Inny świat cz.2

tarlabasi-komiks.jpg
KLIKNIJ TU, ŻEBY OBEJRZEĆ ZDJĘCIA 

Kliknij ty, żeby przeczytać początek tej historii.
Kiedy tracę poczucie bezpieczeństwa, kiedy się czegoś obawiam, zaczynam układać w głowie scenariusze, wymyślać jak się zachowam, jak zmylę przeciwnika. Dobra, to gdyby ktoś coś – snuło mi się po głowie – natychmiast wyciągam te zdjęcia, które dla nich niosę i je pokazuję. Ci ludzie mają sklep, wszyscy muszą ich znać, chociaż z widzenia kojarzyć, to Turcja, idę w gości, mało tego, z prezentem, jako gość jestem chroniona – dodawałam sobie animuszu.

Szłam wąską, stromą uliczką zalewaną światłem wczesnego popołudnia, mijałam podupadłe dziewiętnastowieczne kamienice, mijałam grające w piłkę dzieciaki, ich siostry, matki i babki siedzące na progach domów. Kobiety przewieszone przez okna, zbierały pranie z rozciągniętych pomiędzy budynkami sznurków. Ktoś kogoś nawoływał, ktoś gonił rozsypane, turlające się w dół ulicy pomarańcze. Mijałam małe herbaciarnie pełne grających w karty mężczyzn, starodawne jednoosobowe warsztaty w suterenach, fryzjera, kilku podrostków na motorach…
Obserwując to wszystko, w końcu trochę odważniej spojrzałam na kolejnych ludzi, pozdrowiłam ich uśmiechem, oni mnie pozdrowili, przystanęłam, zagadnęłam i nagle uświadomiłam sobie, że zamiast snuć scenariusze, zaczynam się zastanawiać, dlaczego tak często „inne” jest automatycznie utożsamiane z „niebezpieczne”?
Czy muszę pisać, że nic złego się nie stało?

Z muzułmańskimi kobietami zawsze się dogadam. One lubią, że chociaż jestem turystka, mam jednak długą kieckę i zasłonięte ramiona. Te kiecki staram się mieć zawsze jak najbardziej kolorowe, one wtedy patrzą, chcą dotknąć i zazdrośnie podziwiają, bo z jednej strony pobożnie, ale z drugiej, przez te kolory trochę i niegrzecznie. No tak czy siak, to od kiecek zazwyczaj się rozmowa zagaja. I od uśmiechu. Tak samo było i teraz. Siedziały na schodach jak trzy kwoki dzierżąc w ramionach dzieciaki i butelkę lichej, sztucznie barwionej oranżady. I rajfurzyły. Codzienność Tarlabasi. Mężczyźni w herbaciarniach, kobiety na schodach, w oknach i na balkonach. Uśmiech – uśmiech, i już, sama nie wiem jak to się stało kręcę tyłkiem w rytm salw śmiechu i rozklaskanych dłoni. Już, uczę się imion dzieciaków i piję kolejną porcję słodkiej jak diabeł oranżady. Już rajfurzę razem z nimi, wygłupiam się i po ramionach poklepuję. Moja mała umiejętność. Ich gigantyczna otwartość. Tak inna od wystudiowanej,  zagonionej anonimowości pobliskiego Taksim. Smutne, że skazana na zniknięcie.

Położenie Tarlabasi stało się jego wyrokiem. Zbyt blisko centrum, na zbyt drogiej ziemi. Z roku na rok, ulica po ulicy wysiedlane, burzone i sprzedawane kolejnym inwestorom. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, w ciągu kilku najbliższych lat ta pełna tradycji, autentyczności i życia dzielnica zamieni się w następną nie-do-odróżnienia kalkę „nowoczesności”. Pełen charakteru mały wszechświat dołączy do świata jedynego właściwego: hoteli, drogich sklepów, banków, takiej samej takosamości. Z żurnala, iphona, starbaksa.
Przypominają mi się francuskie dwory wynaturzone utratą różnorodności genów. Czy utrata różnorodności kultur nie wynaturzy nas tak samo? Wiem, brzmią te rozmyślania jak słowa z pamiętnika naiwnej nastolatki. Mam to gdzieś, boję się tego. A co najmniej mi żal.

Post powstał na arcyklawym notebooku Acer Aspire TimelineX

3 przemyślenia nt. „Inny świat cz.2”

Dodaj komentarz