4 złote do raju

4zlote do raju.jpg
KLIKNIJ TU, ŻEBY OBEJRZEĆ ZDJĘCIA 

4 złote do raju, pomyślałam sobie, że to tanio całkiem. Pewnie trudniej masz, bo ogromnie zależy, co dla kogo raj. Do tego z pocztówki, z palmą, plażą i turkusem te 4 polskie, choć złote, nieco są przykrótkie. Do tego mojego, na szczęście, wystarczają w sam raz.
Stacja końcowa – Otwock. Nad Otwockiem chmura. Wielka, szara i ciężka, jak nic na śnieżycę idzie. Zapowiadali zresztą, chociaż żadna to sztuka ostatnimi czasy wściekłą zadymkę przewidzieć. No więc w moim raju, widzisz, są zamiecie. Takie prosto w oczy maleńkimi igłami z lodu i koronki wirujących płatków. Mój raj kręty jest nieco i łatwo zgubić drogę, bo dawno nikt tędy nie chodził i ścieżki przysypało. Polanę ma zaśnieżoną, drzewa wyłysiałe i szarą, uwitą rzeczkę. Kaczki przycupnięte na konarze w meandrze i czerwonawe witki nieśmiałych wciąż baź na brzegu. Czapę śniegową i wyspę. I stalowo brunatne wtulone w skarpę zakole. Nim Świder sam sobie ucieka i w Wisłę się przebiera. A szumi przy tym, a plumka…
Rozgadany mam raj. Świszcze mu wiatr, trzciny szumią, z gałęzi pokapuje. Skrzypi śnieg ugniatany, a kiedy idziesz pod mostem huczą samochody. W prawo na Warszawę. W lewo na Puławy. I, ciężko w to uwierzyć, nic a nic nie wadzą rudemu bażantowi, co przycupnął w krzakach i dopiero na Tomka zerwał się łopocząc i poskrzekując z wyrzutem. Na skarpie niefortunnie zagapiłam się w myśli i mało do rzeki nie wpadłam. Ptaszysko, strach na refleksje.
A myślałam wiesz o czym? O tym, że jak to jest, że tak bardzo żal ludziom, że nigdy nie byli w Mankorze, Kota Bharu, Urumchi, a zupełnie nie żal, że kompletnie nie znają Świdra, Pułtuska, Gryfina…

Możesz mi nie wierzyć, ale z dwóch „Otwocków”, polskiego i tajskiego (peruwiańskiego, chińskiego, indonezyjskiego…), ten polski jest znacznie piękniejszy.
I nie dlatego, że ja stąd, bo ja już od dawna znikąd.

Post powstał na arcyklawym notebooku Acer Aspire TimelineX

9 przemyśleń nt. „4 złote do raju”

  1. Śniło mi się wczoraj drzewo przy drodze za Warszawą. Wielkie, rozłożyste, może 400 metrów od drogi. Milionem drobnych liści szelestów zagłuszające odgłosy ciężarówek i matisów prujących na Mazury. Nigdzie, na żadnej tropikalnej plaży, w żadnym hamaku, pociągu, dżungli czy stepie nie czyta się książki tak dobrze jak pod tym drzewem.
    Dzięki Maugoska za ten wpis.
    Ściskam z Znikąd.
    Kasia

  2. Muszę ci powiedzieć maugoska, że nie znosiłem twojej maniery pisania na początku Waszej podróży. Ten brak wielki liter, brak spacji, ta „wysoka energetyczność” tekstu… Jezu, nie mogłem tego czytać! Zacząłem gdzieś w czasach Birmy, ale tylko dlatego, że zaszła zauważalna zmiana.
    A teraz proszę! Cztery lata w podróży i łaskawa pani zaczęła pisać w stylu XIX-sto wiecznej literatury kobiecej :))))

    Sugeruję lekutkie przegięcie w drugą stronę, ale generalnie jest mniodek.
    Teraz specjalnie nie zaglądam przez jakiś czas, żeby potem mieć więcej czytania.

  3. Drodzy mili w imieniu Maugoski dziekuje za te cieple slowa.
    Pamietajcie ze podroz tak na prawde zaczyna sie u nas w glowach. Miejsca bywaja przypadkami.
    Leszek ty nie wiesz co ona potrafi poza literatura XIXwieczna… ona kiedys napisala encyklopedie ale sie tym nie chwali.

    Szymus… niebawem!

Dodaj komentarz