Gusła

gusla-komiks.jpg
KLIKNIJ TU, ŻEBY OBEJRZEĆ ZDJĘCIA 

Wierzysz, nie wierzysz, odpukać w niemalowane nie zaszkodzi. I nieważne, tu, czy na drugim końcu świata. Przez lewe ramię splunąć. Czarnego kota obejść. Na cztery albo trzynaście.
Pamiętam, jeszcze w liceum, dyskusje po blady świt, o wspólnych korzeniach religii. Zdumiona i z wypiekami słuchałam o wierzeniach, które i tu i tam zadziwiająco podobne.
Temat nie dawał spokoju, zdarzyło się więc po drodze kilku Malinowskich, kilku Danikenów i kilku innych szaleńców, którzy z bardziej lub mniej dzikimi plemionami niemal za pan brat, a potem o tym książki. Te, nałogowo czytane, ochłodziły nieco euforyczny entuzjazm, że ludzkość to jedna jedność, miłość i wspólnota.

To było z serii najbardziej zaskakujących zadziwień, jakie nam świat zafundował. Po wielu ospałych latach temat nagle powrócił. Tym razem zamiast książek mieliśmy oczy i uszy. I odrobinę szczęścia, bo udało się dotrzeć. Posłuchać. Obejrzeć. Doświadczyć.

I nagle się okazało, że chociaż społeczeństwa, narody czy plemiona różnią się od siebie, to potrzeby ludzkie już nie aż tak bardzo. Ludzie i tu i tam, zwyczajnie chcą być szczęśliwi. Biali, czarni, żółci. Ból boli a miłość uskrzydla. Oraz, że nawet nie wierząc, sił wyższych się jednak boimy. Nie wiem skąd, jeśli nie stąd, z tych podstawowych potrzeb, obaw i niepewności wzięły się zabobony, gusła i obrządki. Niezależnie od miejsca, zadziwiająco podobne.
Bogów przekupić, zwabić, mieć po swojej stronie. Jak? Najlepiej ofiarą, jakimś miłym podarkiem. Dym modlitwę poniesie. Splunąć, nieczystość wylać, by przekląć żonę sąsiada. Zapewnić synowi dobrobyt a córce powodzenie. Kawalera rozkochać. Diabłów się wystrzegać. Tu ziółko, tam korzonek, trochę wstążek, brokatu, coś błyszczącego, cennego i mikstura gotowa.

Co, myślisz, że my to nie? Że tylko oni, tamci w tej dzikiej Indonezji albo innej Boliwii gusła odprawiają?
Otóż niekoniecznie. W takim Ekwadorze, gdy Nowy Rok nadchodzi, ludzie kukły klecą. Kukły te są symbolem wszystkiego, co męczyło w odchodzącym roku. Co niedobre było, co denerwowało i życie zatruwało. W kulminacyjnym momencie, dokładnie o północy, kukły się podpala i do ognisk wrzuca i na dobre już zrywa ze złem minionego czasu, ostatecznie przegania troski i kłopoty, robiąc miejsce nowemu, pełnemu nadziei i życia.
No tak, ale co nam do tego?
A gdyby tak wykreślić nazwę Nowy Rok, i wpisać: Pierwszy Dzień Wiosny? I o Marzannach wspomnieć?
To okaże się nagle, że Ekwadorczycy obchodzą Nowy Rok tak jak my Pierwszy Dzień Wiosny, przesilenie wiosenne, ichnie Pawkar Raymi, które – niespodzianka – dla niektórych plemion, jest ha!… początkiem roku.
Kocham to pomieszanie!

A 23 marca czarujemy i my!
V Międzykontynentalne Palenie Marianny , to dla nas pierwsze, na którym będziemy osobiście! Tym razem inspirowane tradycjami Ameryki Południowej. Słomiana, polska Marzanna umajona będzie karteczkami, na których, po ekwadorsku, symbolicznie wypiszemy, co nam w życiu doskwiera. A kiedy nadejdzie czas, odwołamy się do boliwijskich zwyczajów i obrządków.
23 marca o 13.00 spotykamy się w Multimedialnym Parku Fontann (u podnóży Starego Miasta) w Warszawie i przeganiamy tę zimę!
Zapraszamy gorąco!

Post powstał na arcyklawym notebooku Acer Aspire TimelineX

Jedno przemyślenie nt. „Gusła”

Dodaj komentarz