tamtaram
zamiast marka twaina:
moze bys od czasu do czasu nabral troche dystansu do siebie i do twojej wiekopomnej roli, jaka odgrywasz w dziejach swiata

Lipiec 29, 2010

pod mostem

Filed under: BIRMA,TAJLANDIA — tomek @ 14:02

DSC_1367.jpg
KLIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC ZDJECIA

tajlandia, mae sot. po drugiej stronie rzeki – birmanskie miasteczko myawaddy.
przerzucony przez rzeke, graniczny most przyjazni wiedzie nudny, bezbarwny zywot. mimo, ze wielka, betonowa konstrukcja dumnie goruje nad okolica, ruchu na nim jak na lekarstwo. ot, kilka, kilkadziesiat osob dziennie. znudzeni, zmeczeni lepkim upalem straznicy, leniwie wykonuja swoja prace. przejrza paszport, wbija stempel, sprawdza bagaz. powoli, bez pospiechu. bo i po co sie spieszyc, przygraniczny zgielk, tutaj nie dociera.
ko myo na granicy zyje juz dwa lata. przyjechal po lepszy los dla siebie i swojej rodziny. pochodzi z poludnia birmy, z delty irrawady, miejsca, gdzie cyklon nargis dokonal najwiekszych zniszczen. zostawil swoich bliskich i ruszyl szukac zarobku. tak dotarl do myawaddy. lubi o sobie mowic, ze troche jest szalony, ale zaraz dododaje, ze tutaj, bez tego szalenstwa pewnie nie dalby rady. bo ciezko, bo samotnie, bo – chyba to najtrudniejsze – nigdy wieczorem nie wie, co mu przyniesie poranek. takich jak on jest tu wielu. cieszy sie, ze nas spotkal, bo nie mial na dzisiaj zajecia, a tak, dzien sie wypelni. siadamy, rozmawiamy. czym sie zajmuje? usmiech. rozglada sie dookola, codziennie czym innym, jak wszyscy, zyje z tej granicy. bo w odroznieniu od mostu, plynaca pod nim rzeka, brunatny, zasmiecony pas „ziemii niczyjej” tetni nieprzerwanie. chodzcie, cos wam pokaze…
patrolujacy zolnierze siadaja na lawce pod mostem. bron opieraja o murek i jakby od niechcenia odwracaja glowy. ten gest sporo kosztuje. ile? to nie jest pytanie, na ktore uzyskasz odpowiedz. ko myo zaczyna sie smiac. kosztuje… wystarczajaco, by patrzac, niczego nie widziec.
piecdziesiat metrow dalej, na podeschnietym mule, w gaszczu nadbrzeznych krzakow, sklecone z byle czego prowizoryczne namioty. w namiotach – birmanczycy. mieszkaja tu nielegalnie, bez dokumentow, pozwolen. nie maja statusu uchodzcow i nigdy go nie dostana, bo to nie walka z rezimem, ale nadzieja na lepsze, przywiodla ich w to miejsce. do birmy wrocic nie moga, boja sie konsekwencji, wiec zyja w tym potrzasku, wspierajac surowa codziennosc drobnymi przemytami. obok namiotow – stragany, w nich papierosy, alkohol, lokalna viagra, porno, szuczne penisy, ziola. tu dominuja mezczyzni. kawalek dalej, kobiety handluja krabami, rybami, ryzem, zielenina. niewiele z tego maja, mozliwosc lichego przezycia. teraz rzeka jest niska, monsun nie nadchodzi, ale kiedy popada, cala ta biedawioska zostanie odcieta od ladu, znajdzie sie na wyspie. a jesli beda ulewy i woda sie podniesie, zmyje wszystko i wszystkich. lecz nikt sie tym nie przejmie, bo oficjalnie ich  nie ma. idziemy dalej wzdluz brzegu. za pierwszym, niewielkim zakolem, kolejne zaskoczenie. prosta, drewniana lodz odbija z birmanskiej strony. dociera do srodka rzeki, staje, ludzie wychodza i dalej juz brodem, pieszo przechodza na strone tajska. to klasa ekonomiczna, ko myo znow gorzko zartuje, tu placi sie mniej, bo przewoznik niczego nie ryzykuje, lodz nie przekracza granicy. to nasza fikcja w fikcji. czekajcie, to jeszcze nie koniec.
wracamy spacerem pod most. zolnierze wciaz siedza w cieniu, cos czasem do siebie powiedza, zapala papierosa, popatrza w przesla, jak w otchlan. ko myo prowadzi nas dalej, sciezka na druga strone. to, co tam widzieliscie, to takie poboczne machlojki, tam nie za wiele sie zdziala, prawdziwy biznes jest tutaj. niecale sto metrow od mostu, zycie zaczyna pulsowac. z jednego brzegu na drugi, wlasciwie nieustannie, na wielkich detkach od tirow sa przeprawiani ludzie. najwiekszy ruch jest rano i potem, po poludniu. setki birmanczykow ciagna na tajska strone. czesc z nich, nielegalnie pracuje w pobliskiej fabryce, inni plyna po wsparcie, do slynnej w okolicy kliniki doktor cynthii. tam maja bezplatna pomoc, opieke medyczna, lekarstwa. niektorzy jada dalej, odwiedzic swoich krewnych, sprobowac cos sprzedac na targu, cos kupic, czy wymienic. wieczorem, ta sama droga, wracaja do domu, do birmy. tu konczy sie „niewinnosc” granicznych dzialalnosci. im dalej od mostu, tym ciemniej.
widzicie ta dziewczyne? pod czarna parasolka? – mloda, ladna birmanka siedzi na stromej skarpie. wokol niej, grupka chlopcow, schylaja sie w ciasnym kregu. – sprzedaje amfetamine. to tutaj ogromny problem, dzieciaki strasznie wpadaja.
a przemyt? kazdy moze, wiecie jak to sie robi? my wszyscy zujemy betel, nikogo to nie dziwi, pakuje sie dziesiec tabletek w szczelna foliowa torebke, owija lisciem i zuje. nikt tego przeciez nie sprawdzi. a w razie klopotow, wypluwasz prosto do rzeki i z glowy. to taki szybki zarobek a i klientow jest duzo, bo tutaj jedna tabletka to 150 bhatow. a w nocnym klubie, w bangkoku biora conajmniej trzysta. ale to, o czym mowie, to takie plotki jak ona, w dzien nie ma duzych przerzutow.
mijamy kolejne zakole, wyschniety doplyw rzeki i dochodzimy do „portu”. tu, cala infrastruktura. na skarpie zbudowane dlugie, drewniane zjezdzalnie. na gorze ciezarowki, wypakowane towarem, chemia, napojami, kolejne zgrzewki, tasmowo, zjezdzaja prosto do lodzi. na drugim brzegu te lodzie wypelnia sie ryzem, cebula i wroca na tajska strone. i beda tak kursowac od rana do wieczora. a kiedy zapadnie zmierzch, zmieni sie asortyment. zamiast produktow spozywczych pojawia sie rowery, meble, samochody, narkotyki, alkohol, wszystko to, co nie moze przeplynac na oczach celnikow.

Lipiec 27, 2010

tajskie wakacje

Filed under: TAJLANDIA — maugoska @ 12:59

DSC_0610.jpg
KLIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC ZDJECIA

tym razem padlo na czerwonych. to oni z poczatkiem wakacji wyszli na ulice. wszystko zaczelo sie 14 marca, w niedziele. w niedziele tez mialo sie skonczyc, ale do tego konca, wtedy, owego 14 marca bylo jeszcze bardzo daleko. nikt nawet nie przypuszczal, jak bardzo.

czerwoni kontra zolci
czerwone koszule wywodza sie glownie z polnocnych, rolniczych prowincji tajlandii. w miastach popieraja ich robotnicy i nizsze klasy spoleczne. wiekszosc z nich, to zwolennicy usunietego przed kilkoma laty, premiera thaksina. urodzony w chiang mai thaksin, w czasie swojej pierwszej kadencji zwrocil sie w strone ludzi biednych, to do nich skierowane byly jego reformy. jako pierwszy zauwazyl ich istnienie. oni, w zamian za to, zapalali do niego miloscia. milosc ta trwa do dzis. jego druga kadencja, przerwana przez wojsko i przedstawicieli inteligencji (zolte koszule), jak twierdza ci ostatni, skazona byla korupcja i machlojkami. dzis, byly premier przebywa na emigracji. jego powrot do kraju, w zwiazku z wydanymi po zamachu stanu wyrokami, rownoznaczny jest z dwoma latami wiezienia.
czerwoni (udd – zjednoczony front na rzecz demokracji przeciwko dyktaturze) oskarzaja zoltych (pad – ludowy sojusz na rzecz demokracji) o bezprawne usuniecie thaksina. ale tez, jednym tchem, o potwierdzone niedawno przez tajska komisje wyborcza nieprawidlowosci w finansowaniu kampanii wyborczej, nieprawidlowosci owe, warte sa prawie szesc milionow euro, o wprowadzenie rzadow dyktatury wojskowej, o marginalizowanie interesow ubozszej czesci spoleczenstwa.
zolci zarzucaja czerwonym chec obalenia monarchii, bardzo ciezki zarzut, w kraju gdzie krol jest polbogiem, slepe popieranie przestepcy i populisty – thaksina, dazenie do obalenia rzadu.
wszyscy wszystkich zas, winia o korupcje, nepotyzm i ciagle lamanie prawa.

piknik
co takiego sprawilo, ze wyszli na ulice? co bylo impulsem, chwila, prowokacja? od czego, tym razem, sie zaczelo? trudno dzis powiedziec. w ciagu niespelna tygodnia bangkok sie zaczerwienil. stojacy w poblizu budynkow rzadowych pomnik demokracji stal sie centrum jednego obozu, glowna arteria dzielnicy handlowo-finansowej, ratchadamri road – sercem drugiego. z glosnikow poplynely przeplatane muzyka zadania: chcemy demokracji! chcemy rozwiazania parlamentu! chcemy nowych wyborow! czerwonych koszul przybywalo. z czasem, na poczatku niewielkie obozy zaczely sie rozrastac, peczniec, zamieniac w „wioski”, potem w „miasteczka”. jednak wciaz bylo spokojnie. policja i wojsko wzmocnily szeregi, ale pozostawaly bierne. demonstranci nie zamierzali rezygnowac, ale tez nie pozwalali sobie na przemoc. centrum bangkoku bardziej przypominalo radosny festyn niz opanowana politycznym konfliktem stolice. zycie w obozach tetnilo codziennoscia. pojawily sie stragany z jedzeniem, przenosne kramiki z owocami i napojami, stoiska z propagandowymi koszulkami, chustkami i naszywkami, inne z filmami i muzyka, zabawkami, gazetami. po ulicach krazyly ciezarowki – lazienki, w ktorych mozna bylo wziac prysznic, na drzewach i slupach zawisly hamaki, chodniki zostaly pokryte matami, porozstawialy sie skwierczace jedzeniem mini paleniska. na pierwszy rzut oka, ciezko bylo uwierzyc, ze ci ludzie, to protestujacy demonstranci.

sily w ruch
ten poczatkowy stan zawieszenia nie mogl trwac wiecznie. mimo ze na ulicach bylo spokojnie, sytuacja robila sie coraz bardziej napieta. wszelkie proby negocjacji upadaly, zanim rozmowy na dobre sie zaczely. z powodu paralizu najwazniejszych czesci miasta, kazdy kolejny dzien powiekszal ogromne starty finansowe. najwieksze centra handlowe zostaly zamkniete. ministerstwa spraw zagranicznych zaczely odradzac obywatelom swoich krajow podroze do tajlandii. przebywajacy w bangkoku turysci masowo opuszczali stolice. w koncu, kiedy czerwone koszule przeprowadzily szturm na parlament, komisje wyborcza i siedzibe telewizji, a niezadowolenie spoleczne zaczelo niebezpiecznie rosnac, premier postanowil dzialac. 7 kwietnia zostal ogloszony stan wyjatkowy. rzad zamierzal podjac probe zlikwidowania, zlokalizowanego wokol budynkow rzadowych, obozu. rano, 10 kwietnia szwadrony policji i wojska zaczely od kilku stron zaciesniac krag wokol protestujacych. ci, staneli do walki. w ruch poszly kamienie, bambusowe tyczki, butelki, piesci. okolo poludnia sily rzadowe zostaly zmuszone do odwrotu. czerwoni triumfowali. jednak ich radosc nie trwala dlugo. poznym popoludniem, wojsko i policja ruszyly ze zdwojona sila. tym razem walka rozgorzala na dobre. choc zadna ze stron, nie chciala sie do nich przyznac – padly strzaly. rezultat – 25 osob zabitych i ponad 800 rannych. tajlandia zamarla. bo mimo ze demonstracje, protesty i zamachy stanu zdarzaja sie tu regularnie od ponad pol wieku, tak brutalnych i krwawych zamieszek kraj nie widzial od 18 lat. po pierwszym ataku oskarzen, obie strony, zszokowane nieoczekiwanym przebiegiem wydarzen, postanowily sprobowac powrocic na droge negocjacji. bez skutku.
/KLIKNIJ TU, ZEBY PRZECZYTAC RELACJE Z WALK Z 10 KWIETNIA NA KHAO SAN ROAD/

zawieszenie
kolejny miesiac nie przyblizyl porozumienia ani o krok. czas mijal, straty ekonomiczne powiekszaly sie o kolejne zera, napiecie nie spadalo. 22 kwietnia przy parku lumpini, glownej kwaterze protestu, wybuchl granat. ranil 85 osob. szesc dni pozniej, na obrzezach bangkoku znow padly strzaly. nastroje na poczatku maja, do zludzenia przypominaly te z poczatku kwietnia. jedyna roznice stanowilo skupienie czerwonych w jednym, zajmujacym dzielnice handlowo-biznezowa obozie oraz… zblizajace sie rozpoczecie roku szkolnego. 16 maja konczyly sie wakacje.
kiedy minal kolejny, wyznaczony przez wladze „ostateczny termin” zakonczenia protestu, do prosb dolaczyly grozby. rano, 13 maja rzad zapowiedzial, ze jezeli demonstaranci natychmiast nie rozjada sie do domow, na ulice zostana wyslane uzbrojone oddzialy wojska. jednoczesnie, wezwal wszystkich cywilow do opuszczenia okolicy obozow i wstrzymal transport publiczny. nastepnie, premier odwolal zlozona wczesniej oferte przeprowadzenia przedterminowych wyborow. dziesieciotysieczny oboz czerwonych koszul ani drgnal.

strzal
tego samego dnia, wieczorem, niegdys nalezacy do sil rzadowych, a teraz, glowny strateg walczacych, dowodzacy radykalnym odlamem protestu – czarnymi koszulami, general khattiya sawasdipol (znany jako seh daeng – czerwony dowodca) udzielal wywiadu dziennikarzowi new york times’a. nagle padl strzal. kula trafila precyzyjnie, prosto w czolo generala. ten strzal zmienil wszystko. wprowadzil wydarzenia na tory, biegnace tylko w jednym kierunku. w czasie kiedy ranny przywodca byl ewakuowany do szpitala, uzbrojone w wozy pancerne wojsko, ciasno otoczylo oboz. niewielkie do tej pory barykady protestujacych zaczely sie pietrzyc, tworzac geste zasieki. obie strony przygotowywaly sie do walki, wszelkie mozliwosci negocjacji zostaly ostatecznie zerwane.

wojna
niedlugo po zamachu rozbrzmialy pierwsze wystrzaly. mialy trwac nieprzerwanie az do konca konfliktu. 14 maja przyniosl osmiu zabitych i ponad stu rannych. wladze odciely oboz od wody i pradu. czerwoni zaczeli ewakuowac kobiety i dzieci z najbardziej narazonych na konfrontacje stref. nieustannie wzmacniali barykady i przy pomocy kamieni i petard starali sie odeprzec nacierajaca, kilkutysieczna armie zolnierzy. wojsko odpowiadalo gumowa i ostra amunicja. dzielnice szczelnie wypelnily obloki gazu lzawiacego. ulice bangkoku zamarly. zazwyczaj pelne zgielku, tetniace zyciem miasto, schowalo sie do domow. tam, przykute do telewizorow, z przerazeniem sledzilo przebieg wydarzen. centrum zaczelo plonac, stalowy dym palonej gumy zawisl nad miastem.
15 maja powiekszyl liczbe zabitych do 24. caly obszar starc, zostal przeksztalcony w odcieta od reszty miasta „strefe zagrozenia zycia”. nieustanna ewakuacja kobiet, starcow i dzieci, zmniejszyla liczbe protestujacych do ok. 5 tysiecy. premier wzywal wojsko do nieprzerwanego, „bedacego w interesie wszystkich obywateli tajlandii”, kontynuowania operacji. w miescie zaczely pojawiac sie plotki o zagrozeniu zamachami bombowymi poza terenem walk. bangkok wrzal i to wrzenie wymykalo sie spod kontroli.
jako pierwsi reke wyciagneli przywodcy czerwonych koszul. pod warunkiem wycofania wojsk oraz dopuszczenia przedstawicieli onz, jako mediatorow, zgodzili sie negocjowac. rzad odpowiedzial stanowczo: tajlandia sama poradzi sobie ze swoimi problemami, po czym rozszerzyl stan wyjatkowy na 20 prowincji, oglosil nadchodzace poniedzialek i wtorek dniami wolnymi od pracy, przesunal rozpoczecie roku szkolnego i kontynuowal walke z „ukrywajacymi sie w szeregach czerwonych koszul terrorystami”. napiecie siegalo zenitu. kiedy wydawalo sie, ze gorzej juz byc nie moze, w poniedzialek rano, po czterech dniach spiaczki, zmarl czerwony dowodca. protesty rozlaly sie na polnocno-wschodnie prowincje kraju. w chiang mai splonal woz policyjny, w kilku innych miastach przeszly demonstracje. w oficjalnym, telewizyjnym oswiadczeniu, rzad wezwal walczace w bangkoku, czerwone koszule do wycofania sie z barykad. oglosil tez, ze kazdy, kto tam pozostanie, po wyznaczonej jako granica, godzinie 15.00, zostanie skazany na kare wiezienia oraz przebywac bedzie w strefie walk na wlasne ryzyko. po tym wystapieniu ruszyl do ataku. liczba ofiar skoczyla do 37, danych dotyczacych rannych, nikt juz nie podawal. po intensywnej nocy, rano zapanowala cisza. jej gluchy ciezar przerywaly smigla helikopterow, czarne obloki dymu znaczyly miejsca starc, jednak tego dnia miasto bylo przedziwnie spokojne. strony negocjowaly. kiedy liderzy czerwonych zgodzili sie na warunki stawiane im przez rzad, ten nagle sie wycofal, twierdzac, ze rozmow nie bedzie, dopoki protestujacy nie znikna z ulic bangkoku. mediacje zostaly zerwane. rzad nie chcial rozwiazania, wladza pragnela wygranej.
19 maja, bangkok zakipial walkami. wyznaczona wczesniej „strefa zagrozenia”, zostala otoczona kilkusetmetrowym buforem wojska i policji. armia ruszyla. szturm. metodyczny atak. wojsko metr po metrze zdobywalo ulice. sukces. plonace zapory, ugiely sie pod naciskiem wozow opancerzonych. armia forsowala kolejne barykady. strzaly, aresztowania, kociol, chaos i krew. wszyscy zgodnie twierdzili, ze tak ostrego starcia jeszcze tutaj nie bylo. tego dnia, po poludniu, przywodcy czerwonych koszul oddali sie w rece policji.

pozar
w szeregach protestu zawrzalo. czesc poszla za liderami, zlozyla bron i ulegla. jednak skrajne bojowki nie chcialy dac za wygrana. wpadly w szal podpalania. miasto stanelo w ogniu. najwieksze centrum handlowe, gielde, budynki rzadowe, siedzibe telewizji, pokryly geste plomienie. rzad by okielznac sytuacje wprowadzil zakaz zgromadzen, ograniczenia w ruchu oraz godzine policyjna. wszystkie te obostrzenia mialy sie rozlac pozniej na inne czesci kraju i zostac przedluzone o kilka kolejnych dni. a wladza, po raz ostatni miala stanac do walki. tym razem, walki z zywiolem, chaosem i reputacja.

sprzatanie.
pozary zniknely najszybciej, nie bylo innego wyjscia, bo byly zagrozeniem dla gestej zabudowy. powodowaly takze najbardziej odczuwalne straty finansowe. nastepnie przyszla kolej na pobojowiska. dlugie sznury ciezarowek, przez trzy dni, nieprzerwanie, wywozily opony, polamane bambusy, szczatki spalonych pojazdow, deski, smieci, szmaty, pogiete blachy, barierki. miejskie sluzby oczyszczania porzadkowaly miejsca po obozach, zabezpieczaly witryny, grodzily pogorzeliska. w niedziele, centrum miasta zostalo oficjalnie otwarte. tego dnia rzad mial przywdziac biale rekawiczki. na glownym skrzyzowaniu tuz obok spalonego najwiekszego w bangkoku centrum handlowego, urzadzono festyn. byly przemowienia, muzyka, pokazy i… miotly. rekami ochotnikow, postanowiono zmyc slady „dzielacych narod roznic”. przez caly dzien i pol nocy mlodziez i sluzby miejsckie wpolnie myli ulice, chodniki i sumienia.

a w poniedzialek rano, po dluzszych o tydzien wakacjach, zwrocony „narodowi” bangkok opanowaly koszule… biale. jak gdyby nigdy nic, lsniacym czystoscia miastem dzieci poszly do szkoly.

——————–

pod prad
co wy tu robicie, dlaczego nie pojedziecie na phuket? a pan? dlaczego pan tu jest? mam swoje sprawy. no widzi pan. my tez.
poszlismy pod prad. kiedy mowili, zeby jechac – zostalismy. kiedy mowili, zeby sie nie ruszac – pojechalismy. ale to nie byly racjonalne decyzje, bo tak naprawde „spraw” nie mielismy tam zadnych. a jednak cos nas wciagalo, nie pozwalalo wyjechac, opuscic tego miasta. co to takiego bylo? zobaczyc. dotknac. zrozumiec. przezyc tu i teraz. bo phuket bedzie zawsze. moze nie rozumiesz, moze ci sie wydaje ze szukalismy sensacji. nie szukalismy. albo moze powiesz, ze po cholere komu, takie czarne emocje, szkoda zycia. nie szkoda. bo dobrze jest zobaczyc druga strone rzeczy. nawet jesli to trudne.
cisza, pustka, niepokoj, strach, namacalnosc smierci, napiecie, nieodwracalnosc, ale tez odwaga, patriotyzm, wiara, glupota, ignorancja… wiele definicji, nabralo nowych znaczen. znane pozornie pojecia odkryly nowe oblicze. szary zazwyczaj swiat ulegl krystalizacji, zatrzasnal sie w czerni i bieli. i byl on niezwykly, ciekawy, na co dzien nie do przezycia. na szczescie.
najgorsza byla cisza. glucha, dudniaca, az lepka. ta cisza przyszla nagle. jedyne co w niej zostalo, to klimatyzatory. one i zwierzeta. jednostajny szum i zawodzenia kotow, przerywane tepo pokrzykiwaniem jaszczurek – ge-kooo, ge-kooo, ge-kooo. poza nimi – nic. niewiarygodna, nie do uwierzenia cisza. paralizujaca, zmuszajaca do rozmow szeptem. jak na pustkowiu. a tu przeciez miasto, wielka metropolia. milczy, wyczekuje.
noc, siedzimy na dachu, nad nami tylko chmury. ciemnosc nimi pokryta jak pomarszczona mgla. jedynie nad centrum szare kleby kumulusow. wija sie. dotykaja, szarpia rozumienie. i nie pasuja do ciszy. choc nieme – wrzeszcza. to dym.
w tej ciszy, co i raz loskot – smigla helikopterow, dra niebo na kawalki. nie pozwalaja zapomniec, odwrocic sie, odetchnac.
napiecie jest jak wampir, ciagle nienasycone. wysysa caly spokoj, nazera sie bezpieczenstwem, puchnie od tego co spilo, tepieje od przezarcia, ale nie moze przestac. bezwiednie jak lunatyk, bezwzglednie jak dziecko, zre dalej. pozornie nic sie nie zmienia, kazda z osobna przyczyne latwo zignorowac. i to sa sidla napiecia. ledwie zaczynasz je widziec, dotykac zrozumieniem – znikaja, umykaja, nie daja sie przylapac. to poteguje niepokoj.
mityczny khao san – pustoszal. turysci uciekali. podobnie martwialy ulice. kazdego dnia rozstawiali o kilka straganow mniej. w koncu zniknely wszystkie. w witrynach sie pojawily kartki „zamkniete”, „nieczynne”. sklepy calodobowe, w nocy nie dzialaly. autobusy  jak widma, jezdzily puste, bez ludzi. gdzie sie nie pojechalo, wszedzie oddzialy wojska, ruszaly, staly, wracaly. im blizej centrum, tym pusciej. w tej pustce – telewizory, w domach, na progach, chodnikach, wieksze, mniejsze, przenosne. a wokol nich – grupki ludzi, bez ruchu, w skupieniu, bez slowa. i znowu strach, przerazenie. bo kiedy pojechalismy sprawdzic, co dzieje sie w centrum, dzwieki sie nagle pokryly. bo ekran pokazywal, to co wlasnie sie stalo kilka skrzyzowan dalej. zlapala nas w swoje szpony namacalnosc wydarzen. wrocily pytania: po co? po diabla tu siedzimy?
i tego dnia, przy wodce, dotarla do nas odpowiedz:
ze to, co sie tam dzialo, choc straszne, choc okrutne, bylo do bolu prawdziwe. przejrzysta czarno-bialosc tak dlugo nas tam trzymala. wrocone na moment wartosci, proste, surowe zasady. swiadomosc, ze dla tych ludzi, to jest naprawde wazne. ze wierza i ich wiara ma tak ogromna sile, ze dadza sie za nia zabic. i to pozwalalo spojrzec z jakas niezwykla jasnoscia na wszystkie wystudiowane ludzkie autokreacje, ktorych jedynym problemem jest: wstalam dzisiaj o siodmej i sama doprawdy nie wiem, czy nudne to, czy piekne.

Lipiec 20, 2010

dia del amigo

Filed under: JESTESMY — maugoska @ 23:59

dia de amigo2.jpg

i znow 20 lipca i znow dzien przyjaciela i znow mozemy zyczyc:)

T: zyczymy wam, by zaden cham
M: nie znalazl drogi do serca bram
T: /waszych dam/
T: zyczymy tez, by zaden leszcz
nie psul wam zycia jak ten kleszcz
M: zyczymy takze, by ten swiat
byl troche lepszy niz psu gnat
zyczymy jeszcze by slonce wreszcie
T: dupa
M: zyczymy rowniez by gajowy
nie ryczal na was jak dwie krowy
T: wszystkiego najlepszego z okazji dnia przyjaciela zyczy tomek
M: i małgosia
a w prezencie od nas dla was rysunek oraz pierwsza na tamtaramie polska literka.

Lipiec 16, 2010

miedzy birma a myanmarem

Filed under: BIRMA — maugoska @ 09:06

DSC_2222.jpg

odkad w 89 roku, rzadzaca junta zmienila nazwy geograficzne, bez konca mozna sie spierac, jakich form uzywac. birma czy myanmar? yangon czy rangun, irrawaddy czy ayeyarwady…
to bylo w obozie birmanskich uchodzcow. siedzielismy na podlodze malenkiego domu i rozmawialismy. o historii, o losach, o nadziejach. nagle jeden z naszych gospodarzy zamilkl, spojrzal na nas z tym swoim smutnookim usmiechem i powiedzial: wiecie co? bardzo was prosze, nie mowcie nigdy myanmar. moj kraj nazywa sie birma.

Lipiec 15, 2010

money, money, money…

Filed under: BIRMA — maugoska @ 09:28

zeszyt azja-2.jpg

myanmarski bank absurdow, zdaje sie nie znac zupelnie, znaczenia slowa: granica. rozsmieszalby do rozpuku, gdyby nie to, ze wszystko wydarza sie naprawde. i jak najbardziej powaznie.
w 1985 roku, rzadzacy krajem dyktator obchodzi 75 urodziny. numerologia i astrologia (ne win jest zagorzalym wyznawca jednego i drugiego), zgodnie przyznaja, ze taki jubileusz wymaga uczczenia. 3 listopada, wprowadzone dekade wczesniej banknoty 25-, 50- i 100-kyatowe zostaja wycofane, by ustapic miejsca galowemu nominalowi „75″. rok pozniej, do kompletu, dodrukowuja sie 15- i 35-kyatowki. i byloby uroczyscie, wesolo i radosnie, gdyby nie fakt, ze… wycofane z dnia na dzien pieniadze mozna wymienic na nowe, jedynie w bardzo ograniczonych ilosciach. ludzie traca wiekszosc oszczednosci.
niecale dwa lata pozniej, gdy przycichly urodzinowe famfary, do glosu dochodzi dziewiatka, ulubiona cyfra generala. nadworny astrolog spieszy z potwierdzeniem: im wiecej dziewiatki dookola, tym pewniejsze, ze general dozyje szacownych lat dziewiecdziesieciu. sprawa wagi panstwowej, nie ma na co czekac. 5 wrzesnia ’87, bez zapowiedzi zostaja wycofane banknoty 25-, 35-, 75- i 100-kyatowe. zamiast nich, na scene wkraczaja poddzielne przez 9 nominaly „45″ i „90″. tym razem jednak, rzad nie zawraca sobie glowy taka drobnostka, jak wymiana starych pieniedzy na nowe. ludzie traca wszystko. to przelewa krople wytrzymalosci. protesty, demonstracje i powstanie 8888, doprowadzaja 8 sierpnia ’88 do wycofania ne win’a z oficjalnej sceny. konczy sie akt pierwszy tej czarnej komedii absurdow.
kolejna „denominacja” zostaje przeprowadzona w bialych rekawiczkach. 20 czerwca ’89, w zwiazku z rozpoczeciem „nowej ery”, zostaje zmieniona nazwa kraju. kolonialana birma staje sie dajacym nowe nadzieje i jednoczacym skloconych, swietlistym myanmarem. co zrobic, nowy kraj wymaga nowych banknotow. kolejne lata przynosza, obowiazujaca do dzis, poddana w 2004 roku operacji wyrownania rozmiarow, pelna game: 1, 5, 10, 20, 50, 100, 500 i 1000. a co ze starymi, szczesliwa „45″ i „90″? nic. rzucone na pastwe inflacji, denominuja i wycofuja sie same.
komedii akt trzeci:
w 2003 roku, zostaje zniesiony, obowiazujacy turystow nakaz wykupowania, rownowartych 200stu dolarom, bonow platniczych (FEC). klopot z nimi polegal na tym, ze byly uznawane jedynie w drogich, rzadowych hotelach i agencjach turystycznych. na codzien – nieuzyteczne. mozna je kupic i teraz, jednak poza zorganizowanymi grupami emerytow, niewiele osob sie na to decyduje. dzis, w myanmarze kroluje dolar. zywy, zielony i… nieskazitelny. bankomat – nie ma takiego urzadzenia. wszyscy sa wiec skazani na gotowke. a gotowka ta, ma swoje wymagania. kazdy banknot musi byc: nowiutki, czysty, nie pognieciony, wydany po 96 roku, z tej a nie tamtej serii i najlepiej studolarowy. inny – zagiety, z malenkim nawet napisem, odrobine starty – wart jest tyle, ile papier plus ta odrobina farby drukarskiej. nikt go nigdzie nie przyjmie. i to nie chodzi o to, ze bedzie i sie migac i krecic. tu, nawet zwykly cinkciarz, po kursie nizszym o polowe, po prostu go nie wezmie. dlaczego? bo nic z nim nie zrobi. bo tu, w myanmarze, wart jest tyle, ile….
no wlasnie. ile? oficjalnie myanmarski kyat, jest silna, stabilna waluta. oficjalny, rzadowy kurs wynosi K6.55 za dolara. naprawde calkiem niezle. zaraz, ale dlaczego na lotnisku, w oficjalnym, rzadowym kantorze, za tego samego dolara placa 450? dlaczego? bo chca naciagnac. bo juz w rzadowym hotelu, dostaniesz kiatow 900, a zaraz za rogiem, na targu, nawet 1050. w zamian za sto dolarow, wzorcowe, prosto z drukarni, otrzymasz gruby plik, 1000-kyatowych szmatek. o ile sie nie dasz oszukac. lecz to juz inna historia.

Lipiec 14, 2010

burdel w archeo

Filed under: NIEMANAS — maugoska @ 12:26

kicz z kijem

i zaleglosci. no mamy. no i trudno. bedzie: z malezji – o birmie, tajlandii i birmie w tajlandii. bo nie ma, bo tak sie tam dzialo, ze nam duszki przegrzalo. a potem na turnusie smy byli, bo w onecie pisalo, ze nalezy na plaze.

na czas czekania przygotowali przechodni mini-repertuar:

o d a   d o   m o r z a
na prawo – morze
na lewo – morze
a po srodku
czwartek moze?
/t. tanczy/

/m. spiewa/
gosciu znuzony, gosciu znudzony,
odetchnij kiczem. benc.
KLIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC ZDJECIA

http://picasaweb.google.pl/maugoska/HadYao#

done:)

Filed under: JESTESMY — maugoska @ 08:29

DSC_1569.jpg
KLIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC ZDJECIA

good people, once more, thank you very, very much for your aid. all the clothes were given out to people in nupo camp. it wouldn’t be possible without the support of an incredible person – king zero, one of the founders of the best friend libraries. thanks to him, we were able to enter the camp, which is normally impossible for foreigners not working there.

udalo sie:) zebrane w bangkoku ubrania trafily do ludzi w obozie nupo. nie byloby to mozliwe bez pomocy niesamowitego czlowieka – king’a zero, jednego z zalozycieli bibliotek the best friend. dzieki niemu zostalismy wpuszczeni do obozu, normalnie niedostepnego dla ludzi z zewnatrz.

Lipiec 5, 2010

trzecia wystawa rozmow kontrolowanych!

Filed under: JESTESMY — maugoska @ 07:07

DSC_1856.jpg

zapraszamy!
http://rozmowykontrolowane.net/index.php/2010/07/05/azja-podbita/

Lipiec 3, 2010

za cieplo nam…

Filed under: JESTESMY — tomek @ 15:51

cv.jpg

wiec…
podanie o prace wyslane!
pingwiny w dwuszeregu, zbiorka!
foki, kolejno odlicz!
slonie morskie odslonic uchatki!
ukrainska bazo, zbieraj zapasy!

a  w y,  t r z y m a j c i e  k c i u k i ! ! !
bo jak niepowaznie by to nie brzmialo, naprawde marzymy, zeby sie udalo:)
a z marzeniami, trzeba ostroznie…

Lipiec 1, 2010

marionetki

Filed under: BIRMA — tomek @ 16:49

lalkarz.jpg
KLIKNIJ TU, ZEBY OBEJRZEC ZDJECIA

zwir pod stopami powoli zmienial kolor na pomaranczowy. musialem wpatrywac sie w niego bo zachodzace slonce coraz bardziej nas oslepialo. zostalo niewiele czasu do zachodu, kiedy bladzac ulicami nyaungshwe postanowilismy znalezc teatr marionetek. pytania o droge nie przyniosly zadnego skutku. w sklepie, na ulicznym straganie, w wielkim pustym hotelu nikt nie byl w stanie nam pomoc, z grzecznosci wskazujac jakikolwiek kierunek. slonce jeszcze chwile bawilo sie z nami, puszczajac oczka zza galezi drzew, szczelin w plotach i przerw miedzy domami. powoli zapadal mrok wypelniajac swiat magia niedopowiedzen. dzieki niemu z malej bocznej uliczki zamigotal do nas neon. aung – traditional puppet show. no dobrze, szyld jest ale gdzie teatr. okazal sie nim byc stojacy obok, niepozorny domek. na parterze w przestronnym pomieszczeniu otwierajacym sie na ulice wieloskrzydlowymi drzwiami znajdowal sie, jak sie potem okazalo, zupelnie inny swiat. pomieszczenie bylo prawie puste. pod jedna ze scian stal rzad krzesel i maly stolik, po drugiej stronie az po sufit siegala stara skladana jarmarczna scena. malowane recznie tlo, kotary uszyte z jakiegos taniego materialu. wszystko przykurzone i wyblakle. po srodku krzatal sie lalkarz. maly, energiczny i gadatliwy czlowiek. jak wszyscy tutaj z usmiechem na twarzy i smutkiem w oczach.
- prosze, wejdzcie. chcecie zobaczyc przedstawienie?
- tak. a sa jeszcze miejsca?
- (usmiech) dzis jestescie tylko wy. o tej porze roku nie ma tu zbyt wielu turystow. ale moge zagrac tylko dla was jesli chcecie. przedstawienie zaczyna sie za pol godziny…
w tym momencie zaczela sie jego opowiesc. sztuki lalkarskiej nauczyl go ojciec, ktory umarl dosc mlodo. za duzo pil kiedy jego teatrzyk powoli zaczal przegrywac walke z telewizja. kiedys takich teatrow bylo bardzo duzo. ich tradycja siega osiemnastego wieku, kiedy tobirmanski krol zabronil aktorom odgrywac romantyczne sceny. zastapily ich wiec marionetki. wkrotce historie przedstawiane przez teatry lalek staly sie coraz bardziej popularne i coraz bardziej skomplikowane. odbywaly sie zazwyczaj przy swietle ksiezyca w czasie pelni. kazde przedstawienie poprzedzaly modly do trzydziestu siedmiu birmanskich duchow. skladano przy tym ofiary z kwiatow. nastepnie mistrz lalkarski opowiadal historie, ktora miala byc odgrywana tego wieczoru. teatrowi towarzyszyl dwudziestopiecioosobowy zespol grajacy na tradycyjnych instrumentach, a lalkarze mieli do dyspozycji po kilka lalek, setki rekwizytow i wymiennych malowanych dekoracji.
praca lalkarza nie byla lekka. w czasie przedstawienia musial on jednoczesnie operowac marionetka, prowadzic dialogi i spiewac. lalki zas byly dosc ciezkie i skomplikowane w obsludze…
- a te lalki, to one stare sa? – spytalismy zagladajac za scene.
- niektrore maja ponad sto lat. wielu ludzi z zachodu chcialo je ode mnie kupic. ale ja sie nie zgodzilem… nie moge. wiekszosc z nich robil jeszcze moj dziadek. praca nad jedna lalka zajmowala mu okolo trzech miesiecy w zaleznosci od konstrukcji i skomplikowania kostiumu – smetne, nieruchome kukly przygladaly sie nam zza sceny, nie wygladajac na chetne do jakiejkolwiek wspolpracy – po moim dziadku robil lalki ojciec, a teraz ja ucze wszystkiego moja corke. tylko ona moze podtrzymac tradycje.
mala dziewczynka biegala miedzy nami podajac chinska herbate, mietowe cukierki i zapalajac kadzidla przeciw komarom. w koncu wreczyla nam bilety wydrukowane na drugiej stronie pudelka jakiegos urzadzenia. z trudem rozpoznalem logotyp. samsung. o zgrozo, oby to nie bylo po telewizorze.
zblizala sie dziewietnasta. nikt wiecej nie przyszedl. lalkarz zamknal wielkie skrzydla drzwi oddzielajac nas od ulicy i panujacych na niej mroku i komarow.
- jestescie gotowi… to zaczynamy
niepewnie usadowilismy sie na plastikowych krzeslach. lalkarz zniknal za scena. zaczelo gasnac swiatlo, a w nas zaczela rozpalac sie dziecieca ciekawosc. otaczajaca ciemnosc rozswielil stary teatralny reflektor zmieniajac male jarmarczne zaslony w kotare wielkiego teatru marzen. z glosnika zatrzeszczala tradycyjna birmanska muzyka, a nam zaczelo sie wydawac, ze pod scena drgaja smyczki i blyszcza traby prawdziwej orkiestry. swiat zawirowal od tanca, plasow i ruchu. na scenie zaczely pojawiac sie jedna za druga drewniane marionetki, teraz zupelnie nie przypominajac tych martwych kukiel, ktorymi byly przed chwila. tancerz, mnich, starzec, malpa, zielony demon, kon, chlopiec z tradycyjna birmanska rattanowa pilka, mezczyzna z parasolka, kolorowy ksiaze. kolejno zabierali nas w zupelnie inne swiaty swojego tanca. razem  z nimi zmienialy sie kolejne recznie malowane dekoracje. czas przestal istniec.
- ojej! ojej! ojejciu!
za mna maugoska krecila sie na krzesle jak dziecko czekajace na tort urodzinowy. kolejny tego wieczoru.
podsunalem sie do sceny. przez draperie podniesionej kurtyny przeswitywala postac lalkarza. z uniesionymi rekami uwiklanymi w plataninie sznurkow tanczyl razem z lalkami. krecil glowa kiedy one krecily, unosil ramiona kiedy one unosily, podsakiwal razem z nimi i plakal kiedy one skrywaly twarz w drewnianych dloniach. powoli stawal sie marionetka. zaczalem gubic sie w tym, komu bardziej sie przygladam. ktory ruch bardziej mnie fascynuje. czy plasy lalki na dole czy energiczne i zwinne ruchy rak lakarza na gorze. zaczalem sie zastanawiac, czy to marionetki sa sterowane tymi dlonmi czy moze lalkarzem steruja lalki, wykorzystujac go zeby robic na scenie to na co tylko maja ochote. przedstawienie trwalo. kolejne postaci pojawialy sie przed nami rozedrgane tradycyjnym tancem. zostalem zaczarowany.
w koncu magiczny reflektor zgasl. w pomieszczeniu rozbrzeczalo sie swiatlo jarzeniowek szybko zagluszone naszymi oklaskami. jeszcze na chwile magia wygrala z rzeczywistoscia bo teraz to dzieki nam ten niewielki pokoj zmienil sie w wielka sale z owacjami na stojaco.
pojawil sie lalkarz. widac bylo ile wysilku kosztowal go ten spektakl. jakby lalki wyssaly z niego czesc zycia. usiadl obok nas usmiechajac sie na widok naszego podniecenia i radosci.
- jezeli spotkacie dzis jakichs turystow w swoim hotelu albo na ulicy powiedzcie im, ze tu jestem i ze przedstawienia sa codziennie. ciezko jest przetrwac kiedy nie ma dla kogo grac.
po krotkiej rozmowie otworzyly sie skrzydla drzwi. ostatania bariera oddzielajaca nas od swiata. teraz to on wydawal sie nam nierzeczywisty. spowite mrokiem miasteczko wypelnial zgielk wieczornego targu, jedzenia na ulicach i brzeczacych generatorow, bo znow wylaczyli prad. wracajac powoli do domu przy swietle latarki malujacej nierzeczywiste ksztalty na plotnie z ciemnosci natknelismy sie na grupke turystow na rowerach. jednym z nich byl poznany kilka dni wczesniej amerykanin.
- posluchajcie! idzcie koniecznie na przedstawienie lalkowe. tu niedaleko w bocznej uliczce. dzis moze byc jeszcze jeden spektakl jezeli bedziecie chcieli. to niesamowity czlowiek. prawdziwy artysta…
- eeee… no nie wiem… – rozejrzal sie po znudzonych twarzach kolegow – wiesz w naszym hotelu jest telewizor. dzis bedzie mecz…
zostalismy sami w ciemnosciach. nadal zaczarowani powoli wracalismy potykajac sie o rzeczywistosc. krok za krokiem, ruch za ruchem jakby ktos poruszal nami niewidocznymi sznurkami.

Powered by WordPress

YjU2YWIzM