skrywa gęste, tradycyjne rysunki tatuaży, symbol męstwa. Za nim, dwaj młodzi chłopcy, jak rozdwojony cień, śledzą z najwyższą uwagą każdy jego gest – to kareński dowódca, bardzo ważna postać, teraz się tutaj ukrywa, ale pewnie niebawem wróci do partyzantów. Takich jak on jest tu wielu, granica jest bardzo blisko, przechodzą więc przez dżunglę, żeby wylizać się z ran, żeby odwiedzić rodzinę, przekazać wiadomości. Dlatego tak się boją wtyczek wywiadu w obozie.
Tuz przed zakrętem jest dom. Spory, murowany, inny niż wszystkie dokoła. W tym domu mieszka komendant. To także punkt kontrolny. Nie róbcie tutaj zdjęć – M. ledwo widocznym gestem wskazuje na budynek – dałem już do sprawdzenia wasze dokumenty, ale nie macie przepustki, więc lepiej się tu nie kręćcie, po co prowokować.
Komendant ma w obozie władzę absolutną, tu wszystko zależy od niego, czasem od jego humoru. Ale Nu Po ma szczęście, jest stosunkowo niewielki i nie ma tu takich restrykcji, jak w części innych obozów. Nie ma wzmocnionego drutem kolczastym płotu, nie ma absolutnego zakazu wychodzenia. Uchodźcy mogą podchodzić do pobliskiego strumienia, czerpać wodę do picia, ta obozowa jest brudna, mocno zawapniona, mogą przemycić z dżungli trochę drewna na opał. Mogą wychodzić na drogę ciągnącą się wzdłuż zabudowań czy stosunkowo łatwo dostać potrzebną przepustkę, żeby pojechać do miasta. Ale ta „wolność” jest krucha, nie zawsze tak tu było i w ciągu jednej sekundy, zakazy mogą powrócić.

Krzyk kolatek
Jest wieczór, prawie dziesiąta. W niedawno wybudowanej świątyni Tammayou, King Zero prowadzi wykłady. Jest już niewiele osób, bo o tej godzinie nie można opuszczać swoich sekcji. Na skraju każdej z nich, pełniący wartę strażnicy wyłapują każdego, kto chciałby złamać ten zakaz. Niekiedy można za to trafić do więzienia. Więzienie to dół w ziemi. Pilnują też bezpieczeństwa, bo czasem linia walk potrafi się przesunąć. Granica tajsko-birmańska wciąż jest bardzo nieszczelna, przebiega środkiem dżungli, a po jej drugiej stronie wojna nie ustaje. Wiodąca do niej droga, rzadko podlega kontrolom, uciekający żołnierze potrafią dotrzeć aż tutaj.
Nagle, nocną ciszę przerywa przedziwny dźwięk. Z oddali, nadciąga falą głuche klekotanie. Krzyczy dookoła i płynie dalej w obóz. Alarm. Przed każdym domem wisi kołatka z bambusa, w razie niebezpieczeństwa, to one ostrzegają. Największym zagrożeniem tego miejsca jest pożar. Wszystko jest tu drewniane, wody jak na lekarstwo, nim ogień się zdąży roztańczyć, zrówna obóz z ziemią. Dzisiaj łuny nie widać, a więc to coś innego. Mężczyźni się podrywają, zwartą grupą ruszają w stronę źródła dźwięku. Spod ziemi wyrastają bambusowe tyczki, proca, szklane kulki. Na codzień niewinne zabawki, bo broń jest tu zakazana. Nie mija nawet kwadrans, kiedy wszystko milknie. Jak gdyby nic się nie stało, King Zero ciągnie swój wykład, mężczyźni znów siedzą, słuchają, i tylko napięcie nie mija. Do skrajnej sekcji obozu, próbował się przedostać ktoś spoza, jakiś obcy. Spłoszony wszczętym alarmem rozpłynął się w czerni dżungli. W popłochu porzucil karabin. Złodziej? Stęskniony partyzant? Zabójca, wysłannik junty? Teraz to już nieważne. Teraz, trzeba zrobić coś z bronią. Do rana musi być czysto, bo jeśli komendant się dowie, mogą powrócić restrykcje.

Dzike słonie
Krążymy obozowym labiryntem ścieżek. Mijamy mini szpital, meczet, klasztory, kościół, gdzieniegdzie fronty domów zmienione w małe sklepiki. Wszystko prowizoryczne, koślawe, łatane, ubogie. Dochodzimy do szkoły. Jeden z pracujących tutaj wolontariuszy, siedzi na progu klasy i pali papierosa. Przy nim dwóch Birmańczyków, pomagających w szkole. Przyłączamy się do nich, przysłuchujemy rozmowie. Włoch uczy angielskiego, siedzi tu już od miesiąca, wymyślił sobie właśnie, że chciałby pójść na wycieczkę. Piechotą, do granicy. Uchodźcy, z niepokojem, zgodnie kręcą głowami: nie można. Nie można? Dlaczego? Marcello się nie poddaje. Przecież droga jest prosta, jeżdżą nią samochody, 15 kilometrów to dla mnie trzy godziny, chyba się nie zgubię. Ale jest niebezpiecznie, słyszy w odpowiedzi, jest b a r d z o niebezpiecznie, bo w dżungli są dzikie słonie. Możesz iść nad wodospad, my cię zaprowadzimy. Odpowiadamy za ciebie – urywają rozmowę.
Kilka godzin wcześniej, usłyszeliśmy to samo. Ale brnęliśmy uparcie, w końcu M. zrezygnował. Słuchajcie, wam nie wolno odchodzic od głównej drogi, bo w okolicznych lasach poukrywana jest broń. Tutaj jest zakazana, więc kiedy Karenowie uciekają z Birmy, żeby zamieszkać w obozie, zostawiają ją w dżungli. Gdybyście przez przypadek dotarli do tych miejsc, mielibyśmy kłopty. Ludzie zrobią wszystko, by je utrzymać w sekrecie. Nie wiem czy mnie rozumiecie. Dla nas, to kwestia przetrwania. Gdyby tajskie władze znalazły te składy broni, mogło by to być pretekstem do likwidacji obozu. Więc dzikie słonie strzegą naszego być albo nie być.

Tea shop
Na wzór tego „wolnego”, obozowe życie skupia się wokół tea shop’ów. Kawa kosztuje tu grosze, a cienką, chińską herbatę dostaje się za darmo. To właśnie nad ta herbatą, pitą z maleńkich czarek spędza się długie godziny. Rozmawia, zamyśla, patrzy. Też tu przesiadujemy, słuchając, poznając ludzi.
Tony’ego wszędzie pełno. Jest żywy, gadatliwy, wiecznie uśmiechnięty. Jesteśmy w podobnym wieku i jakoś nam blisko do siebie. Spotkany w normalnym życiu, w pracy, na imprezie, mógłby być naszym znajomym. W Birmie był przewodnikiem, jeździł z turystami. Lubił swoją pracę, spotykał mnóstwo ludzi, ze wszystkich zakątków świata, mógł opowiadać o Birmie, wiódł dobre, dostatnie życie. Ułożył się z systemem, nie mógł na nic narzekac. Ma trochę za złe losowi, że wszystko się tak potoczyło. Ciężko mu się odnaleźć w tutejszej rzeczywistości. W odróżnieniu od mnóstwa przebywających tu ludzi, nie konspirował, nie walczył. Ot, przez zupełny przypadek, kilka zrobionych zdjęć, nagle stracił kontrolę nad swoim własnym życiem. Wiecie, ja wciąż w to nie wierzę. To był zwyczajny dzień, jechałem taksówką na lotnisko, żeby odebrać grupę turystów. Nagle zadzwonił telefon i mój przyjaciel powiedział, że służby wywiadu były u mnie w domu, że mnie szukają. Wiecie co to znaczy? Gdybym był wtedy u siebie, nie rozmawialibyśmy teraz. Zostałem oskarżony o nielegalne robienie zdjęć. Kilka miesięcy wcześniej, pojechałem na południe, przygotować trasę wycieczki. To było niedługo po przejsciu cyklonu Nargis, a ja, jak wszyscy w kraju, nie miałem pojęcia o tym, co się dzieje w delcie Irrawady. To, co tam zobaczyłem, szokowało. Ludzie, którzy potracili wszystko, nie otrzymali żadnej pomocy, byli skazani sami na siebie. Przejeżdżając, zrobiłem kilka zdjęć i… pojechałem dalej. To wszystko. Kiedy odebrałem ten telefon i usłyszałem, że mnie szukają, byłem przerażony, nie miałem pojęcia, co robić. Ale wiedziałem, że za nic nie chcę trafić do więzienia. Kilkaset metrów przed lotniskiem, zatrzymałem taksówkę, zapłaciłem i wysiadłem. Do domu wrócić nie mogłem. Miałem przy sobie trochę służbowych pieniędzy, zadzwoniłem do biura, przeprosiłem szefa za to, że je zatrzymam i pojechałem do przyjaciół, do innej części Rangunu. Tam przenocowałem, a o świcie, wziąłem od nich kilka ubrań na zmianę i ukrywając się ruszyłem w stronę granicy. Po kilku dniach wylądowałem w Mae Sot, potem tutaj. Wiem, że policja codziennie przychodziła mnie szukać. Dd ponad dwóch lat już tu jestem. Mieszkam w tym domu, przy drodze. Zbudowaliśmy z kolegą prowizoryczną klasę, za własne pieniądze kupiłem tablicę i używany słownik i ucze angielskiego. Za darmo, jak wszyscy tutaj. A w Birmie nie mogłeś zostać, spróbować to jakoś wyjaśnić? Przecież nic nie zrobiłeś… Chyba żartujecie! Widzicie tamtego mężczyznę? Wiecie dlaczego jest łysy? Całymi tygodniami siedział przykuty do słupa z kapiącą mu na głowę gorącą wodą. Aż stracił większość włosów. Z nikim nie rozmawia. Zwariował. Wielu ludzi wariuje. Tam nie masz żadnych praw. Ja nie wytrzymałbym tortur, nie dałbym rady. Wszystko, tylko nie więzienie. Chociaż tu też nie jest lekko. Najtrudniejsze jest to, że nigdzie nie mogę się ruszyć. Teoretycznie mógłbym dostać przepustkę i pojechać do Mae Sot. Ale nie chcę. Tajowie na nas żerują, pod byle jakim pozorem, czepiają się dokumentów, żeby wyłudzić łapówkę. Nie widzieliście kontroli? A, wiecie, szkoda gadać.
Siedzimy, sączymy herbatę, zmieniają się ludzie, historie… czyjś brat działał w opozycji, wywiad nie mógł go znależć, zaczęli nachodzić rodzinę. Wszyscy musieli uciekać. Kto inny, były wojskowy, szukając ocalenia dla resztek samego siebie, przywdział mnisie szaty. Co noc budzi się z krzykiem. Ktoś próbował zawieźć jedzenie ofiarom cyklonu, trafił do więzienia. Ktoś filmował zamieszki, czyjaś wioska spłonęła… w samym tylko Nu Po, 15 tysięcy tragedii.

Wystawa
Córka właściciela tea shop’u podbiega uśmiechnięta, ze zmiętą kartką papieru. Z dumą, ją rozkłada, żeby pokazać rysunek. Już, już chcemy pochwalić, powiedzieć, że bardzo ładny, gdy nagle do nas dociera, że na dziecięcym obrazku, dwóch uzbrojonych żołnierzy, drewnianymi pałkami, bije ludzi po głowach. Bity mężczyzna klęczy, złożone w prośbie dłonie, błagają oprawcę o litość. Trzeci żołnierz, dowódca, stoi z pistoletem. Słabym, łamanym angielskim, dziewczynka coś tłumaczy. Ale niestety nijak nie potrafimy zrozumieć. Chowamy tylko emocje za udawanym uśmiechem.
Następnego dnia, rano, emocje te uderzą z dużo większą siłą. Z okazji dnia uchodźcy, w obozie jest wystawa. Na jego głównym placu, kilkadziesiąt rysunków. Wiele z tych obrazków, mogłoby być dowodem, w procesie rządzącej junty, o zbrodnie przeciwko ludzkości. Z przerażającą precyzją, pokazują to, o czym można przeczytać w raportach wspierających karenów organizacji humanitarnych. Przymusowe, masowe przesiedlenia, krzyżowanie, palenie ludzi żywcem, gwałty, w tym gwałty zbiorowe, najwymyślniejsze formy przemocy i „tortury wodne”, zakopywanie w ziemi po szyję i doprowadzanie do śmierci biciem i kopaniem, samowolne egzekucje, ścięcia, zmuszanie do niewolniczej pracy… to tylko część przykładów.
Kiedy się o tym czyta, nagromadzenie zła sprawia, że fakty tracą realność, wydają się być niemal nie-do-uwierzenia, odległym, koszmarnym majakiem, oglądanym zza szyby domowego zacisza. Tu, czar dystansu pryska. Z koślawo wiszących rysunków, bije bezlitosna namacalność. Bo te dzieci, nie znają tego z opowieści. One musiały to widzieć. Usłyszeć, poczuć, przeżyć. Bo zbyt dokładnie wiedzą, jak się kopie człowieka, przystawia karabin do głowy, przykuwa skazańca do słupa, ucieka z płonącej wioski, pełnej leżących trupów. Przerażenie, strach, niemoc. Tego nie podpowie dziecięca wyobraźnia. Tego nie sposób poznać, słuchając rozmów dorosłych.

Plotka
Tony siedzi w ławce, wpatrując się w pustą tablicę. Cała jego energia, gdzieś wyparowała. Na wczorajszych obchodach dotarła do niego plotka. Komendant powiedział komuś, że zlikwidują obozy, a wszystkich tutejszych uchodźców odeślą z powrotem do kraju, jeśli wybory w Birmie odbędą się zgodnie z prawem. Zgodnie z jakim prawem? – Tony nie wytrzymuje – Te wybory to farsa! Chcecie już dziś znać wyniki? Moge wam powiedzieć.
Tegoroczne wybory są piątym, z ogłoszonych przez juntę, „Myanmarskich Siedmiu Kroków w Drodze do Demokracji”. Kilka poprzednich przyniosło nową konstytucję. Gwarantuje ona, nominowanym przez generałów żołnierzom, 25% miejsc w obu izbach parlamentu. Pozbawia prawa do głosowania, członków zakonów i „ubogich”, ogranicza wolność słowa, zrzeszania i zgromadzeń, mętnymi zapisami o „społecznym spokoju”. Nie ma choćby wzmianki o zakazie tortur ani nie daje gwarancji uczciwego procesu. Gdy „zajdzie nagła potrzeba” tatmadaw (Myanmarskie Siły Zbrojne), może zawiesić wszystkie „podstawowe prawa”. Ministerstwa obrony, bezpieczeństwa, spraw wewnętrznych i zagranicznych pozostają w rękach generałów. Tatmadaw jest zarządzany wewnętrznie i niezależny od pozostałych organów państwa, sąd najwyższy nie ma władzy nad sądami wojskowymi, a prezydent nie ponosi odpowiedzialności przed parlamentem ani żadnym sądem. Żeby wprowadzić zmiany w ustawie zasadniczej, trzeba uzyskać przewagę ponad 75% głosów.
Konstytucja została zatwierdzona w referendum. Według oficjalnych danych, głosowało 99% uprawnionych i 92% z nich, poparło jej wprowadzenie. Według nieoficjalnych, urzędnicy państwowi głosowali w obecności żołnierzy, pracownicy dużych fabryk, w swoich miejscach pracy, a resztę narodu „uprzedzono”, że namawianie do „głosowania na nie”, grozi wysoką grzywną i trzema latami więzienia.
Kiedy Tony nam o tym opowiada, jego złość miesza się z bezsilnością. Generałowie wciąż zwlekają z podaniem daty wyborów – ciągnie – będą tak czekać do ostatniej chwili, żeby nie było czasu na kampanię. A i ta będzie nierówna. Wszystkie media w Birmie należą do obecnej władzy. Gazety, radio, telewizja. Wszędzie będzie tylko ich propaganda. Opozycji pozostanie na wpół legalna dystrybycja ulotek i spotkania. A i na tych, pewnie będzie więcej tajniakow niż zwykłych ludzi. A potem będą wybory. Potoczą się tak, jak ostatnie referendum. Nie wpuszczą przecież do kraju dziennikarzy i obserwatorów. I w końcu junta ogłosi wyniki, w których okaże się, że zgodnie z prawem, zasadami demokracji i wolą narodu, to ona je wygrała. Twarz Tony’ego tężeje. A wiecie co się stanie, jeśli naprawdę Tajlandia zlikwiduje obozy? Rząd zrobi na granicy wspaniałe powitanie, będą przemówienia, uściski rąk, kamery. Cały świat zobaczy, jak szczęśliwie wracamy. A za pierwszym rogiem, wszystkich nas aresztują. Wsadzą do ciężarówek i wywiozą do więzień. Albo najbliższej dżungli. Nigdy tam nie wróce, dopóki oni rządzą. Jeśli mam stracić życie, to chociaż w słusznej sprawie. Nigdy nie myślałem, że byłbym zdolny zabić, ale teraz już wiem, że jeśli będzie trzeba, choć nie chce, chwycę za broń. Trudno.


13 sierpnia, rządzący generałowie ogłosili termin wyborów. Odbędą się 7 listopada tego roku.
26 sierpnia, sekretarz generalny ASEAN (Stowarzyszenia Narodów Azji Południowo-Wschodniej), wyraził swoją radość, w związku z wiadomością o ustaleniu daty elekcji, ponieważ nie tylko ASEAN, ale i opinia międzynarodowa przejawiały „zatroskanie” i „niepokój”, związane z procesem przygotowania wyborów oraz tym, czy będą one wolne i uczciwe. Jednocześnie, minister spraw zagranicznych Wietnamu, pełniącego przewodnictwo w organizacji, zadeklarował, że ASEAN zachęca i wesprze Myanmar w jego „drodze do demokracji i pojednania narodowego” oraz w przygotowaniach do planowanej elekcji. Konsultacje w tej sprawie, odbędą się w najbliższym czasie.
Bez podania przyczyny, od 1 września junta zawiesza, wprowadzoną w maju tego roku,  możliwość uzyskania wizy na lotnisku w Rangunie. Procedura powraca do silnie kontrolowanych przez rząd ambasad i konsulatów.

Lipiec 29, 2010

pod mostem

Filed under: BIRMA,TAJLANDIA — tomek @ 14:02

DSC_1367.jpg
KLIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC ZDJECIA

tajlandia, mae sot. po drugiej stronie rzeki – birmanskie miasteczko myawaddy.
przerzucony przez rzeke, graniczny most przyjazni wiedzie nudny, bezbarwny zywot. mimo, ze wielka, betonowa konstrukcja dumnie goruje nad okolica, ruchu na nim jak na lekarstwo. ot, kilka, kilkadziesiat osob dziennie. znudzeni, zmeczeni lepkim upalem straznicy, leniwie wykonuja swoja prace. przejrza paszport, wbija stempel, sprawdza bagaz. powoli, bez pospiechu. bo i po co sie spieszyc, przygraniczny zgielk, tutaj nie dociera.
ko myo na granicy zyje juz dwa lata. przyjechal po lepszy los dla siebie i swojej rodziny. pochodzi z poludnia birmy, z delty irrawady, miejsca, gdzie cyklon nargis dokonal najwiekszych zniszczen. zostawil swoich bliskich i ruszyl szukac zarobku. tak dotarl do myawaddy. lubi o sobie mowic, ze troche jest szalony, ale zaraz dododaje, ze tutaj, bez tego szalenstwa pewnie nie dalby rady. bo ciezko, bo samotnie, bo – chyba to najtrudniejsze – nigdy wieczorem nie wie, co mu przyniesie poranek. takich jak on jest tu wielu. cieszy sie, ze nas spotkal, bo nie mial na dzisiaj zajecia, a tak, dzien sie wypelni. siadamy, rozmawiamy. czym sie zajmuje? usmiech. rozglada sie dookola, codziennie czym innym, jak wszyscy, zyje z tej granicy. bo w odroznieniu od mostu, plynaca pod nim rzeka, brunatny, zasmiecony pas „ziemii niczyjej” tetni nieprzerwanie. chodzcie, cos wam pokaze…
patrolujacy zolnierze siadaja na lawce pod mostem. bron opieraja o murek i jakby od niechcenia odwracaja glowy. ten gest sporo kosztuje. ile? to nie jest pytanie, na ktore uzyskasz odpowiedz. ko myo zaczyna sie smiac. kosztuje… wystarczajaco, by patrzac, niczego nie widziec.
piecdziesiat metrow dalej, na podeschnietym mule, w gaszczu nadbrzeznych krzakow, sklecone z byle czego prowizoryczne namioty. w namiotach – birmanczycy. mieszkaja tu nielegalnie, bez dokumentow, pozwolen. nie maja statusu uchodzcow i nigdy go nie dostana, bo to nie walka z rezimem, ale nadzieja na lepsze, przywiodla ich w to miejsce. do birmy wrocic nie moga, boja sie konsekwencji, wiec zyja w tym potrzasku, wspierajac surowa codziennosc drobnymi przemytami. obok namiotow – stragany, w nich papierosy, alkohol, lokalna viagra, porno, szuczne penisy, ziola. tu dominuja mezczyzni. kawalek dalej, kobiety handluja krabami, rybami, ryzem, zielenina. niewiele z tego maja, mozliwosc lichego przezycia. teraz rzeka jest niska, monsun nie nadchodzi, ale kiedy popada, cala ta biedawioska zostanie odcieta od ladu, znajdzie sie na wyspie. a jesli beda ulewy i woda sie podniesie, zmyje wszystko i wszystkich. lecz nikt sie tym nie przejmie, bo oficjalnie ich  nie ma. idziemy dalej wzdluz brzegu. za pierwszym, niewielkim zakolem, kolejne zaskoczenie. prosta, drewniana lodz odbija z birmanskiej strony. dociera do srodka rzeki, staje, ludzie wychodza i dalej juz brodem, pieszo przechodza na strone tajska. to klasa ekonomiczna, ko myo znow gorzko zartuje, tu placi sie mniej, bo przewoznik niczego nie ryzykuje, lodz nie przekracza granicy. to nasza fikcja w fikcji. czekajcie, to jeszcze nie koniec.
wracamy spacerem pod most. zolnierze wciaz siedza w cieniu, cos czasem do siebie powiedza, zapala papierosa, popatrza w przesla, jak w otchlan. ko myo prowadzi nas dalej, sciezka na druga strone. to, co tam widzieliscie, to takie poboczne machlojki, tam nie za wiele sie zdziala, prawdziwy biznes jest tutaj. niecale sto metrow od mostu, zycie zaczyna pulsowac. z jednego brzegu na drugi, wlasciwie nieustannie, na wielkich detkach od tirow sa przeprawiani ludzie. najwiekszy ruch jest rano i potem, po poludniu. setki birmanczykow ciagna na tajska strone. czesc z nich, nielegalnie pracuje w pobliskiej fabryce, inni plyna po wsparcie, do slynnej w okolicy kliniki doktor cynthii. tam maja bezplatna pomoc, opieke medyczna, lekarstwa. niektorzy jada dalej, odwiedzic swoich krewnych, sprobowac cos sprzedac na targu, cos kupic, czy wymienic. wieczorem, ta sama droga, wracaja do domu, do birmy. tu konczy sie „niewinnosc” granicznych dzialalnosci. im dalej od mostu, tym ciemniej.
widzicie ta dziewczyne? pod czarna parasolka? – mloda, ladna birmanka siedzi na stromej skarpie. wokol niej, grupka chlopcow, schylaja sie w ciasnym kregu. – sprzedaje amfetamine. to tutaj ogromny problem, dzieciaki strasznie wpadaja.
a przemyt? kazdy moze, wiecie jak to sie robi? my wszyscy zujemy betel, nikogo to nie dziwi, pakuje sie dziesiec tabletek w szczelna foliowa torebke, owija lisciem i zuje. nikt tego przeciez nie sprawdzi. a w razie klopotow, wypluwasz prosto do rzeki i z glowy. to taki szybki zarobek a i klientow jest duzo, bo tutaj jedna tabletka to 150 bhatow. a w nocnym klubie, w bangkoku biora conajmniej trzysta. ale to, o czym mowie, to takie plotki jak ona, w dzien nie ma duzych przerzutow.
mijamy kolejne zakole, wyschniety doplyw rzeki i dochodzimy do „portu”. tu, cala infrastruktura. na skarpie zbudowane dlugie, drewniane zjezdzalnie. na gorze ciezarowki, wypakowane towarem, chemia, napojami, kolejne zgrzewki, tasmowo, zjezdzaja prosto do lodzi. na drugim brzegu te lodzie wypelnia sie ryzem, cebula i wroca na tajska strone. i beda tak kursowac od rana do wieczora. a kiedy zapadnie zmierzch, zmieni sie asortyment. zamiast produktow spozywczych pojawia sie rowery, meble, samochody, narkotyki, alkohol, wszystko to, co nie moze przeplynac na oczach celnikow.

Lipiec 27, 2010

tajskie wakacje

Filed under: TAJLANDIA — maugoska @ 12:59

DSC_0610.jpg
KLIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC ZDJECIA

tym razem padlo na czerwonych. to oni z poczatkiem wakacji wyszli na ulice. wszystko zaczelo sie 14 marca, w niedziele. w niedziele tez mialo sie skonczyc, ale do tego konca, wtedy, owego 14 marca bylo jeszcze bardzo daleko. nikt nawet nie przypuszczal, jak bardzo.

czerwoni kontra zolci
czerwone koszule wywodza sie glownie z polnocnych, rolniczych prowincji tajlandii. w miastach popieraja ich robotnicy i nizsze klasy spoleczne. wiekszosc z nich, to zwolennicy usunietego przed kilkoma laty, premiera thaksina. urodzony w chiang mai thaksin, w czasie swojej pierwszej kadencji zwrocil sie w strone ludzi biednych, to do nich skierowane byly jego reformy. jako pierwszy zauwazyl ich istnienie. oni, w zamian za to, zapalali do niego miloscia. milosc ta trwa do dzis. jego druga kadencja, przerwana przez wojsko i przedstawicieli inteligencji (zolte koszule), jak twierdza ci ostatni, skazona byla korupcja i machlojkami. dzis, byly premier przebywa na emigracji. jego powrot do kraju, w zwiazku z wydanymi po zamachu stanu wyrokami, rownoznaczny jest z dwoma latami wiezienia.
czerwoni (udd – zjednoczony front na rzecz demokracji przeciwko dyktaturze) oskarzaja zoltych (pad – ludowy sojusz na rzecz demokracji) o bezprawne usuniecie thaksina. ale tez, jednym tchem, o potwierdzone niedawno przez tajska komisje wyborcza nieprawidlowosci w finansowaniu kampanii wyborczej, nieprawidlowosci owe, warte sa prawie szesc milionow euro, o wprowadzenie rzadow dyktatury wojskowej, o marginalizowanie interesow ubozszej czesci spoleczenstwa.
zolci zarzucaja czerwonym chec obalenia monarchii, bardzo ciezki zarzut, w kraju gdzie krol jest polbogiem, slepe popieranie przestepcy i populisty – thaksina, dazenie do obalenia rzadu.
wszyscy wszystkich zas, winia o korupcje, nepotyzm i ciagle lamanie prawa.

piknik
co takiego sprawilo, ze wyszli na ulice? co bylo impulsem, chwila, prowokacja? od czego, tym razem, sie zaczelo? trudno dzis powiedziec. w ciagu niespelna tygodnia bangkok sie zaczerwienil. stojacy w poblizu budynkow rzadowych pomnik demokracji stal sie centrum jednego obozu, glowna arteria dzielnicy handlowo-finansowej, ratchadamri road – sercem drugiego. z glosnikow poplynely przeplatane muzyka zadania: chcemy demokracji! chcemy rozwiazania parlamentu! chcemy nowych wyborow! czerwonych koszul przybywalo. z czasem, na poczatku niewielkie obozy zaczely sie rozrastac, peczniec, zamieniac w „wioski”, potem w „miasteczka”. jednak wciaz bylo spokojnie. policja i wojsko wzmocnily szeregi, ale pozostawaly bierne. demonstranci nie zamierzali rezygnowac, ale tez nie pozwalali sobie na przemoc. centrum bangkoku bardziej przypominalo radosny festyn niz opanowana politycznym konfliktem stolice. zycie w obozach tetnilo codziennoscia. pojawily sie stragany z jedzeniem, przenosne kramiki z owocami i napojami, stoiska z propagandowymi koszulkami, chustkami i naszywkami, inne z filmami i muzyka, zabawkami, gazetami. po ulicach krazyly ciezarowki – lazienki, w ktorych mozna bylo wziac prysznic, na drzewach i slupach zawisly hamaki, chodniki zostaly pokryte matami, porozstawialy sie skwierczace jedzeniem mini paleniska. na pierwszy rzut oka, ciezko bylo uwierzyc, ze ci ludzie, to protestujacy demonstranci.

sily w ruch
ten poczatkowy stan zawieszenia nie mogl trwac wiecznie. mimo ze na ulicach bylo spokojnie, sytuacja robila sie coraz bardziej napieta. wszelkie proby negocjacji upadaly, zanim rozmowy na dobre sie zaczely. z powodu paralizu najwazniejszych czesci miasta, kazdy kolejny dzien powiekszal ogromne starty finansowe. najwieksze centra handlowe zostaly zamkniete. ministerstwa spraw zagranicznych zaczely odradzac obywatelom swoich krajow podroze do tajlandii. przebywajacy w bangkoku turysci masowo opuszczali stolice. w koncu, kiedy czerwone koszule przeprowadzily szturm na parlament, komisje wyborcza i siedzibe telewizji, a niezadowolenie spoleczne zaczelo niebezpiecznie rosnac, premier postanowil dzialac. 7 kwietnia zostal ogloszony stan wyjatkowy. rzad zamierzal podjac probe zlikwidowania, zlokalizowanego wokol budynkow rzadowych, obozu. rano, 10 kwietnia szwadrony policji i wojska zaczely od kilku stron zaciesniac krag wokol protestujacych. ci, staneli do walki. w ruch poszly kamienie, bambusowe tyczki, butelki, piesci. okolo poludnia sily rzadowe zostaly zmuszone do odwrotu. czerwoni triumfowali. jednak ich radosc nie trwala dlugo. poznym popoludniem, wojsko i policja ruszyly ze zdwojona sila. tym razem walka rozgorzala na dobre. choc zadna ze stron, nie chciala sie do nich przyznac – padly strzaly. rezultat – 25 osob zabitych i ponad 800 rannych. tajlandia zamarla. bo mimo ze demonstracje, protesty i zamachy stanu zdarzaja sie tu regularnie od ponad pol wieku, tak brutalnych i krwawych zamieszek kraj nie widzial od 18 lat. po pierwszym ataku oskarzen, obie strony, zszokowane nieoczekiwanym przebiegiem wydarzen, postanowily sprobowac powrocic na droge negocjacji. bez skutku.
/KLIKNIJ TU, ZEBY PRZECZYTAC RELACJE Z WALK Z 10 KWIETNIA NA KHAO SAN ROAD/

zawieszenie
kolejny miesiac nie przyblizyl porozumienia ani o krok. czas mijal, straty ekonomiczne powiekszaly sie o kolejne zera, napiecie nie spadalo. 22 kwietnia przy parku lumpini, glownej kwaterze protestu, wybuchl granat. ranil 85 osob. szesc dni pozniej, na obrzezach bangkoku znow padly strzaly. nastroje na poczatku maja, do zludzenia przypominaly te z poczatku kwietnia. jedyna roznice stanowilo skupienie czerwonych w jednym, zajmujacym dzielnice handlowo-biznezowa obozie oraz… zblizajace sie rozpoczecie roku szkolnego. 16 maja konczyly sie wakacje.
kiedy minal kolejny, wyznaczony przez wladze „ostateczny termin” zakonczenia protestu, do prosb dolaczyly grozby. rano, 13 maja rzad zapowiedzial, ze jezeli demonstaranci natychmiast nie rozjada sie do domow, na ulice zostana wyslane uzbrojone oddzialy wojska. jednoczesnie, wezwal wszystkich cywilow do opuszczenia okolicy obozow i wstrzymal transport publiczny. nastepnie, premier odwolal zlozona wczesniej oferte przeprowadzenia przedterminowych wyborow. dziesieciotysieczny oboz czerwonych koszul ani drgnal.

strzal
tego samego dnia, wieczorem, niegdys nalezacy do sil rzadowych, a teraz, glowny strateg walczacych, dowodzacy radykalnym odlamem protestu – czarnymi koszulami, general khattiya sawasdipol (znany jako seh daeng – czerwony dowodca) udzielal wywiadu dziennikarzowi new york times’a. nagle padl strzal. kula trafila precyzyjnie, prosto w czolo generala. ten strzal zmienil wszystko. wprowadzil wydarzenia na tory, biegnace tylko w jednym kierunku. w czasie kiedy ranny przywodca byl ewakuowany do szpitala, uzbrojone w wozy pancerne wojsko, ciasno otoczylo oboz. niewielkie do tej pory barykady protestujacych zaczely sie pietrzyc, tworzac geste zasieki. obie strony przygotowywaly sie do walki, wszelkie mozliwosci negocjacji zostaly ostatecznie zerwane.

wojna
niedlugo po zamachu rozbrzmialy pierwsze wystrzaly. mialy trwac nieprzerwanie az do konca konfliktu. 14 maja przyniosl osmiu zabitych i ponad stu rannych. wladze odciely oboz od wody i pradu. czerwoni zaczeli ewakuowac kobiety i dzieci z najbardziej narazonych na konfrontacje stref. nieustannie wzmacniali barykady i przy pomocy kamieni i petard starali sie odeprzec nacierajaca, kilkutysieczna armie zolnierzy. wojsko odpowiadalo gumowa i ostra amunicja. dzielnice szczelnie wypelnily obloki gazu lzawiacego. ulice bangkoku zamarly. zazwyczaj pelne zgielku, tetniace zyciem miasto, schowalo sie do domow. tam, przykute do telewizorow, z przerazeniem sledzilo przebieg wydarzen. centrum zaczelo plonac, stalowy dym palonej gumy zawisl nad miastem.
15 maja powiekszyl liczbe zabitych do 24. caly obszar starc, zostal przeksztalcony w odcieta od reszty miasta „strefe zagrozenia zycia”. nieustanna ewakuacja kobiet, starcow i dzieci, zmniejszyla liczbe protestujacych do ok. 5 tysiecy. premier wzywal wojsko do nieprzerwanego, „bedacego w interesie wszystkich obywateli tajlandii”, kontynuowania operacji. w miescie zaczely pojawiac sie plotki o zagrozeniu zamachami bombowymi poza terenem walk. bangkok wrzal i to wrzenie wymykalo sie spod kontroli.
jako pierwsi reke wyciagneli przywodcy czerwonych koszul. pod warunkiem wycofania wojsk oraz dopuszczenia przedstawicieli onz, jako mediatorow, zgodzili sie negocjowac. rzad odpowiedzial stanowczo: tajlandia sama poradzi sobie ze swoimi problemami, po czym rozszerzyl stan wyjatkowy na 20 prowincji, oglosil nadchodzace poniedzialek i wtorek dniami wolnymi od pracy, przesunal rozpoczecie roku szkolnego i kontynuowal walke z „ukrywajacymi sie w szeregach czerwonych koszul terrorystami”. napiecie siegalo zenitu. kiedy wydawalo sie, ze gorzej juz byc nie moze, w poniedzialek rano, po czterech dniach spiaczki, zmarl czerwony dowodca. protesty rozlaly sie na polnocno-wschodnie prowincje kraju. w chiang mai splonal woz policyjny, w kilku innych miastach przeszly demonstracje. w oficjalnym, telewizyjnym oswiadczeniu, rzad wezwal walczace w bangkoku, czerwone koszule do wycofania sie z barykad. oglosil tez, ze kazdy, kto tam pozostanie, po wyznaczonej jako granica, godzinie 15.00, zostanie skazany na kare wiezienia oraz przebywac bedzie w strefie walk na wlasne ryzyko. po tym wystapieniu ruszyl do ataku. liczba ofiar skoczyla do 37, danych dotyczacych rannych, nikt juz nie podawal. po intensywnej nocy, rano zapanowala cisza. jej gluchy ciezar przerywaly smigla helikopterow, czarne obloki dymu znaczyly miejsca starc, jednak tego dnia miasto bylo przedziwnie spokojne. strony negocjowaly. kiedy liderzy czerwonych zgodzili sie na warunki stawiane im przez rzad, ten nagle sie wycofal, twierdzac, ze rozmow nie bedzie, dopoki protestujacy nie znikna z ulic bangkoku. mediacje zostaly zerwane. rzad nie chcial rozwiazania, wladza pragnela wygranej.
19 maja, bangkok zakipial walkami. wyznaczona wczesniej „strefa zagrozenia”, zostala otoczona kilkusetmetrowym buforem wojska i policji. armia ruszyla. szturm. metodyczny atak. wojsko metr po metrze zdobywalo ulice. sukces. plonace zapory, ugiely sie pod naciskiem wozow opancerzonych. armia forsowala kolejne barykady. strzaly, aresztowania, kociol, chaos i krew. wszyscy zgodnie twierdzili, ze tak ostrego starcia jeszcze tutaj nie bylo. tego dnia, po poludniu, przywodcy czerwonych koszul oddali sie w rece policji.

pozar
w szeregach protestu zawrzalo. czesc poszla za liderami, zlozyla bron i ulegla. jednak skrajne bojowki nie chcialy dac za wygrana. wpadly w szal podpalania. miasto stanelo w ogniu. najwieksze centrum handlowe, gielde, budynki rzadowe, siedzibe telewizji, pokryly geste plomienie. rzad by okielznac sytuacje wprowadzil zakaz zgromadzen, ograniczenia w ruchu oraz godzine policyjna. wszystkie te obostrzenia mialy sie rozlac pozniej na inne czesci kraju i zostac przedluzone o kilka kolejnych dni. a wladza, po raz ostatni miala stanac do walki. tym razem, walki z zywiolem, chaosem i reputacja.

sprzatanie.
pozary zniknely najszybciej, nie bylo innego wyjscia, bo byly zagrozeniem dla gestej zabudowy. powodowaly takze najbardziej odczuwalne straty finansowe. nastepnie przyszla kolej na pobojowiska. dlugie sznury ciezarowek, przez trzy dni, nieprzerwanie, wywozily opony, polamane bambusy, szczatki spalonych pojazdow, deski, smieci, szmaty, pogiete blachy, barierki. miejskie sluzby oczyszczania porzadkowaly miejsca po obozach, zabezpieczaly witryny, grodzily pogorzeliska. w niedziele, centrum miasta zostalo oficjalnie otwarte. tego dnia rzad mial przywdziac biale rekawiczki. na glownym skrzyzowaniu tuz obok spalonego najwiekszego w bangkoku centrum handlowego, urzadzono festyn. byly przemowienia, muzyka, pokazy i… miotly. rekami ochotnikow, postanowiono zmyc slady „dzielacych narod roznic”. przez caly dzien i pol nocy mlodziez i sluzby miejsckie wpolnie myli ulice, chodniki i sumienia.

a w poniedzialek rano, po dluzszych o tydzien wakacjach, zwrocony „narodowi” bangkok opanowaly koszule… biale. jak gdyby nigdy nic, lsniacym czystoscia miastem dzieci poszly do szkoly.

——————–

pod prad
co wy tu robicie, dlaczego nie pojedziecie na phuket? a pan? dlaczego pan tu jest? mam swoje sprawy. no widzi pan. my tez.
poszlismy pod prad. kiedy mowili, zeby jechac – zostalismy. kiedy mowili, zeby sie nie ruszac – pojechalismy. ale to nie byly racjonalne decyzje, bo tak naprawde „spraw” nie mielismy tam zadnych. a jednak cos nas wciagalo, nie pozwalalo wyjechac, opuscic tego miasta. co to takiego bylo? zobaczyc. dotknac. zrozumiec. przezyc tu i teraz. bo phuket bedzie zawsze. moze nie rozumiesz, moze ci sie wydaje ze szukalismy sensacji. nie szukalismy. albo moze powiesz, ze po cholere komu, takie czarne emocje, szkoda zycia. nie szkoda. bo dobrze jest zobaczyc druga strone rzeczy. nawet jesli to trudne.
cisza, pustka, niepokoj, strach, namacalnosc smierci, napiecie, nieodwracalnosc, ale tez odwaga, patriotyzm, wiara, glupota, ignorancja… wiele definicji, nabralo nowych znaczen. znane pozornie pojecia odkryly nowe oblicze. szary zazwyczaj swiat ulegl krystalizacji, zatrzasnal sie w czerni i bieli. i byl on niezwykly, ciekawy, na co dzien nie do przezycia. na szczescie.
najgorsza byla cisza. glucha, dudniaca, az lepka. ta cisza przyszla nagle. jedyne co w niej zostalo, to klimatyzatory. one i zwierzeta. jednostajny szum i zawodzenia kotow, przerywane tepo pokrzykiwaniem jaszczurek – ge-kooo, ge-kooo, ge-kooo. poza nimi – nic. niewiarygodna, nie do uwierzenia cisza. paralizujaca, zmuszajaca do rozmow szeptem. jak na pustkowiu. a tu przeciez miasto, wielka metropolia. milczy, wyczekuje.
noc, siedzimy na dachu, nad nami tylko chmury. ciemnosc nimi pokryta jak pomarszczona mgla. jedynie nad centrum szare kleby kumulusow. wija sie. dotykaja, szarpia rozumienie. i nie pasuja do ciszy. choc nieme – wrzeszcza. to dym.
w tej ciszy, co i raz loskot – smigla helikopterow, dra niebo na kawalki. nie pozwalaja zapomniec, odwrocic sie, odetchnac.
napiecie jest jak wampir, ciagle nienasycone. wysysa caly spokoj, nazera sie bezpieczenstwem, puchnie od tego co spilo, tepieje od przezarcia, ale nie moze przestac. bezwiednie jak lunatyk, bezwzglednie jak dziecko, zre dalej. pozornie nic sie nie zmienia, kazda z osobna przyczyne latwo zignorowac. i to sa sidla napiecia. ledwie zaczynasz je widziec, dotykac zrozumieniem – znikaja, umykaja, nie daja sie przylapac. to poteguje niepokoj.
mityczny khao san – pustoszal. turysci uciekali. podobnie martwialy ulice. kazdego dnia rozstawiali o kilka straganow mniej. w koncu zniknely wszystkie. w witrynach sie pojawily kartki „zamkniete”, „nieczynne”. sklepy calodobowe, w nocy nie dzialaly. autobusy  jak widma, jezdzily puste, bez ludzi. gdzie sie nie pojechalo, wszedzie oddzialy wojska, ruszaly, staly, wracaly. im blizej centrum, tym pusciej. w tej pustce – telewizory, w domach, na progach, chodnikach, wieksze, mniejsze, przenosne. a wokol nich – grupki ludzi, bez ruchu, w skupieniu, bez slowa. i znowu strach, przerazenie. bo kiedy pojechalismy sprawdzic, co dzieje sie w centrum, dzwieki sie nagle pokryly. bo ekran pokazywal, to co wlasnie sie stalo kilka skrzyzowan dalej. zlapala nas w swoje szpony namacalnosc wydarzen. wrocily pytania: po co? po diabla tu siedzimy?
i tego dnia, przy wodce, dotarla do nas odpowiedz:
ze to, co sie tam dzialo, choc straszne, choc okrutne, bylo do bolu prawdziwe. przejrzysta czarno-bialosc tak dlugo nas tam trzymala. wrocone na moment wartosci, proste, surowe zasady. swiadomosc, ze dla tych ludzi, to jest naprawde wazne. ze wierza i ich wiara ma tak ogromna sile, ze dadza sie za nia zabic. i to pozwalalo spojrzec z jakas niezwykla jasnoscia na wszystkie wystudiowane ludzkie autokreacje, ktorych jedynym problemem jest: wstalam dzisiaj o siodmej i sama doprawdy nie wiem, czy nudne to, czy piekne.

Czerwiec 7, 2010

da sie!…..thank you!

Filed under: TAJLANDIA — maugoska @ 11:03

DSC_1227.jpg
KLIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC ZDJECIA

czas spedzony w birmie skierowal nasze mysli w strone obozow birmanskich uchodzcow. oficjalnie, obozy te nie istnieja. poniewaz oficjalnie nie istnieja, nie maja tez oficjalnego wsparcia.
wymyslilismy sobie tydzien temu, ze skoro i tak chcemy wetknac tam nasze nosy, to byc moze uda sie pojechac ze wsparciem nieoficjalnym. poniewaz swoich rzeczy mamy do oddania niewiele, napisalismy kilka ogloszen, ze jesli ktos, ma byc moze cos, to prosimy niech zostawi, a my to przewieziemy dalej. w piatek porozwieszalismy je w okolicznych hotelach. dzis, z wielka niesmialoscia ruszylismy sprawdzic, czy cos bedzie.
iiii…. uwaga, uwaga! ledwo dotaszczylismy do siebie wielki wor pelen ciuchow! przeslicznie dziekujemy wszystkim osobom, ktore zdecydowaly sie pomoc! jestesmy najszczesliwsi, ze tak to. za moment ruszamy na polnocny-zachod.

inez… pieknie dziekuje za korekty! a teraz w cudownym britisz inglisz:)

the time we’ve spent in burma, pushed our thougts to the burmese refugee camps. oficially, those camps do not exist. because they don’t exist, they don’t get any official support. so, a week ago, it came to our minds, that if we are going there away we can go with some unofficial help. because we have very few things to give away, we wrote some announcements, that if someone maybe has some clothes, they could leave them and would fetch and transport them to the camps. on friday we left announcements in nerby gusthouses. today, we went to check if something was waiting for us.

aaaaand….. we could hardly carry this huge bag full of clothes! we would like to send a biiiig “thank you” to everybody who helped us! we are so happy, that it worked! and in a moment we are heading north-west, to the camps.

Maj 19, 2010

wiza

Filed under: TAJLANDIA — maugoska @ 05:57

DSC_0541.jpg

roznica stu procent pomiedzy cena podana a rzeczywista nie robi w azji wrazenia. roznica dwustu, przywoluje usmiech, trzystu – sugeruje, ze ten mily pan vis a vis, to hindus. labirynty negocjacji i targow nie sa az tak zawile jak by sie to moglo na pierwszy rzut oka wydawac. wieki i tradycja ustalily zasady. jedna z nich, to szacunek do drugiej strony i zwiazana z nim w naciaganiu uczciwosc. tak, tak, to nie jest pomylka. wlasnie w naciaganiu uczciwosc. to proste i logiczne, bo poza dobra cena liczy sie akt kupowania: rozsmieszyc, zaciekawic, zaskoczyc, polubic, zabawic. i nie ma tu miejsca na kanty, kazdy ma pojsc z przekonaniem, ze zrobil dobry interes. tu wazna jest reputacja, bo dzieki niej klient wroci. stad wlasnie, zwyczajowe, okolo stu procent przebicia. my wiemy, ze wy wiecie, ze wiemy… wszystko jasne.
potrzebna nam byla wiza. do birmy. na za tydzien. dwadziescia, trzydziesci dolarow, zalezy gdzie sie zalatwia. maksimum 900 bahtow, to wiedzielismy na pewno. z lenistwa? z ciekawosci? przeszlismy po agencjach. i… bingo! czegos takiego chyba sie nigdzie nie znajdzie. pani, bez zajakniecia, podaje cene: 3200. ale to piec dni czekania, polecam 5700 i wiza bedzie na jutro. na potwierdzenie jej slow, na biurku laduje tabelka. uszom, oczom nie wierze. tooo… my sie zastanowimy. a! a mam jeszcze pytanie… wy duzo tych wiz zalatwiacie? o tak, nie musicie sie martwic, bo mamy doswiadczenie. aha, czyli maja klientow. coz mozna powiedziec… no brawo! bezmyslnosc rodzi bezczelnosc.

dwa dni pozniej, zalatwiamy wizy w ambasadzie. z dnia na dzien, w milej cenie 810 za sztuke.

Kwiecień 12, 2010

khao san w czerwieni

Filed under: TAJLANDIA — maugoska @ 18:54

DSC_8756.jpg
KLIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC ZDJECIA

bbc:
„conajmniej 18 osob zginelo i ponad 800 zostalo rannych w wyniku sobotnich starc… to najkrwawsze zamieszki od 18 lat.”
autobus jadacy z lotniska wysadzil nas dwie przecznice dalej niz zwykle. wiodaca do khao san, aleja ratchadamnoen, podobnie jak reszta odchodzacych od pomnika demokracji ulic, juz od prawie trzech tygodni byla nieprzejezdna. tu, tuz przy najslynniejszym na swiecie, turystycznym zaglebiu, znajduje sie jeden z dwoch, paralizujacych bangkok obozow protestujacej opozycji – czerwonych koszul. to byl pierwszy kwietnia.
wlascicielka guest house’u, w ktorym mieszkamy:
„nie chodzcie tam. to sa zwyczajni bandyci. sa oplacani przez thaksina. chca obalic krola i chca, zeby thaksin wrocil do kraju i do wladzy. a thaksin to zlodziej, kiedy byl premierem, tylko kradl i niszczyl kraj. oni sa zli. nie maja wyksztalcenia, przyjechali z prowincji, ze wsi… nie chodzcie tam”
ale nie chodzic sie nie dalo. bo do portu kanalowego tramwaju – tamtedy. do dzielnicy chinskiej – tamtedy. do informacji turystycznej – tamtedy. wiec chodzilismy. bylo strasznie? nie. niebezpiecznie? nie. agresywnie? tez nie. jedynie ustawiona przy pomniku scena huczala przemowieniami przerywanymi co chwila aprobujacym klekotem kolatek-serc. a wszedzie dookola, w porozstawianych wzdluz ulic namiotach toczylo sie „normalne” zycie. ktos kroil warzywa, ktos pral, ktos rozmawial, spal, jadl, gral w karty. obok stoiska z satayami, stragany z koszulkami, flagami, naszywkami. a dalej juz zupelnie bazarowo: lalki, owoce, soki, telefony, przydasie. kiedy przechodzilismy, ludzie nas przepuszczali, zagadywali, usmiechali sie i tylko czasem, ci znajacy angielski wylewali frustracje.
smieszny grubasek z czerwona flaga:
„widzicie ten helikopter? oni by nas najchetniej zabili. caly ten kraj jest teraz ubezwlasnowolniony. to wojskowa dyktatura. dbaja tylko o swoich, o elity. a poza stolica jest bieda, o ktora nikt nie dba. zolte koszule obalily thaksina. a to byl dobry premier. i dobry rzad. teraz tylko korupcja. korupcja i nepotyzm. sami musimy walczyc o swoje prawa, o wolny kraj, chcemy nowych wyborow.”
byl piaty kwietnia, poniedzialek. kilkanascie metrow dalej, trzej policjanci robili sobie zdjecia na tle czerwonych transparentow. to byl jedyny patrol w zasiegu wzroku.
kiedy w sobote, wczesnym popoludniem dotarlismy na khao san, ulica tetnila swoim zwyklym zyciem. stoisko na stoisku, turysta na turyscie, tuk-tuk na tuk-tuku. nagle caly ten tlum, jak zgodna lawica, zaczal sunac w jedna strone. poszlismy w przeciwna, zobaczyc co sie dzieje. zbieg khao san i prostopadlej thanon tanao, na pierwszy rzut oka nie zapowiadal niczego niezwyklego. ale kiedy doszlismy na skraj skrzyzowania, zamarlismy. lewa strona, po horyzont czarno-zielona od wojska i policji. prawa – po horyzont czerwona od demonstrantow. dwie zwarte, wyczekujace, obwachujace sie masy. miedzy nimi dziesiec metrow pustego pola. napiecie. wyczekiwanie. pojedynczy czerwoni samozwancy podchodza do sciany policji i probuja negocjowac, zeby sie wycofala. nerwowo, goraco i coraz duszniej. nagle krzyki, klotnia, ostra wymiana zdan, kto zaczal nie wiadomo, kto co powiedzial, nie wiadomo, kolatki czerwonych oszalaly, ochraniacze policyjne zazgrzytaly, chwila zawieszenia, chwila ciszy i… gluche uderzenie. pierwszy kamien laduje na policyjnej tarczy. pierwszy triumf. dziki aplauz. eksplodowalo. chaotyczna, czerwona masa rusza na policje. nad nimi roj butelek, cegiel, tyczek. w nich zdesperowana wscieklosc. pierwsze trofea. kazde oklaskiwane. tarcza policyjna, kolatki. kask, gwizdy. zranienie, guz, krzyk. policja spokojnie. wrecz pasywnie. stoi i odpiera atak, zmuszona naporem wycofuje sie kilka metrow. czerwoni szaleja, zdobywaja przewage. ze zdwojona sila, znow atak. zdobywaja policyjny samochod, flagi lopocza, wrzask, kolatki, jeszcze mocniej, jeszcze silniej, nasycona zdobyciem odwaga pcha jak taran, godzina, druga, niezmordowanie, w tym skwarze nadludzko, pot, ledwie oddech, zwierzecy ryk, znow kamienie, w koncu zmuszaja policje do odwrotu. jest!
szesnasta trzydziesci, siedemnasta:
mloda dziewczyna w tlumie:
„boicie sie? nie, nie za bardzo, nie wiem dlaczego tak odpowiadam. to dobrze, bo nie ma sie czego bac. tu jest wszystko w porzadku. jak pojedziecie do swojego kraju, to powiedzcie wszystkim, ze w tajlandii nic sie nie dzieje.”
idziemy dalej, robimy rundke dookola ulic. wojsko sie zwija, demonstranci wracaja do siebie, przecznice dalej. spokoj?
wlascicielka guest house’u, w ktorym mieszkamy:
„obecny premier jest gentelmenem. on chcialby wszystko zalatwic rozmowa. a z czerwonymi koszulami nie da sie rozmawiac. premier jest bardzo dobry, bardzo delikatny. dlatego nie moze sobie poradzic z ta cho… sytuacja. juz dawno powiniem ich przegonic. nawet sila. tylko paralizuja miasto.”
jest prawie zmrok. wracamy na khao san. od drugiej strony, od tej, gdzie wczesniej stala policja. nagle ludzie zaczynaja biec, ktos chaotycznie wskazuje na twarz, na nasze twarze, nie rozumiemy, lekki powiew wiatru, acha, oczy, nos, gardlo pala niemilosiernie, gaz lzawiacy. wycofujemy sie i probujemy od drugiej strony. tam – khao san podzielony na pol. policyjny mur blokuje przejscie. na przeciwko tajowie i turysci stoja i wyczekuja. blyskaja flesze reporterow. juz ciemno. nagle huk, znow gaz lzawiacy, sciana policji wbija gapiow wglab ulicy. biale chmury przyslaniaja skrzyzowanie. ale wciaz slychac. i te dzwieki nie pozostawiaja watpliwosci. to, co dzialo sie tu kilka godzin temu, bylo niewinna zabawa. strzaly, wrzaski, tapniecia, wybuch, ogien, musiala poleciec butelka z benzyna, syreny karetek, helikoptery, krzyk, kolejne strzaly… blokujacy przejscie policjanci milcza. stoja jak posagi, nie odwracaja sie za siebie. wiedza?
godzina, poltorej pozniej, szczupla, wrecz wychudzona dziewczyna zaslania usta dlonia, nie moze zatrzymac rozbieganego, przerazonego wzroku:
„ale jak to? bylam tu przeciez dzis w poludnie… przeciez to tak nie wygladalo… wszystko zniszczone… wszystko…”
starszy, brudny, spocony mezczyzna, czerwona koszula, czerwona opaska na glowie. nie mowi nic, tylko staje przy nas, kiwa glowa i palcem wskazuje narozny budynek. odchodzi. tak, juz wiemy, to stamtad strzelali.
ulica wyglada przerazajaco. smrod spaleniznny, gruzy, smieci, wraki samochodow, sforsowane barykady, buty, szmaty, polamane krzesla, szklo… wsrod tego wszystkiego krazacy jak zjawy ludzie, nie wierzacy, zszokowani, milczacy, ze wzrokiem wbitym w ziemie. uwaznie, centymetr po centymetrze przeszukuja wszystko dookola. szukaja lusek, szukaja dziur po kulach, jakby niedowierzajac temu co widza, szukaja dowodow. i znajduja. kolejne i kolejne. potwierdzajace, ze te trzy napredce uprzatniete i ogrodzone miejsca to nie jest sen, ze to rzeczywistosc. i ze te plamy krwi, obsypywane teraz wedlug tutejszego zwyczaju, pieniedzmi i jedzeniem rzeczywiscie naleza do zmarlych. do zabitych. ze to wszystko naprawde sie stalo.

ps. w czasie kiedy pisalam ten tekst, na stronach informacyjnch liczba zabitych zwiekszyla sie do 21 osob. czterech policjantow i siedemnastu cywilow.

Kwiecień 8, 2010

terminal

Filed under: DROGA,KOLUMBIA,MEKSYK,STANY ZJEDNOCZONE,TAJLANDIA,TAJWAN — maugoska @ 17:24

DSC_8270.jpg
KLIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC ZDJECIA

bogota, kolumbia
- ty, tomek, ale przeciez oni nam w zyciu w to nie uwierza!
- no coooo ty, uwieeerza…

mexico city, meksyk
lotnisko idealne, to… to takie… gdzieee yyyy… o-o!
- eeeej, czy mi sie wydaje, czy…
- nooooo…
lotnisko idealne, to takie, na ktorym przed kazdym z licznych sklepow wolnoclowych stoi barek z wysokiej klasy tequila i mezcalem do degustacji. barek taki moze byc obslugiwany przez przemilego, znajacego tysiace historii i nie znajacego umiaru pana albo samoobslugowy. odkrycie lotniska w mexico city – krem tequilowy.

los angeles, stany zjednoczone
tak. w miejscu takim jak lotnisko zdecydowanie moze nie byc ogolnodostepnego wi-fi. i nie, to nie dlatego, ze jestesmy na lotnisku zapomnianego przez boga i ludzi najmniejszego miasta w kraju trzeciego swiata ale dlatego, ze czesci panstwa homosapienstwa dolary mozgi wyzarly. chcesz miec siec – plac. nie masz karty kredytowej – nie istniejesz.
check-in:
- poszporty prosze. miejsce docelowe?
- bangkok.
przeglada kartka po kartce, raz jeszcze…
- nie macie wizy.
- nie mamy. no i co z tego? bedziemy wyrabiac na lotnisku.
- to w takim razie poprosze bilety na wylot z tajlandii.
- nie mamy.
- wiec nie moge was wpuscic na poklad samolotu
- co?!? a niby dlaczego?!?
- bo musicie miec bilety.
- ale my bedziemy jechac ladem.
- nie szkodzi, musicie miec bilety, na dowod, ze wylecicie z tajlandii.
- ale my bedziemy jechac ladem.
dwadziescia minut bezsensu…
- to kupcie teraz bilety
- ale my nie chcemy!
zglupiala. jak to nie chcemy? no wlasnie zwyczajnie. nie chcemy.
stanelo na deklaracji, z wielkim czytelnym podpisem: lecimy na wlasne ryzyko. to straszne jak bardzo z dnia na dzien zaciska sie wielka petla na slowie spontanicznosc. niedlugo, zeby przejechac z warszawy do wolomina trzeba bedzie wypelnic formularz z planem podrozy, zlozyc w wyzszym urzedzie przepustek i dupoglowia, po czym poczekac na stempel wielkiego cyfrodroznika… ej, ej, margolcia! csssiiii… no ale tomek! csssiii.

taipei, tajwan
- ale to znaczy, ze mozemy tu spac?
- no tak, tak, prosze bardzo. a rano prosze sie zglosic, dostana panstwo od nas zestaw kapielowy, tam prosto, w glebi jest przysznic.
tjaaa… skoro pani nalega…niech bedzie.

bangkok, tajlandia
- bilet na wyjazd z tajlandi
- nie mamy.
- nie bedzie wizy.
gest dlonia – nastepny prosze.
- ale…
- nastepny prosze…
acha, wiec negocjacje. nam zalezy – on olewa. im bardziej nam zalezy, tym bardziej on olewa, chyba juz kiedys tu bylam, chyba juz to widzialam. grzeczniutko:
- ale sir, ja bardzo prosze wysluchac, bo my… tratata, wiec wlasnie…- tylko mu nie dac wejsc w slowo, podsuwam rzucone paszporty – no i dlatego wlasnie… mysmy nie mogli… no prosze…
patrzy, liczy, wycenia. gest glowa – tam do okienka. uf. ale sie spocilam.

epilog
dwanascie dni w podrozy, trzy noce w autobusie, trzy w przyknajpianym hotelu, dwanascie stref czasowych, cztery samoloty, poltora dnia terminali, nic z tego nie jest w stanie przeszkodzic rozkoszy wypicia gorzkiej zoladkowej w drodze z lotniska do centrum.

Powered by WordPress

OWJmOWE